.::Kolejowy Lublin::.
Aktualności: infrastruktura, wypadki, imprezy, rozkład jazdy, tabor

Objazdy, objazdy! II

wrzesień 14th, 2017 by Kręzel Michał

Remont, przepraszam – modernizacja “siódemki” trwa w najlepsze. To znaczy, pierwsza jego faza, czyli zrywanie nawierzchni i demontaż sieci trakcyjnej. Ruch towarowy już w całości kierowany jest na objazdy po liniach: 30-tce, 65-tce, 68-ce czy też 69-tce. Nasz pierwszy wypad na objazdy nie obfitował w ruch towarowy, niemniej sytuacja poprawiła się. Tym razem jednak kolegę Karola zastąpił kolega Konrad, który namówił mnie na wspólny wypad w kierunku pięknego Roztocza. Caroos wyraził na początku zainteresowanie wyjazdem, ale potem z niego zrezygnował.

Kolega nigdy jeszcze nie był w Kanionie, czyli obowiązkowym punkcie każdej wycieczki na Roztocze. Ja byłem już wielokrotnie, ale nie udało mi się tam jeszcze nigdy ustrzelić pociągu jadącego po torze normalnym. Tym razem liczyłem, że nam się poszczęści – w końcu węgiel do Połańca jeździ właśnie tamtędy a kto wie, może i inny “bonus” się trafi? Na przeszkodzie stały dwie rzeczy – brak samochodu (gdyż trwa właśnie naprawa mojego zderzaka, w który w maju pewna pani wjechała) oraz pogoda – gdyż zapowiadało się, że początek września będzie deszczowy. Problem nr 1 wyeliminował Konrad, który zdecydował, że pojedziemy jego samochodem. Problem nr 2 też się rozwiązał, gdyż prognoza wskazywała, że będzie może nie bardzo ciepło, ale przyzwoicie.

Ruszyliśmy więc 2 września rano w stronę Biłgoraja. Od razu napotkaliśmy kilka “wahadeł”, niestety chodzi tu o wahadła na drodze, a nie wahadła z węglem… Po drodze rozmawialiśmy o grze naszych “Orłów” w meczu z Danią (całe szczęście nie oglądałem), poruszaliśmy też inne tematy, nie wchodząc jednak w żadne tematy filozoficzne. Z dyskusji wynikało, że Kondzio liczy na pojawienie się ST45 z towarem, choć miał świadomość, że Roztocze to królestwo ST48. Obowiązkowego postoju na Orlenie po kawę i hot-doga nie było, ostatnio jednak jakoś nie mam ochoty. Podróż przebiegła bez przeszkód i po dojechaniu do Zwierzyńca zostałem mianowany nawigatorem. Dobrze pamiętałem jak dojechać na miejsce tj. do Szozd, dlatego też nie zabłądziliśmy jak to się czasem zdarza. Dojechaliśmy do wsi i od razu nastąpił pierwszy zgrzyt, gdyż przez przejazd przetaczał się właśnie pociąg po “szerokim”, zmierzający w stronę Biłgoraja. Nie próbowaliśmy go gonić, szkoda samochodu. Trudny podjazd sprawił jednak, że prowadząca ów pociąg “turbotamara” znacznie zwolniła bieg. Na wiadukt dotarliśmy mniej więcej równo z lokomotywą, ale nie było sensu ani wyciągać kamery ani też aparatu. Pociąg pojechał sobie, Konrad zaczął montować swój majdan (gdyż posługuje się tylko kamerą), ja zaś sprawdziłem parametr, zaszlochałem i wróciłem do samochodu. Prognoza pogody wskazywała, że będzie pochmurno, ale w miarę przyzwoicie. Tymczasem chmury zeszły do poziomu gruntu, dzięki czemu nawet krótkie przebywanie poza pojazdem skutkowało nabraniem solidnej dawki wody. Temperatura także nie była sprzyjająca, gdyż termometr niby pokazywał 14 stopni – ale wskazanie to dzięki wiatrowi spokojnie można było podzielić na pół. Kondzio stwierdził, że to “jakaś masakra”, ja zaś dałem sobie spokój z wyrażaniem opinii. Liczyłem, że pogoda jak najszybciej się “przetrze”. I faktycznie, po chwili przestało padać a ja mogłem otworzyć drzwi. Nie minęła minuta, gdy zaczęło mi się wydawać, że słyszę coś od strony Biłgoraja. Powiedziałem o tym Konradowi, który potwierdził, że chyba coś jedzie. Wygramoliłem się więc z pojazdu i przygotowałem do strzału. Pierwszym pociągiem tego dnia okazał się być… ST40s ze składem węglarek. Jechało, pstrykłem, szału ni ma.

Pociąg sobie pojechał, my zaś rozpoczęliśmy oczekiwa… Coś zatrąbiło od strony Zwierzyńca. I nie był to “Vader”, gdyż na pewno zdążył już minąć przejazd. Czyli coś po normalnym! I faktycznie, po chwili ukazały się światła. Nadjeżdżał pierwszy “objazdowy”, dwie turbotamary ciągnęły skład węglarek. Aha, czyli “Połaniec”. Konrad odpalił kamerę, ja zaś ustawiłem się do strzału w jedynym na całym wiadukcie w Kanionie miejscu, z którego zdjęcia zawsze wychodzą na 110%. Pamiętając, że ST44 LHS zazwyczaj okropnie męczą się z podjazdem, byłem pod wrażeniem prędkości, z jaką lokomotywy wciągały skład pod górę. Poczekałem, aż stalowy wąż ułoży się w kształt litery “S” (a właściwie odwróconej litery “S”) i nacisnąłem spust w aparacie. Zdjęcie wyszło elegancko, tak jak chciałem.

Dodatkowo strzeliłem jeszcze raz, by mieć numer drugiej maszyny. Konrad także był zadowolony z filmu. Wróciliśmy do samochodu i zaczęliśmy dyskusję o kolejnej “miejscówce” w trakcie tego wypadu. W końcu ileż można zrobić zdjęć z wiaduktu w Kanionie? Dyskusja trwała dłuższą chwilę, po czym kolega zaproponował kawę z termosu. W tym momencie zaczęło mi się wydawać, że coś znów walczy z podjazdem od strony Biłgoraja. Podzieliłem się tym wrażeniem ze współwypadowiczem i ruszyłem, by sprawdzić jak wygląda kolejny potencjalny kadr. Podczas mojego ostatniego pobytu w tym miejscu zrobiłem już zdjęcie pociągu jadącego z tamtej strony, ale tym razem liczyłem, że będzie to pociąg po torze normalnym. W międzyczasie pojawił się kolega, który od razu rozstawił sprzęt. W samą porę! Ledwie skadrował a na horyzoncie pojawiły się światła. Po torze normalnym! Przybliżyłem – ST45. W trakcji podwójnej! Konrad odpalił kamerę. Pociąg jechał wolno, bardzo wolno. W pewnym momencie wydawało mi się, że się zatrzymał. Po chwili ruszył jednak dalej. Dobrze, że mamy to na taśmie! Starannie zaplanowałem kilka kadrów i czekałem, aż pociąg wjedzie w pierwszy z nich. Ciach! Zdjęcie nr 1 zrobione. Ciach! Zdjęcie nr 2, inny kadr, zrobione. Jeszcze tylko drugie zdjęcie, potrzebne by mieć numer drugiej maszyny. Szybko zniknąłem z Konradowi z kadru, gdyż myślałem, że będzie obracał kamerę.

Już po tym zdjęciu mogłem uznać wypad za udany. Konrad wspomniał, że w sumie możemy się już zbierać z tego miejsca, gdyż on też ma już pożądany materiał. Zaczęliśmy więc głośno rozmyślać o następnej miejscówce. Padały różne propozycje – Biłgoraj, Ciosmy, Huta Krzeszowska… Niestety, infobox Lubelskakolej.net milczał na temat ewentualnych pociągów jadących w naszą stronę. Podano tylko informację, że dwa turbofiaty które złapaliśmy to miał do Werbkowic. Dyskusję po raz kolejny przerwał sygnał “Rp1” dobiegający od strony Szozd. Pokuśtykałem więc na wiadukt, gdyż o ile Konrad może filmować z różnych miejsc, o tyle moje pole manewru jest mocno ograniczone. Mogłem co prawda wrócić do samochodu po “szeroki kąt”, jednakże całość jako kompozycja “nie widziała mi się”. Naszym oczom ukazał się tymczasem ST40s, a właściwie duet tych lokomotyw, z pokaźnym składem węglarek. Powtórzyłem więc kadr z poprzedniego zdjęcia, tak samo wyczekując aż pociąg malowniczo “zawinie się” na łukach.

Pociąg już prawie mnie minął, gdy na horyzoncie znów pojawił się światła! Oznaczało to ni mniej ni więcej, że po normalnym też coś jedzie! Przybliżyłem – kolejne dwie turbotamary zmierzały w moją stronę z ładownym “Połańcem”. Próbowałem się dodzwonić do Konrada (gdyż został na górce), ale nie odbierał. Obawiałem się, że odwrócił kamerę i nie obserwuje tego, co się dzieje za plecami. Turbotamary tymczasem raźno zmierzały w pod górę, jak gdyby te 2800 ton “na haku” nie stanowiło dla nich większego problemu. Przymierzyłem, powtarzając po raz trzeci ten sam kadr. Na szczęście w ostatniej chwili pojawił się ciągnik, który wymusił na mnie delikatną korektę kompozycji – ale można powiedzieć, że wzbogacił kadr.

No i turbotamara jechała ładniejszym “dziobem” do przodu, co też ma według mnie wpływ na odbiór tego zdjęcia. Szkoda, że nie jechały te dwie minuty wcześniej, mielibyśmy wyścig.

Tego dobrego było już za wiele, postanowiliśmy ruszyć się dalej. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy przystanku w Szozdach, gdyż kolega postanowił zrobić drobne rozpoznanie. Wrócił do samochodu nie znajdując czegokolwiek ciekawego i powiedział mi, że od dawna planuje odwiedzić “miejscówkę” znajdującą się niedaleko od aktualnego miejsca. Ruszyliśmy więc przez wieś, odprowadzani wzrokiem przez wiejski monitoring, a następnie przez pola i lasy. Tu naprawdę przydał by się mój samochód, dla niego takie warunki to spacerek. Udało nam się jednak dotrzeć na miejsce bez urwania jakiegokolwiek ważnego elementu tudzież przedziurawienia miski olejowej, co uznałem za pewnego rodzaju sukces. Miejsce prezentowało się świetnie. To znaczy patrząc w kierunku Zwierzyńca, w stronę Biłgoraja było w najlepszym przypadku kiepsko. Nie zdążyłem jednak dokładnie się rozejrzeć, gdy od strony Roztoczańskiego Parku Narodowego pojawiły się trzy światła, które dodatkowo zbliżały się w szybkim tempie. Wyciągnąłem aparat i zrobiłem dwie foty. Pierwsza wyszła świetnie, druga gorzej – ale prezentuję tylko drugą. Dlaczego? Postanowiłem, że pierwszy kadr pokażę przy okazji bardziej okazałego składu – gdyż pociągiem, który wjechał mi w kadr okazała się SM42 z dwoma wagonami socjalnymi…

Poza tym, to zdjęcie, choć gorsze, złe nie jest. Jak na standardy OKP oczywiście.

Rozpoczęło się kolejne tego dnia oczekiwanie. Dodatkowym minusem tego miejsca był fakt, że telefony komórkowe mogły służyć za zaawansowane kalkulatory, aparaty fotograficzne, krokomierze – słowem robiły wszystko, tylko nie można z nich było zadzwonić. Nawet siła czterech sieci nie dała rady. Komplikowało to mocno sprawę, byliśmy odcięci od informacji – jakże istotnych w naszym “fachu”. Przedłużający się marazm sprawił, że poszedłem szukać grzybów. Nie dane mi było jednak dobrze się rozejrzeć, gdyż od strony Biłgoraja coś paskudnie zatrąbiło. Słyszałem już ten sygnał dźwiękowy, ale nie mogłem dodać dwa do dwóch, a właściwie przypomnieć sobie która z naszych wspaniałych modernizacji ma taką trąbę. Liczyłem, że to może prywaciarz – i z taką myślą dobiegłem na miejscówkę. Okazało się, że miejsce jest tragiczne, ale nie było czasu szukać innego. Od Kanionu z górki, dlatego też nasz kolejny “kadrowicz” pojawił się bardzo szybko. Dwa “turbofiaty” (albo jak kto woli “paskudy”) ze zwrotem węglarek, pewnie znów “Połańca”. Wycelowałem i popełniłem gniota, mimo wszystko szkoda było nie zrobić zdjęcia.

Jeszcze nie umilkły echa przejazdu tego pociągu, a znów zaczęło mi się wydawać, że w naszą stronę zmierza coś od Biłgoraja. I faktycznie: przeciągłe, czysto gagarinowe Rp1 oznajmiło, że tym razem jedzie coś po LHS-ie. Przeszedłem więc na drugą stronę torów, ale miejsce ani trochę nie zaczęło prezentować się lepiej. Wielka szkoda, ponieważ w naszą stronę zmierzały dwa “zielone” ST44 – coraz rzadszy widok na “szerokim”. Wycelowałem, strzeliłem, żałuję, że w takim miejscu.

“No, to teraz coś po normalnym od Szczebrzeszyna i możemy jechać dalej”. Żeby jeszcze coś chciało pojechać… Odkryłem, że przechodząc przez przejazd i idąc do lasu, w kilku miejscach jest szansa złapać zasięg – czyli zasięgnąć informacji z boxa. Niestety, moje odkrycie nie zawsze się sprawdzało, tak więc nadal nie wiedzieliśmy “Co i gdzie jedzie?”. Miało to swój urok – powrót do starych czasów, gdy człowiek czekał na szlaku nie wiadomo na co. Albo bonus pojechał, albo nie. Mamy jednak XXI wiek i ta “technika polowania” jest już przestarzała. Z żalu wypiłem ciepłe piwo – i zrobił się ruch. Żartuję, co prawda pojechał kolejny pociąg, ale nie dość że na ST40s, to do tego znów od Biłgoraja…

Tym razem, jak widać, nie próbowałem wymyślić koła, ot standardowe zdjęcie, chyba tylko po to, żeby było czym zapchać galerię. Pociąg sobie pojechał, nie sprawdziły się jednak przepowiednie Konrada, że “teraz pojedzie coś po normalnym, bo one tak jeżdżą w parach”. Znowu nastała błoga cisza. Udało mi się “wdzwonić” na boxa, ale nie znalazłem tam jakiejkolwiek przydatnej informacji. W międzyczasie, niedaleko nas zaczął kręcić się traktor, którego kierowca ładował drzewa na przyczepkę. Nie robił sobie nic z naszej obecności, jedynym kto się do nas pofatygował był towarzyszący mu pies. Czworonóg nie znalazł jednak nic ciekawego i też sobie poszedł. Tymczasem od strony Zwierzyńca jakby… Jakby… Konrad odpalił kamerę, ja zaś ustawiłem się w pozycji do strzału – i “zza węgła” wyjechał szerokotorowy “gagarin”, a właściwie duet tych maszyn. Niestety, miejsce dużo bardziej nadawało się na pociąg normalnotorowy, niemniej nie mogłem narzekać. Poczekałem, aż skład zacznie delikatnie wchodzić w łuk i nacisnąłem spust aparatu.

I kolejny skład na kliszy. Oraz taśmie. Nadal brakowało nam jednak pociągu po torze normalnym. Po raz kolejny próbowałem “wdzwonić” się na boxa, ale tym razem mi się nie udało. Telefon uparcie udawał, że nie widzi nadajników. Także “NaSzlakuFM” uparcie milczało. Żałowałem, że nie wziąłem ze sobą książki, na pewno umiliła by czas oczekiwania. Gdy po raz kolejny dało się słyszeć Rp1 od strony Szozd, nie miałem już chęci na zrobienie zdjęcia. “No ileż można?! Dawać coś po normalnym od Szczebrzeszyna!”. Jechał jamnik z mieszanym składem. Niestety, miejsce było jakie było, tak więc nie udało się pokazać całego, dosyć pokaźnego zresztą składu. Samo zdjęcie też nie jest bardzo szałowe.

Kolega zaczął kręcić nosem, gdyż on, wzorem mojej skromnej osoby, obrał jeden stały punkt – generalnie celował cały czas w stronę Szczebrzeszyna. Z tego powodu każdy pociąg od Biłgoraja, choć nie był niemile widziany, to jednak mógłby jechać od granicy. W międzyczasie wydawało mi się, że w oddali słyszę gong rogatek dobiegający od strony Zwierzyńca. Jako, że najbliższy przejazd z rogatkami znajdował się 3 kilometry dalej, w Zwierzyńcu Towarowym, uznałem, że mi się przesłyszało. Konrad jednakże potwierdził, że “gdzieś coś dzwoniło”. Box nadal uparcie milczał, poszedłem więc na grzyby. Nie znalazłem ani jednego, w zamian za to coś znów zatrąbiło od strony Kanionu. Tym razem nadjechał… luźny Traxx LOTOSU!

Mogło to oznaczać dwie rzeczy: albo trafi nam się niedługo jakiś pociąg z Klemensowa, albo będziemy mieć mniej szczęścia i maszyna o ile jedzie do Klemensowa, to zostanie tam na noc. Z drugiej jednak strony pamiętałem, że podczas ostatniego wypadu Traxx zwiastował wyłącznie dobre wieści, gdyż przyprowadził skład do ZT w Bodaczowie i zaraz wracał luzem. Przekazałem tę poniekąd dobrą wiadomość Konradowi, ale on uznał, że moja radość jest przedwczesna – poczekamy, zobaczymy. NaSzlakuFM podało tymczasem, że coś od strony Zwierzyńca miało ruszyć zaraz po tym jak się węgiel od Biłgoraja dotelepie… Czym prędzej pobiegłem wzdłuż torów, przedzierając się przez chaszcze, potykając raz i drugi (ale na szczęście bez następstw), ponieważ za wszelką cenę chciałem zmienić kadr. Niestety, po dobiegnięciu mniej więcej do drugiego łuku “eSki” widocznej na poprzednim zdjęciu zorientowałem się, że miejsce… nie wygląda tak dobrze jak to z daleka wyglądało. Odległe, ale narastające dudnienie uświadomiły mi jednak, że albo tu – albo wcale. Nadjechały dwie turbotamary (albo jamniki) ze składem próżnych węglarek. Zdjęcie wyszło nieźle, choć myślałem, że będzie lepsze.

Po przejeździe pociągu zorientowałem się, że mam za plecami coś na kształt górki. Dlaczego nie wypatrzyłem jej wcześniej? Nie wiem. Cóż, będzie powód by wrócić tam ponownie. Tymczasem musiałem szybko przemieścić się na miejsce naszego stałego bazowania, gdyż od miejsca gdzie stałem do Szczebrzeszyna były raptem 3 kilometry. Niby dużo, ale tajemniczy głos mógł być jedynym pociągiem w tym kierunku tego dnia. Pobiegłem więc przez las, to znaczy biegłem przez pierwsze 400 metrów, bo potem nie byłem już w stanie. Nie pokonał mnie ból nogi a marna kondycja. Udało mi się jednak dotrzeć z powrotem na wymarzone miejsce. Kolejny pociąg pojawił się dosłownie po minucie – ST45 ze składem węglarek. Przymierzyłem, wyczekałem… I voila!

Miałem swoje upragnione zdjęcie, a Konrad – upragniony film. W sumie to powinniśmy już zacząć powrót do domu, ale ten Traxx nie dawał mi spokoju. Przekonałem więc kolegę, że powinniśmy jeszcze trochę zaczekać. Poza tym wypatrzyłem lepszy kadr w przypadku, gdyby coś od Szczebrzeszyna zechciało pojechać po “szerokim”. Box informował, że pociąg który nas minął to zwrot węglarek z Bełżca oraz o postoju dwóch turbofiatów z miałem do Werbkowic na stacji w Zamościu. Tymczasem na przejeździe zatrzymał się rowerzysta, spojrzał na nas, zapytał: “Panowie, tu jakiś film kręcą?”, ale po naszym zaprzeczeniu pojechał sobie dalej. W poszukiwaniu zaginionego sygnału GSM zacząłem oddalać się coraz bardziej od przejazdu, ale krótkie Rp1 od strony Zwierzyńca przywróciło mnie do porządku. Miałem okazję wykorzystać kadr który wymyśliłem. Co prawda tabor, tj. dwie sztuki ST40s to nie jest szczyt marzeń, ale na bezrybiu…

Zdjęcie wyszło dokładnie tak jak chciałem. Trochę szkoda, że nie pojechały klasyczne zielone gagariny z żółtym czołem. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Tymczasem parametr jakby zaczął trochę lecieć w dół. Na szczęście było to tylko chwilowe, a na horyzoncie widać było nawet niebieskie niebo. Gdyby tylko jeszcze jeden pociąg chciał pojechać od Szczebrzeszyna. Oczywiście w słoneczku! W sumie to pojechał, ale nie od Szczebrzeszyna i nie w słońcu… Kolejny zwrot “Połańca”. “Niezawodny” kadr, ale i tabor nie porywa.

Nadal wierzyłem, że Lotos wkrótce nadjedzie. W końcu od pojawienia się go minęły już dwie godziny, a więc jeśli miał już wracać z Klemensowa, to czas był najwyższy. Niestety, znów zaczęła dominować cisza, przerywana jedynie smętnie wiejącym wiatrem. Przyznam, że pojawiły się dyskusje o zakończeniu tej przygody i powrocie do Koziego Grodu. W słowo weszło nam jednak NaSzlakuFM które doniosło, że coś jedzie od Biłgoraja i będzie się krzyżować z Lotosem w Szczebrzeszynie. A więc było na co czekać! Niestety, nie dość, że miejsce było nieszczególne, to dodatkowo tu i ówdzie zaczęło przebijać się słońce. Szkoda, że teraz a nie jak ST45 z Bełżca jechał! Teraz słońce przebijało się idealnie na zbliżający się od zachodu “pociąg widmo”. Przeszedłem więc przez przejazd by znaleźć pomysł na jakiś kadr. Niestety, pomysłu brak, tak więc musiałem powtórzyć kadr z pierwszego “Połańca”. Pociągiem okazała się być zmodernizowana stonka Lotosu ze składem wagonów NACCO. Szkoda, że nie jechała od strony Zwierzyńca. Zdjęcie zrobiłem, a jakże, ale jestem trochę zawiedziony. Gdyby chociaż słońce nie utrudniło sprawy…

Nie byłbym sobą, gdybym nie wlazł Konradowi w kadr, dzięki czemu film będzie ucięty… Na szczęście kolega wykazał się dużą dozą wyrozumiałości. Pozostało czekać na Lotos-a od strony Szczebrzeszyna. Moje genialne obliczenia wskazywały, że pojawi się on za około 40 minut. W międzyczasie słoneczko sobie poszło, a co gorsza parametr zaczął niebezpiecznie lecieć w dół. O ile ja w aparacie mogłem jeszcze trochę “pokręcić”, to dla kolegi osiągane wartości stawały się pomału wartościami granicznymi. Nie mogliśmy jednak odpuścić pociągu o którym wiedzieliśmy. Niestety, zasięg telefonu nie chciał się pojawić, nie mogliśmy więc podzielić się ze światem informacją o Traxxie. W końcu nadjechał… Ciągnąc cysterny. Czyli nie pociąg z Klemensowa, a z Bortatycz. To dlatego tyle mu się zeszło!

Mogliśmy spakować się i ruszyć do domu. Wracaliśmy przez Zamość, gdyż pomimo dłuższej odległości droga zdawała się być szybszą alternatywą niż będąca w ciągłym remoncie droga do Wysokiego. Przed Zwierzyńcem tknęło mnie, żeby spojrzeć na Boxa, ale ostatecznie tego nie zrobiłem. Mijając Szczebrzeszyn zobaczyłem niezmodernizowaną “tamarę” prowadzącą mieszany skład w stronę Biłgoraja… Nie było szans żeby ją gdzieś dogonić. Zajrzałem na Boxa a tam: jedzie rzeczona tamara, jedzie stonka Lotosu, jedzie Lotos. Czyli gdyby nie brak internetu, to mielibyśmy kolejny fajny skład. Dowiedzieliśmy się także o pociągu z Werbkowic, ale w Zamościu miał już być po zmroku. Wracając, w Krasnymstawie trafił nam się jeszcze skład talbotów TradeTrans prowadzonych dwoma ST45, które miały poważny problem by z tym pociągiem jechać po szlaku, ale warunki nie pozwalały już na zrobienie zdjęcia.

To był bardzo udany wypad, zarówno pod względem ruchu (więcej pociągów na normalnym niż na szerokim!) oraz pod względem zdjęć. Nowa miejscówka zaliczona, będzie co opowiadać. No i to na pewno nie jest ostatni wyjazd na objazdy po Roztoczu.

Z tego miejsca chciałbym podziękować koledze za współudział w wypadzie.

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Retrospekcja – Krokodyle z Adamowa

wrzesień 9th, 2017 by Kręzel Michał

Choć wyprawa w celu zarchiwizowania “na kliszy” pociągów przemierzających szlaki (to chyba za duże słowo) znajdujące się na terenie Kopalni Węgla Brunatnego “Adamów” w Turku miała miejsce w lipcu 2015 roku, to z nieznanych mi powodów nie została opisana. Zapewne winne jest tu moje lenistwo, gdyż kolej kopalni “Adamów” jest bardzo ciekawa z kilku powodów: przede wszystkim sieć torów jest niewielka, skupiona na obszarze około 6 kilometrów. Wikipedia podaje, że jej długość wynosi 30 kilometrów, ale to dane jeszcze z czasów, gdy pracowały wszystkie odkrywki. Obecnie ruch odbywa się tylko na jednym, krótkim odcinku sieci. Po drugie, napięcie zasilania w sieci trakcyjnej wynosi 2,4 kV. Po trzecie, jeżdżą po niej lokomotywy serii LEW EL2 zwane “krokodylami”. No i po czwarte – sieć nie jest połączona w żaden sposób z siecią PKP. Jedyne połączenie sieci ze światem możliwe było poprzez Kaliską Kolej Dojazdową, po której zostały jedynie wąskie tory, a ruch zamarł. Stacja styczna znajdowała się na terenie elektrowni w Turku.

Wyprawa w okolice Adamowa była wynikiem spontanicznej decyzji, gdyż od dawna planowałem “zapolować” na gady kursujące po liniach KWB Konin, ale okazało się, że do Turku mam bliżej. Zaopatrzyłem się więc w trochę niezbędnej wiedzy geograficznej, prowiant oraz w kamerę, gdyż uznałem, że warto nie tylko robić zdjęcia, ale też i coś na taśmie nagrać. Decyzji tej miałem potem trochę żałować – ale nie uprzedzajmy faktów.

Wyruszyłem 1 lipca, w środę, około godziny 7:30 rano z Łęczycy. Słoneczko raźno przygrzewało a i droga się nie dłużyła, dzięki czemu do celu, Turku, dotarłem po 50 minutach. Odpaliłem nawigację i skierowałem się w stronę miejscowości Chlebów. Przejeżdżając przez Turecką Strefę Inwestycyjną zauważyłem, że po torach wąskotorówki prowadzących do elektrowni nie pozostał nawet ślad. Minąłem elektrownię i po raz pierwszy zetknąłem się z celem mojego wypadu – koleją. Wiaduktem szła linia do odkrywki Władysławów, zamkniętej już parę lat temu. By na tym wiadukcie spotkać pociąg, a właściwie lokomotywę luzem, trzeba mieć bardzo dużo szczęścia. Rzadko zapuszcza się na nią samotna EL2 by dokonać inspekcji szlaku pod kątem ubytków w sieci i torze. Mnie zaszczyt ten nie “kopnął”, pojechałem więc dalej. Linia do odkrywek “Koźmin” w Bogdałowie i “Adamów” biegła po prawej stronie drogi. Niestety, pierwsze wrażenie nie było pozytywne – cały czas krzaki i drzewa… Niezrażony jednak tym faktem minąłem znajdujące się w Chlebowie dwa przejazdy i pognałem dalej, w stronę miejscowości Warenka. Pognałem to może za duże słowo, gdyż droga nie należała do kategorii DDP (Dróg Dużych Prędkości) a raczej miała status “lokalnej”. Z ograniczeniami do 40 km/h i innymi niespodziankami.

W Warence zobaczyłem, że w prawo odbija jeszcze bardziej lokalna, ale nadal asfaltowa (co w tamtych okolicach nie jest tak oczywiste) droga – i skręciłem tam. Widok nie był taki zły. Ptaszki ćwierkały, chrząszcze chrzęściły, w oddali majaczył komin elektrowni, drzewa stanowiące całkiem przyjemne tło tego krajobrazu oraz światła pociągu jadącego w moim kierunku. W ŻYCIU TAK SZYBKO NIE ROZSTAWIAŁEM CAŁEGO MAJDANU, czyli kamery na statywie. Zupełnie niepotrzebnie, pociąg nie osiąga kosmicznej prędkości, określił bym ją raczej jako mocno wąskotorową (co można zauważyć na filmie, do którego link znajdzie się na końcu mej opowieści).

Spokojnie odpaliłem kamerę, oddaliłem się na parę kroków i czekałem na strzał.

Widoczny na zdjęciu semafor osłania rozjazd do odkrywki “Adamów” oraz bazy taboru zwanej lokomotywownią. Pociąg sobie pojechał, ja zaś uznałem to za dobry początek dnia. Wyłączyłem kamerę i postanowiłem ruszyć dalej, w stronę odkrywki “Koźmin”.

Mijając bramę kopalni żałowałem, że nie napisałem maila z prośbą o możliwość wejścia i zrobienia zdjęć na terenie lokomotywowni. Cóż, jak zwykle mam problemy z myśleniem… Pojechałem więc w stronę “Koźmina”. Linia tym razem znajdowała się po lewej stronie szosy. Na początku pojawiła się polanka wraz z niewielkim wzgórzem, niestety bez możliwości zrobienia z niego zdjęcia – gdyż było pod słońce. Potem linia wjeżdżała w las i stan ten utrzymywał się aż do ładowni. Niestety, zaraz za skrajnią zaczynała się roślinność, tak więc zrobienie tam zdjęcia o ile nie było niemożliwe, to raczej nie przedstawiało by większej wartości artystycznej. Ot, czoło lokomotywy “w krzokach”. Dlatego też, gdy dotarłem już do ładowni (co nie było prostą sprawą, gdyż od kopalni droga zrobiła się dużo bardziej teoretyczna) i ujrzałem ruszający pociąg, pod mym nosem dało się słyszeć ciche przekleństwo. Postanowiłem jednak nie wracać w okolice Warenki ani Chlebowa, a przyjąć bitwę na warunkach przeciwnika. Niestety, z racji teoretyczności drogi nie byłem wstanie dużo “odsadzić” pociągu, dlatego też gdy dotarłem już na wspomnianą wcześniej polankę, pozostało mi tylko wyskoczyć z samochodu i wycelować. Kamery nie zdążyłbym rozstawić. Zdjęcie wyszło… Po prostu wyszło.

Trochę szkoda, że tak a nie inaczej, gdyż okazało się to być moim pierwszym i ostatnim zdjęciem z odcinka do ładowni “Koźmin”. Teraz wykonanie takiego zdjęcia jest już niemożliwe, odkrywka jest zamknięta. Muszę jednak przyznać, że ciężko było by tam zrobić lepsze zdjęcie. Chyba, że po południu albo w pochmurny dzień. Ale tego dnia po południu wszystkie pociągi jeździły już z “Adamowa”. Niepocieszony tym faktem ruszyłem do Chlebowa gdyż liczyłem na to, że teraz pojedzie jakiś pociąg od strony elektrowni. Dotarłem w okolice skrzyżowania z lokalną drogą, przekroczyłem przejazd i rozłożyłem się w okolicy domu mieszkalnego. Siedzący na ławce starszy pan nie wydawał się ani trochę zaskoczony moim widokiem. Będąc człowiekiem kulturalnym (choć kilka osób pewnie ma inne zdanie) zapytałem, czy mogę tu poczekać na pociąg. Pytanie było zasadne, teren ewidentnie należał do rzeczonego jegomościa. Pan nie widział jednak jakichkolwiek problemów najpewniej orientując się, że i rejestracja z zamorskich krain a i człowiek z tych krain ma obłęd w oczach. Wycelowałem więc kamerę w stronę elektrowni, choć miałem dziwne przeczucie, że zostanę wyrolowany. Tak też się stało. Nieodległe trąbnięcie zza pleców uświadomiło mi, że coś zbliża się do mnie od strony kopalni. Kompozycja była bardziej niż przeciętna, dlatego też nawet nie zawracałem sobie głowy odwracaniem kamery. Za motyw służył mi betonowy płotek. Cóż mogę powiedzieć – jechało, pstrykłem.

Czy jestem zadowolony ze zdjęcia? Nie. Ale 100% satysfakcji to chyba tylko w reklamach. No i zawsze 9-ciu na 10-ciu dentystów poleca, a nie wszyscy. Swoją drogą, jeśli dentysta poleca pastę do zębów, to musi być ona niedobra. Gdyby była dobra to by jej nie polecał, bo miał by przez nią mniej pracy. Policzyłem, że tym razem MUSI mi dopisać szczęście i następny pociąg pojedzie od strony elektrowni. Tymczasem zainteresowały się mną dzieci z pobliskiego domu, które podbiegły i zaczęły zadawać pytania o cel mojej wyprawy. Odpowiedziałem im zgodnie z prawdą i aktualnym stanem mojej wiedzy na wszystkie ich pytania, zostały jednak przywołane do porządku przez nadal siedzącego na ławce człowieka. “Nie przeszkadzajcie panu!” – zagrzmiał. Widok w stronę elektrowni rysował się całkiem nieźle, choć lepiej wyglądał by na jesień/w zimie, bez liści na drzewach. W lipcu widać było – komin, chłodnie kominowe i ruch w oddali. Tym razem byłem gotowy, ale jak znów widać na filmie – nie było pośpiechu. Pociąg zmierzał dostojnie w moją stronę, ja zaś mniej dostojnie wycelowałem w jego stronę i strzeliłem.

Tak drogie dzieci powstają chmury

Zdjęcie mogło wyjść lepiej, tak więc do tego miejsca będę się musiał przymierzyć w czasie kolejnego wypadu tam. Pomijam już, że chyba obróbka lekko leży i zdjęcie jest zwyczajnie zbyt żółte (ale już nie chce mi się go poprawiać), ale mogłem odejść dalej od torów i pokazać wszystko szerzej. Inna sprawa, że wtedy chyba chłodnie kominowe by się nie załapały, ale mam nadzieję, że w listopadzie tego problemu nie będzie – o ile do listopada będzie tam coś jeszcze jeździć. Pożegnałem towarzystwo i udałem się w stronę kopalni, na kolejny przejazd. Ten był dla odmiany przejazdem na wskroś polnym, w dodatku widok od strony elektrowni prezentował się gorzej jak biednie. Nie dane mi było jednak zbyt długo utyskiwać z tego powodu, gdyż na horyzoncie… pojawiły się światła! Noż w gorszym miejscu już nie mógł się trafić… Cóż było robić? Kamera została w samochodzie, ja zaś wycelowałem aparat. Trochę szkoda, że miejsce takie a nie inne, ponieważ w moim kierunku zmierzała jedyny zmodernizowany w ZNLE Gliwice “Krokodyl”. Pantografy połówkowe, inny układ świateł – jakbym widział tuningowanego EN57.

Widok w drugą stronę nie przedstawiał się znacząco lepiej, głównie za sprawą słupów stojących zaraz obok torów. Wymuszało to stosowanie dłuższej ogniskowej a i tak słupy pałętały się w kadrze. Dla filmowca nie jest to problem, dla zdjęciopstryka takiego jak ja – już tak. Tego dnia byłem akurat hybrydą jednego i drugiego – raczej ze szkodą dla obu kierunków artystycznych. Używanie kamery wymuszało pewne kadry, które bez tej kamery wyglądały by zupełnie inaczej, ale jak się chce upiec dwie pieczenie na jednym rożnie. Koślawym…

Ale do rzeczy. Cieszyło mnie jedno, w Adamowie lokomotywa jest zawsze na początku składu. Na sieci KWB Konin nie jest już tak różowo, lokomotywa potrafi pchać skład a na przednim wagonie zamontowana jest kamera i dzwonek. Dodatkowym “ficzerem” był leżący przy torach węgiel brunatny. Uznałem jednak, że zabranie takiej pamiątki było by cokolwiek ryzykowne. Udałem się do samochodu, by posłuchać wieści dziwnej treści w radiu i odpocząć, gdyż od rana w zasadzie cały czas byłem na nogach. Z samochodu idealnie widziałem prostą biegnącą od strony kopalni. Dzięki temu, gdy pojawił się kolejny pociąg, nie dałem się zaskoczyć. Kamera zaczęła nagrywać na długo przed tym, jak maszynista zdał sobie sprawę z mojej obecności. Mogłem też w spokoju odpowiednio skadrować zdjęcie. Nie to, żebym wymyślił coś ciekawego, ale to wszystko przez kamerę – bałem się ją zostawiać bez opieki.

Pociąg w końcu się do mnie dotoczył:

Sformułowanie jest niedoskonałe, gdyż parę milimetrów ogniskowej tu było, można wręcz powiedzieć, że do końca niewiele brakowało. Pociąg minął mnie niespiesznie, mogłem więc wrócić do samochodu. Osobom szczególnie zainteresowanym (albo chcącym w tym miejscu zakończyć tę nudną podróż), polecam obejrzenie filmu i przyjrzenie się pracy wózka lokomotywy – nazwa “krokodyl” nie jest przypadkowa, widać jak “kłapią paszczą”. Napotkany “lokals” ostrzegł mnie, że na dziś planowana jest przerwa technologiczna, tak więc w godzinach popołudniowych ruch może na parę godzin “zamrzeć”. Na razie się na to jednak nie zapowiadało. Na horyzoncie pojawiły się kolejne światła. Tym razem uznałem, że zdjęcie zrobię bez jakichkolwiek słupów. Ot, ciasny (ale własny) kadr z samym tylko pociągiem. Od pomysłu do realizacji.

Muszę przyznać, że wyszło fajnie. To znaczy, moim zdaniem. Film jak to film, pociąg jedzie, stuka i zagłusza chrząszcze chrzęszczące i ptaki ćwierkające.

Uznałem, że potencjał miejsca został wyczerpany, ruszyłem więc dalej, w stronę następnego przejazdu. Tutaj sytuacja przedstawiała się dużo lepiej. To znaczy, patrząc w stronę kopalni, bo od elektrowni widok był… przeciętny. Na szczęście słońce chwilowo uciekło pod chmury, dlatego też można było bez obaw robić zdjęcia w obie strony. Tylko żeby coś jeszcze chciało pojechać! Na razie panowała błoga cisza. Ptaki ćwierkały a chrząszcze chrzęściły, po nieodległej drodze co chwilę przemykał jakiś samochód. Torów od strony elektrowni w zasadzie nie było widać, dlatego też okupowałem okolice przejazdu. W końcu, po ponad godzinie oczekiwania, na horyzoncie pojawił się skład. Miejsce praktycznie niefotogeniczne, ale co było zrobić? Odpaliłem kamerę i wycelowałem.

Coś jak szlak do odkrywki “Koźmin”, tylko więcej miejsca z lewej. Po wykonaniu pamiątkowej fotografii i nagraniu filmu udałem się w stronę rozciągających się pól, by pociąg od strony kopalni ująć szerzej. Wydawało mi się, że na przejeździe od którego zacząłem przygodę z tą linią, stoi gość bez koszulki i robi zdjęcia pociągu który dopiero co dojechał do tego przejazdu. Na początku uznałem, że to fatamorgana (albo halucynacje i śmierć z niedożywienia).

Bezsensowna anegdotka!

Siedzą razem baba i chłop, żeby uchronić się przed mroźnym łotewskim zimnem. Kobita pyta: – Kochasz bardziej mnie czy zimnioka? – Ciebie. Kobieta nie wierzy i pyta dlaczemu. – Bo zimniok to tylko marzenie, a ty jesteś naprawdę. Ale chłopa nie ma. Jest tylko halucynacja z niedożywienia. I śmierć. Takie jest życie.

Koniec anegdotki.

U mnie było trochę jak w tym dowcipie z Radia Erewań. Nie było zimno tylko ciepło, kobit nie było – w sumie krokodyli też nie. A i zimnioków nie widziałem.

Jako, że cień był w miarę daleko uznałem, że nie będzie mi się chciało biec w przypadku, gdy pociąg jadący z prędkością “TeŻeWe”* pojawi się na horyzoncie. Czas dłużył się niemiłosiernie, słoneczko przygrzewało konkretnie, dlatego też, gdy kolejny pociąg pojawił się na horyzoncie, byłem już konkretnie opalony.

Halucynacja w postaci gościa znów się pojawiła, ale na zdjęciu go nie ma. Kadr wyszedł tak jak sobie wymarzyłem, to znaczy – szału nie ma, ale wyciągnąłem z miejscówki maksimum moich zdolności. Aparat mocno się przygrzał, na zdjęciu przeglądanym na wyświetlaczu niebo przybrało kolor ni to fioletowy, ni to różowy. Na szczęście na monitorze komputera barwy są już odpowiednie.

Dzień był jeszcze daleki od chylenia się ku końcowi, ja zaś uznałem, że jeszcze jeden pociąg – i wystarczy. Długo nie musiałem czekać, raptem po pół godzinie na horyzoncie pojawił się kolejny skład. Pojawiła się także fatamorgana gościa bez koszulki, która zrobiła zdjęcie pociągu i zniknęła w czeluściach ciemnego Audi 80 (tak przynajmniej wynikało z sylwetki pojazdu). Ja zaś odpaliłem odpowiednio wcześniej kamerę, przymierzyłem i też zrobiłem zdjęcie.

Spakowałem manatki i rozpocząłem powrót do domu.

Wyjazd uważam za całkiem udany, zdjęcia i filmy wyszły bardzo dobrze. Opaliłem się, nie spotkałem ochrony – co dziwne, bo ja ich widziałem, oni mnie też musieli – w końcu stojący w zielonym polu gość w białej koszulce MUSI być widzialny z daleka. Może uznali mnie za niegroźnego wariata? Albo spotkali tego bez koszulki i było im dość jak na jeden dzień…

Tymczasem droga mojego powrotu prowadziła przez Dąbie nad Nerem. Zgadłeś, drogi Czytelniku, zajechałem na wiadukt za stacją. Po prawdzie to liczyłem na jakiegoś sowitego bonusa w postaci “prywaciarza” – i w sumie nie przeliczyłem się. Trafiła mi się Skoda CTL ze składem węglarek.

Kamera oczywiście też swoje nagrała. Poczekałem godzinę, w międzyczasie trafił mi się jeszcze “byk” z pudernicami.

Czekałem potem kolejną godzinę, ale słońce coraz śmielej zaczęło zaglądać do wykopu i uznałem, że wystarczy.

Linia kopalni Adamów jest “krótka i nieszczególnie fotogeniczna” – jak powiedział klasyk, ale odwiedzić ją warto. Niedługo pozostaną tylko zdjęcia i filmy.

Film z “krokodylami” -> http://www.youtube.com/watch?v=59CxfeCCcak&t=309s

Film z dwoma składami z “Węglówki”: oba pociągi na końcu filmu -> https://www.youtube.com/watch?v=OLCcy5mclU

*”TeŻeWe” w skali H0 oczywiście.

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Nie do końca nieoczekiwane spotkanie

wrzesień 8th, 2017 by Kręzel Michał

… albo jak kto woli, polowanie na Bombowiec II.

Z racji sierpniowej przerwy świątecznej postanowiłem wziąć parę dni urlopu i udać się mego miasta rodzinnego – Łęczycy. Jak postanowiłem tak i zrobiłem – i już 15 sierpnia pojawiłem się na Magistrali Węglowej w okolicy mostu nad Nerem by przetestować drona. Testy wyszły pomyślnie:

http://www.youtube.com/watch?v=IrP3AA5EgyY

http://www.youtube.com/watch?v=PFnHNraj01M&t=7s

Udało mi się zrobić także całkiem przyjemne zdjęcie:

Zainteresowanych informuję, że to nie ja pilotowałem drona. Właściciel ów pojazdu nie ma do mnie aż takiego zaufania. W sumie słusznie, z moimi zdolnościami jak nic zaraz bym go popsuł. Albo zrzucił komuś na głowę :-> A że to dziadostwo waży 1,5 kg i potrafi wznieść się na 500 metrów…

Jako, że tego dnia po raz kolejny nie udało mi się złapać “bombowca” – no, w sumie się udało, ale zdjęcie nie nadaje się do pokazania szerszemu gronu, postanowiłem następnego dnia znów uderzyć na “Węglówkę”. Tym razem za cel obrałem sobie znany już z poprzedniego wypadu wiadukt w Bałdrzychowie. Miejsce to wydawało się najlepsze z trzech powodów – po pierwsze, nie miałem tam jeszcze zdjęcia pociągu “ze słońcem”. Dwa – miałem ze sobą kamerę, a śladowy ruch samochodów i ludzi sprzyja filmowaniu. A po trzecie – nie chciało mi się szukać innej “miejscówki”.

Z domu wyruszyłem kilka minut po godzinie siódmej rano. Toczyłem się niespiesznie, gdyż kanał “Co i gdzie jedzie?” milczał na temat ruchu na magistrali Śląsk – Porty. Minąłem Poddębice i zamierzałem skręcić w lewo, w stronę Bałdrzychowa, gdy na wiadukcie Węglówki nad DK72 zobaczyłem pędzący na południe skład węglarek. Ewentualna pogoń już na samym początku uniemożliwiona została przez poruszający się przede mną samochód typu “eLka”. Wyprzedziłem ten pojazd w dogodnym miejscu ale niestety – po dotarciu do drogi prowadzącej na wiadukt zobaczyłem, że nie mam szans. Czarny jak noc ET22 (w malowaniu CTL) mijał właśnie słupy, które zazwyczaj służą za kompozycję. Nie przejąłem się jednak zbytnio tym faktem, gdyż pociąg miał nieoświetlone czoło. I wyszło moje zorganizowanie, mogłem sprawdzić jak w tym miejscu świeci słońce o tej porze. Postanowiłem jednak rozeznać się w miejscówce – i w oddali zobaczyłem światła jakiegoś pociągu stojącego w stacji Poddębice. Z daleka wydawało się, że może to być coś z serii 181/182/183. Moje rozmyślania i ciszę poranka przerwało trąbienie czegoś, co Skodą nie było. Na “właściwym” torze pojawiły się 3 światła. Czoło nadal nie było oświetlone, ale postanowiłem, że jednak spróbuję zrobić zdjęcie. Kamera została w samochodzie i nie miałem czasu jej rozstawić. Pierwszym “kadrowiczem” tego dnia okazał się ET22 ze składem kontenerów – swoją drogą, strasznie dużo pociągów kontenerowych jeździ po “Węglówce”. Chyba czas zmienić nazwę, Magistrala Kontenerowo-cysternowa. Albo beczkowa, bo cystern też się sporo kręci.

Ale może wróćmy do pociągu. Jako, że miałem “podpięty” teleobiektyw, nie pokusiłem się o zdjęcie z silosami, a wersję okrojoną.

Zdjęcie wyszło nienajgorzej (głównie dlatego, że nic nie zepsułem), ale brakowało tego czegoś. Uznałem, że dopóki słońce się nie przekręci (na nieboskłonie), nie warto marnować okazji w tym miejscu. Przeniosłem się kilka kilometrów na południe, do Choszczewa, gdyż od dawna planowałem kadr z wiatrakami w tle – i choć jeden taki miałem, to w pochmurny dzień. Popędziłem więc w to miejsce niczym lud pracujący miast i wsi na najnowszą promocję Crocsów do sklepu pewnej niemieckiej sieci handlowej albo po Świeżaki do innej, z owadem w logo. W drodze na stacji Otok widziałem piękny, wielokolorowy skład kontenerów z niebieskim ET22 skierowany na południe, ale z tego co wypatrzyłem, pantograf lokomotywy był opuszczony. Uznałem, że nie ma sensu zjeżdżać na stację, gdyż w każdej chwili coś może pojechać.

Anegdotka!

Przeczytałem wczoraj (07.09.2017) informację, że w jednym z polskich miast, mężczyzna lat kilkudziesięciu, wybił w zaparkowanym samochodzie szybę, gdyż zobaczył na siedzeniu pasażera ów “świeżaka”. Mężczyzna bardzo się oburzył, gdyż to nie był “świeżak”, a prawdziwy kalafior.

Koniec anegdotki, wracamy do przynudzania.

Dotarłem na miejsce i przystąpiłem do rozkładania całego majdanu, co nie uciekło uwadze “lokalsów”. Kilka osób obserwowało mnie zza płotów, inni zaś wylegli na drogę – ale trzymali się na dystans. A wiadomo co to za wariat z kamerą i aparatem? Tymczasem na pierwszego, a w zasadzie drugiego “kadrowicza” nie musiałem długo czekać. Okazał się nim elektrowóz serii 181 ze składem węglarek. Czym prędzej odpaliłem kamerę i przystąpiłem do kadrowania. Niestety, nadal podpięte było “tele”, tak więc nie miałem dużego pola manewru. Ale i tak wyszło nieźle. Film też się udał, na końcu opowieści dam link do całości (gdyż jestem leniwy i nie chce mi się dzielić i dublować filmów).

Pociąg sobie pojechał, zdziwieni tubylcy oczekujący na przejeździe też, a ja poszedłem po rozum do głowy (i go nie znalazłem, ale to opowieść na inny raz) i wróciłem się do samochodu po “szeroki kąt”. W międzyczasie posiłkowałem się grupą zrzeszającą obserwatorów żelaznych szlaków, dzięki czemu nie zwracałem uwagi na otoczenie. Tymczasem zza pleców, pod słońce, pojechał ET22 ze składem węglarek. Ale wszystko w jednostajnie niebieskich barwach, tak więc mogłem odżałować. Dalej beztrosko przeglądałem grupę, co nieomal nie kosztowało mnie utraty zdjęcia nr 3.

“Ektron” DB jechał tak cicho, że wypatrzyłem go kątem oka. Nie zdążyłem uruchomić kamery a jedynie zrobić zdjęcie. Tym razem do kadru dorzuciłem belę słomy.

Nauczony doświadczeniem przestałem gapić się w ekran telefonu, zacząłem za to nasłuchiwać. Oprócz brzęczenia much i kojącego szumu nieodległych wiatraków nie słyszałem jednak nic ciekawego. Od czasu do czasu jakiś autochton przejechał samochodem, lokalsi przestali się mną interesować, oprócz jednego psa, który z bardzo bezpiecznej odległości oszczekiwał mnie od dobrych 20 minut, jednak i on w końcu dał sobie spokój. Z “nasłonecznionej” nadjechał E6ACT ze składem beczek, ale nawet nie próbowałem robić zdjęcia ni nakręcić filmu. Szkoda kliszy. Obserwowałem jedynie słuszny kierunek i nie przeliczyłem się – w końcu coś znów nadjeżdżało od strony stacji Otok. Tym razem byłem gotowy, choć prawdę mówiąc nie do końca, gdyż spóźniłem się z odpaleniem kamery. “Kadrowiczem nr 3” ET22 ze składem beczek. Powtórzyłem kadr “Vectrona”, ponieważ nie miałem innego pomysłu.

“Pożegnań nastał czas”. Wróciłem więc do Bałdrzychowa, gdyż słońce na nieboskłonie zajęło już właściwą pozycję. Tak przynajmniej wydawało mi się z moich genialnych obliczeń. Moje obliczenia mają jednak to do siebie, że nie zawsze są do końca poprawne. Tym razem o mały włos a nie miał by już znaczenia, gdyż o mało nie uczestniczyłem w kolizji. Udało się jednak przeżyć, nie zabić kogokolwiek, nie rozbić samochodu i dotrzeć do wiaduktu. Słońce świeciło już prawie dobrze, no, może trochę nie doświetlało czoła. Ale nie był to wielki problem, gdyż nastał czas posuchy. W sumie to stwierdzenie też nie jest do końca prawdziwe, gdyż od południowej strony jechał pociąg za pociągiem – niestety, miejsce już zarosło i nie byłem w stanie wykombinować nic sensownego. Dodatkowo słońce też nie pomagało. Mogłem się więc tylko obejść smakiem. Czekałem i czekałem – i się doczekałem.

Nadjechał… ET22 ze składem kontenerów. Pocieszające było jedynie to, że słoneczko ładnie go oświetlało, ja miałem podpięty kąt szeroki a i numer loka jak się okazało niezły – 012. Jeden z najstarszych jeżdżących “byków”. Tak, wiem, szkoda, że nie ET22-003. Zdjęcie wyszło tak jak tego oczekiwałem. Film też wyszedł nieźle.

Kontenery sobie pojechały, ja zaś zatrzymałem nagrywanie i zajrzałem “na grupę”. Tam jakaś dobra dusza doniosła, że widziała ET40 zmierzającego ze składem beczek na południe. I znów zacząłem liczyć – wyszło mi, że pociąg powinien być u mnie za godzinę. Jak zwykle to u mnie bywa, rozpocząłem już myślenie życzeniowe i zacząłem sobie wyobrażać, jak to pięknie ten pociąg będzie wyglądał w tym oświetleniu. Tymczasem inna dusza poinformowała, że ze Zduńskiej Woli do drogi na północ szykuje się drugi ET40. Szkoda, że pod słońce! Niestety, 012 okazał się być jedynie podpuchą, gdyż od południa co chwilę coś jechało, a z północy nie chciało. Zawziąłem się jednak i postanowiłem, że nie ruszam się stąd aż do przyjazdu bombowca. Nie chciałem się drugi raz zrobić w bambuko. Uciekły mi naprawdę niezłe sztuki. 2 x Captrain na EU07, Elektryczna Gama, trafił się nawet ET41 (rzadkość w tych stronach). Godziny mijały, Bombowca ni widu, ni słychu. Grupa także milczała. Z żalu zacząłem się obżerać prowiantem a potem kręcąc się bez celu wpadłem w pokrzywy – ale to podobno zdrowe. Moje zblazowanie zaczęło sięgać zenitu – i wtedy zza pleców wyjechał mi ET40 ze składem beczek. O dziwo nie był to uciekinier z poprzedniego dnia, gdyż dzień wcześniej popełniłem kiepskie zdjęcie ET40-55 jadącego na południe, a tu miałem do czynienia z ET40-52. Nie zdążyłem jednak zacząć żałować, gdyż ledwie ostatnie beczki pociągu schowały się na łuku stacji, na horyzoncie pojawiły się trzy światła. Nadjeżdżał bombowiec…

Co z tego, jak słońce zdążyło już przejść na drugą stronę torów? Nie ma jednak co narzekać, zdjęcie wyszło całkiem przyzwoicie – choć jak wiadomo, do końca nie jestem z niego zadowolony. Słoneczko mogło by jednak oświetlać właściwy bok.

Mam to na taśmie! O właśnie, filmami przestałem się przejmować, dzięki czemu kamera nagrywa ze stałą ogniskową. Unikam dzięki temu kopnięć w statyw, niewłaściwych ruchów i innych śmiesznych rzeczy, które negatywnie wpływają na proces nagrywania. Ot na filmie jedzie, bez zbędnych bajerów, zbliżeń, oddaleń.

Zadowolony z takiego obrotu spraw postanowiłem przenieść się w inne miejsce. Nie zdążyłem jednak porządnie się spakować, gdy z okolic stacji znów coś dało o sobie znać. Miejscówkę miałem już wykorzystaną, ale uznałem, że jeszcze jedno zdjęcie nie zaszkodzi. Zwłaszcza, że słońce schowało się za chmurami… Liczyłem na jakiegoś “prywaciarza” – Captrain albo inny wynalazek – a trafił mi się niebieski ET22. Z niebieskimi węglarkami… Przynajmniej nie były tak nudne jak dotychczas – nie dość, że dłuższe, to jeszcze załadowane drzewem, a nie węglem. Cóż było robić? Wycelowałem aparat i odpaliłem kamerę.

Po raz kolejny odpuściłem sobie kadr z silosami. Można powiedzieć, że już mi się “przejadł”. W dodatku chwilę przed przejazdem “Bombowca” przyjechał ciągnik który zabrał pozostawione na polu bele słomy. Nie mógł poczekać? Tym razem nie chciałem już czekać na kolejny pociąg, ruszyłem więc na północ, w miejsce które miałem odwiedzić w czerwcu, ale nie udało mi się znaleźć do niego dojazdu. Miejscem tym był kolejny wiadukt nad linią. W międzyczasie widziałem, że na południe “leci” skład złożony z ET22 i wagonów do przewozu rolowanej blachy. Ale byłem za daleko żeby cokolwiek zdziałać. Wiadukt zlokalizowany jest jeszcze bardziej pośrodku niczego niż ten w Dąbiu nad Nerem. Jako, że samochód ma duży prześwit i napęd na cztery koła, nie miałem problemu żeby tam dotrzeć. Wiadukt fajny, ledwo się trzymający, zlokalizowany wśród bezkresnych pól. Szkoda tylko, że linia idzie w wykopie i z obu stron miałem przekrój dzikiej roślinności Polski. Brakowało tylko Barszczu Sosnkowskiego, choć znając moje zdolności to i lepiej, poparzył bym się od samego patrzenia. Pojechałem więc kilkaset metrów na południe, do zlokalizowanego w szczerym polu przejazdu. Na przejeździe wisiała wesoła kartka, że jeśli do końca września 2015 nikt się nie zgłosi do opieki nad nim, to przyjedzie PLK i przejazd zlikwiduje. 16 sierpnia 2017 roku jeszcze istniał. Fakt faktem, 200 metrów dalej jest kolejny przejazd z drogą prowadzącą do hodowli drobiu/świń/innego inwentarza. Od strony hodowli nadciągał kombajn, ale kierowca był tak znudzony, że nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Nie minęło więcej jak 4 Gołoty jak kombajn zabrał się do pracy, dzięki czemu zmuszony byłem obserwować, gdyż zmysł słuchu wyłapywał jedynie <tu proszę odpalić sobie jakiś filmik z pracującym kombajnem typu “Bizon”>. Portal z literą “F” w nazwie, a właściwie “grupa wsparcia”, nie dostarczyły jednak jakichkolwiek informacji. W dodatku po słońcu nie było już śladu. Dużo bardziej pasował mi kadr na coś z południa, tak więc brak słońca nie był problemem. Problemem był całkowity bezruch.

Tymczasem zainteresował się mną człowiek, który przybył po ziarno zbierane przez kombajn. Nie zdziwił się wielce gdy podałem mu cel pobytu w tym miejscu, gdyż okazało się, że miejsce to regularnie odwiedza: a) “jakiś fotograf pociągów” z Łodzi i b) “jakiś fotograf ptaków” – też z Łodzi. Porozmawialiśmy chwilę o ruchu na linii, autostradach, po czym oddalił się by odebrać ziarno z kombajnu.

Nagle coś zatrąbiło. Dźwięk dobiegał z północy. Nie zdążyłem nawet dobrze obrócić kamery gdy na horyzoncie, pod wiaduktem pojawiły się światła. Nadjeżdżał E6ACT Lotosu ze składem beczek. Gdy maszynista dostrzegł, że filmuję, bardzo ładnie mnie ostrzegł. Myślę, że można to zakwalifikować jako “TurboDymoRp1”.

Zdjęcie, jak na warunki zastane, wyszło całkiem nieźle.

Ledwie zdążyłem przenieść się na drugą stronę przejazdu gdy znów dało się zauważyć światła pociągu nadjeżdżającego z północy. A wagony poprzedniego majaczyły jeszcze na horyzoncie! (Fakt, że już ze 2 semafory SBL ode mnie). Kamera w ruch, aparat też, kolejne zdjęcie na kliszy.

Tym razem nawet “SpokoRp1” nie było, ale nie jestem Łowcą Rp1, to się nie przejmuję.

Zaczęło się robić coraz ciemniej, a radar pogodowy wskazywał na zbliżające się opady deszczu. Były co prawda relatywnie daleko, ale szły idealnie w moim kierunku. Tymczasem znów zapanował bezruch – nie licząc kombajnu, który przejechał na drugą stronę torów i zaczął pracę na polu niedaleko mnie. Dzięki temu nie dość, że nic nie słyszałem, to dodatkowo okresowo leciały w moją stronę tumany kurzu i kawałków słomy. Twardo stałem jednak na stanowisku. No, przesadzam, przeniosłem się na drugą stronę przejazdu i to akurat na czas, by nie dać się oszukać w miarę krótkiemu składowi “dumpcarów” prowadzonych “siódemką” Wiskolu. Przyznam, że parametr nie był już jednym z najlepszych, choć do podłości jeszcze mu brakowało. Zdjęcie wyszło więc nieźle, film też daje radę (moim skromnym zdaniem). Pociąg sobie pojechał, kombajn też odjechał w nieznane – serio, pojechał w stronę wiaduktu, w stronę bezkresu pól…

Łudziłem się jeszcze, że na wysokości oddalającego się pociągu zobaczę światła zwiastujące skład od południa. Zamiast tego musiałem iść zamknąć okna w samochodzie, gdyż zaczęło padać. Złożyłem więc cały majdan i wróciłem do domu. Następnym razem, zapewne w listopadzie, wybiorę się już w inny rejon Magistrali Węglowej, choć kadr od strony południowej nadal kusi.

W piątek moja kuzynka wyruszała w podróż do Gdyni. O dosyć podłej porze, gdyż było to po 7 rano, a pogoda nie sprzyjała. Mimo to wziąłem ze sobą aparat. Wypatrzyłem w rozkładzie krzyżowanie TLK którym miała jechać z pociągiem osobowym do Łodzi. Stacja w Łęczycy przeszła drobną rewitalizację, która oprócz remontu budynku stacyjnego objęła też perony. Dzięki temu pociągi osobowe przyjmowane są przy peronie pierwszym a nie drugim – jak kiedyś. Nieznacznie utrudniło mi to wykonanie zdjęcia. Kiedyś było to proste:

A teraz? Las słupów, do tego tabor jakby brzydszy.

Ja wiem, dla pasażerów to akurat zmiana na plus (przynajmniej w segmencie pociągów regionalnych), ale pod względem naszym – fotograficznym… Jak dla mnie na minus. Ale nie uciekniemy od postępu.

Następnym razem, w listopadzie trzeba chyba zaliczyć te nieszczęsne “krokodyle” – niby mówią, że będą jeździć też w przyszłym roku, ale kto wie? Lepiej pojechać i mieć niż żałować.

Tymczasem obiecany film:

https://www.youtube.com/watch?v=b7O6hxGbP_0

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Pogoń za Bombowcem…

lipiec 31st, 2017 by Kręzel Michał

… zakończona (jak zwykle) klęską. Ale spokojnie, to nie koniec tej opowieści, a jedynie smętne podsumowanie.

Wyprawę na “Węglówkę” miałem w planach już od co najmniej roku. Jako, że złamana noga pokrzyżowała mi plany w 2016 roku, uznałem, że w roku 2017 muszę nadrobić z nawiązką “rozkład jazdy”. Co prawda większy nacisk chciałem położyć na koleje kopalni węgla brunatnego, w tym zamykaną pod koniec tego roku kolej w Turku, ale pojawienie się sprawnego ET40, a właściwie dwóch, skutecznie odwiodło mnie od “krokodyli”. Uznałem też, że na krokodyle jeszcze uda mi się wybrać.

Okazja do odwiedzenia “Magistrali węglowej” pojawiła się w połowie czerwca, gdy wybrałem się w odwiedziny do mieszkającej w Łęczycy rodziny. Z miasta, w którym się urodziłem, do D29-131 mam raptem około 20 kilometrów, czyli tyle, co nic. Uznałem więc, że warto zapolować na ET40.

Sobota 17 czerwca przywitała mnie deszczem. Nie był to bardzo intensywny opad, raczej mżawka, niemniej było to zjawisko upierdliwe. Celem moim był wiadukt w Bałdrzychowie, z widokiem na elewator w Poddębicach. Miejsce może “szału nie robi”, ale da się tak zrobić przyzwoite zdjęcie. Liczyłem, że tam właśnie trafi mi się “Bombowiec”. W 2015 roku niestety słońce nie chciało współpracować

i wydawało się, że i tym razem nie będę miał szczęścia.

Dojechałem na miejsce, wygramoliłem się z samochodu i wziąłem cały sprzęt. Widok nie odbiegał od tego ze zdjęcia powyżej z tą różnicą, że padało. Parametr był na tyle beznadziejny, że zdjęcie ET22 ze składem kontenerów, który pojechał na południe właściwie zaraz po tym jak na ten wiadukt wszedłem, nie udało się. Tak samo nieudane okazało się zdjęcie czeskiej lokomotywy serii 181 ze składem beczek, jadącej na północ.

“Pierwsze koty za płoty”, ale cała sytuacja nie nastawiła mnie optymistycznie. Próbowałem odczarować sytuację jedząc zakupionego dzień wcześniej kabanosa w bułce, ale nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów. Deszcz nadal padał. Niemniej parametr zaczął się stopniowo poprawiać, dzięki czemu następny ekspres kontenerowy, także prowadzony ET22, zapisał się na kliszy – zdjęcie nie jest może wyjątkowo udane, ale wyszło, a to już coś.

Pociąg sobie pojechał, ale nie dane mi było długo cieszyć się ciszą. Coś wyraźnie trąbiło od południa, wydawało mi się, że to gagarin. Najpierw myślałem, że zastosuję kadr z wcześniejszego pobytu w tym miejscu

uznałem jednak, że z racji posiadania “szerokiego kąta”, powinienem spróbować czegoś innego. Wybór padł na wciśnięcie w kadr budynku o charakterze kolejowym, stojącego obok wiaduktu. Pewien znany portal społecznościowy rozwiał moje wątpliwości, w moją stronę zmierzał M62M-003 ze składem węglarek. Dodatkowo, kilkanaście minut za nim miał jechać “prywatny” ET22, ale w tej chwili nie było to moim zmartwieniem. Starannie przymierzyłem, gdyż zza łuku zaczęła wyłaniać się sylwetka lokomotywy. W odpowiednim momencie nacisnąłem spust i choć zdjęcie wyszło tak jak chciałem, to muszę przyznać – zachwycony nie byłem.

Pogoda nie poprawiała się, postanowiłem więc przenieść się na północ, do Dąbia nad Nerem. Na moją decyzję, oprócz pogody, wpłynęła też informacja o tym, że ET40 dopiero rusza z Gdańska oraz to, że na jednej z TeeLeK do Poznania jedzie “rodzyn”, tj. EP08-001.

Dąbie nad Nerem odwiedziłem pierwszy raz ponad 8 lat temu, pamiętałem jednak, że zaraz za stacją znajduje się wiadukt idący “w pola”, a więc taki, na którym nikt mi nie będzie przeszkadzał. Pogoda nadal nie sprzyjała, padała ni to mżawka, ni to deszcz. Dojechałem na miejsce, i niemal od razu od południa pokazały się światła. Okazało się, że światła te należą do “Dragona” Lotosu prowadzącego skład beczek. Jako, że do aparatu podpięty był “szeroki kąt”, musiałem trochę improwizować. Aura nie pomagała, ale zdjęcie zrobiłem.

Dragon sobie pojechał, ja zaś wróciłem wspomnieniami do wydarzeń sprzed 8 lat, gdy na linii trudno było o prywaciarza innego niż Lotos właśnie. Liczyłem, że oprócz Bombowca trafi się jeszcze jakiś “bonus”. W 2009 roku dominowały zielone “byki” z różnorakimi składami, na przykład:

czy też

Niby zielone, ale każdy jakby inny. A teraz co? Niebieski byk w jednym schemacie malowania plus do tego niebieskie węglarki. Standard wszystkich linii kolejowych w Polsce. No i w 2009 roku nastawnia na tej głowicy jeszcze prężnie działała, obecnie zamknięta na cztery spusty i zabita dechami…

Tymczasem na horyzoncie od strony Zduńskiej Woli (czyli od południa) znów pojawiły się światła. Jechał… tak, zgadłeś czytelniku, do bólu niebieski byk z niebieskimi węglarkami.

Tym razem, jak widać na załączonym obrazku, nie robiłem zdjęcia z wiaduktu a udałem się kawałek dalej, by w kadr wepchnąć drzewo z lewej. Moim działaniom przyglądał się idący polną drogą człowiek, którego najpierw wziąłem za bezdomnego (gdyż niósł ogromny) wór, ale potem uznałem, że to musi być jakaś fatamorgana. Jestem na zadupiu, domów wokół brak (nie licząc jednego, ale wydawał się niezamieszkały), a tu ni stąd ni zowąd pojawia się facet wyglądający jak dziad borowy. Nie doszło między nami do żadnej interakcji, nawet wokalnej, facet po prostu poszedł dalej, kilkukrotnie jednak się odwracając. Może to jakiś morderca a w worku miał zwłoki? Albo był to worek na zwłoki? Chyba nigdy się nie dowiem, ale nie jest to dla mnie powód do niepokoju. Wróciłem na wiadukt, gdyż według moich genialnych wyliczeń ET40 powinien był się już do mnie zbliżać. Widok w stronę północną jest zaiste imponujący, prosta ma około 8 kilometrów długości, tak więc pociąg widać już z daleka. Przez dłuższą chwilę jednak nic nie było widać. Wspominałem już, że przestało padać? Nie? No więc owszem, przestało, ale nie miało to znaczenia gdyż buty i spodnie miałem już przemoczone od ciągłego biegania po trawie. Od czasu pamiętnej imprezy w Jędrzejowie nie robiło to jednak na mnie żadnego wrażenia.

Minuty i godziny mijały, a Bombowca nie było widać. Pomału zbliżał się czas przyjazdu do Kutna TLK 18152 “Latarnik”, który to prowadziła EP08-001. Po raz pierwszy pojawiło się u mnie przeczucie, że Bombowiec mi ucieknie. Tymczasem od północy pojawiły się światła, ale zwiastowały one jedynie kolejnego “byka” z … dokładnie, węglarkami.

Sytuacji nie ratował fakt, że był to zmodernizowany ET22. Pociąg sobie pojechał, ja zaś wróciłem do samochodu. Niebieskie “F” podawało wprawdzie, że w moją stronę zmierza luźna Tamara jednego z prywatnych przewoźników, ale była daleko i nie miałem pewności czy jej doczekam. Poszedłem więc do samochodu by choć trochę wysuszyć ubranie oraz rozeznać się w mapie dojazdu do linii “poznańskiej”. W pewnym momencie coś mnie jednak tknęło i opuściłem przytulne wnętrze pojazdu. Wszedłem na wiadukt – i w oddali, od strony Zduńskiej Woli zobaczyłem powoli zbliżające się światła. Okazało się, że była to Tamara firmy Protor ze składem wagonów wiozących szyny. Jako ciekawostkę zanotowałem, że pociąg wjeżdżał z toru bocznego na tor szlakowy. Skład toczył się niemiłosiernie wolno, ale w końcu wjechał mi w kadr.

Ucieszyłem się z tego niespodziewanego “bonusa”, jednakże nie była to lokomotywa o której mowa była w komunikacie. Wróciłem jednak do samochodu, gdyż znudziło mi się już czekanie w pozycji stojącej. Po chwili podjąłem decyzję o przemieszczeniu się na linię D29-3, w okolice Kłodawy. Dzięki tej chwili nieuwagi, wjeżdżając już na wiadukt, mogłem w sumie spokojnym wzrokiem zobaczyć, jak ucieka mi luźna Tamara Bartexu. Nie powiem, ciśnienie mi skoczyło. Mając jednak na uwadze fakt, że miałem złapać “rodzyna”, szybko mi przeszło. Ruszyłem więc w stronę Kłodawy. Zaliczyłem po drodze kilka wiaduktów i przejazdów na “węglówce”, ale wszystkie były do niczego.

Dotarłem na miejsce kilka minut po odjeździe pociągu z Kutna, dzięki czemu nie miałem wiele czasu na kombinowanie. Wymarzył mi się kadr na łuku

na przeszkodzie stało jednak rosnące na polu zboże. Co jak co, wandalem zazwyczaj nie jestem, tak więc musiałem znaleźć inną miejscówkę. Wybór padł na próbę zrobienia zdjęcia z fotogenicznym domkiem dróżnika, znajdującym się przy pobliskim przejeździe.

Nie przewidziałem jednak dwóch rzeczy: Tego, że, powyższe zdjęcie wykonano w zimie, a więc jest mniej roślinności oraz tego, że pociąg z racji remontu szlaku pojedzie torem “niewłaściwym” czy jak kto woli “lewym”. Dzięki temu aby wepchnąć go w “mocny punkt”, musiałem sfotografować go gdy był jeszcze dosyć daleko, ale “podpuszczenie” lokomotywy skutkowało by zbytnim zbliżeniem się jej do krawędzi kadru, co w rezultacie wyglądało by brzydko. Można więc rzec, że zdjęcie EP08-001 mam – i tyle.

Nie zdążyłem nawet dobrze się tym zmartwić, gdy przypomniałem sobie o ET40. Czym prędzej pognałem z powrotem na węglówkę, tym razem na wiadukt DK92 nad tą linią, jednakże nie mogąc zaparkować samochodu w miarę rozsądnym miejscu oraz po otrzymaniu informacji o ekspresie kontenerowym prowadzonym “siódemką” Captrain, zmierzającym Węglówką w stronę Starej Wsi, wróciłem w okolice linii “poznańskiej”. Tym razem moim celem okazał się łuk zaraz przed zjazdem z linii “poznańskiej” na “Węglówkę”, które ma tą zasadniczą wadę, iż nie da się z niego szybko dostać w okolice ów Węglówki – czyli jeśli jakiś pociąg jedzie wiaduktem nad D29-3, to nie da rady go pogonić.

Niemal od razu zaskoczył mnie “Berlin-Warszawa Express” zmierzający w stronę zachodnią, dzięki czemu zdjęcie mi nie wyszło. Nie będę jednak ukrywał, że o ile od strony Poznania miejsce ma potencjał, to od strony Warszawy już niekoniecznie. Niezrażony tą porażką (gdyż EU44 była niebieska do bólu) postanowiłem przeparkować samochód, gdyż okazało się, że ruch na tej polnej drodze znajdującej się przy torach był więcej niż duży – co chwilę jechał jakiś samochód, a kierowcy tylko przyglądali się mi ze zdziwieniem. Jeszcze dobrze nie zaparkowałem, gdy w lusterku ujrzałem świecące w oddali światła. Znaczyło to tylko jedno, od strony Warszawy coś się telepało. Czym prędzej wybiegłem z pojazdu i zacząłem szukać miejscówki. Nie udało mi się to, zdjęcie niby wyczekane a wygląda jak OKP.

Tymczasem od strony północnej części “Węglówki” dało się słyszeć Rp1. Szybki rzut oka w rozkład – jedzie “BWE” do Warszawy. Ale chwila, od strony południowej też coś zjeżdża. Captrain! Czyżby wyścig? Jazda równoległa? Kadr sprzyjał, rosnące przy torach maki i chabry nadawały dodatkowego smaczku całej scenie. Niestety, Captrain ewidentnie czekał pod semaforem. Cóż, musiałem dwa razy “popełnić” ten sam motyw. W głębi duszy jednak się cieszyłem, gdyż zapewne BWE zasłoniło by kontenery a może i lokomotywę. “Husarz” niespiesznie się do mnie zbliżył, miałem więc czas żeby dokładnie wymierzyć.

Gdy tylko ostatnie wagony minęły znajdujący się za moimi plecami semafor SBL, siódemka z kontenerami ruszyła a ja mogłem powtórzyć zdjęcie.

Zadowolony z kolejnego złapanego tego dnia “bonusa” zacząłem zbierać się do drogi powrotnej by złapać główny cel. I w tym momencie, gdy mijały mnie ostatnie kontenery pociągu… na wiadukt w oddali zaczęły wspinać się dwie lokomotywy Lotosu ze składem beczek. Albo jedna, dwuczłonowa… Bombowiec. ET40. Uciekał mi, a ja nie mogłem nic zrobić. Gonitwa wąskimi i krętymi drogami nie gwarantowała dopadnięcia tego pociągu. Dopiero wtedy skoczyło mi ciśnienie (i przyznam, że skacze nawet teraz, gdy piszę te słowa, na samo wspomnienie tej sytuacji). Nie będę przytaczał słów które wtedy padły, są mocno niecenzuralne. Zrezygnowany, ruszyłem w stronę domu. W tym samym momencie od strony Warszawy znów pojawiły się światła. Ruszyłem więc czym prędzej w stronę widocznego w oddali przejazdu, by złapać choć jeszcze jeden pociąg. Okazało się, że mogłem się tak bardzo nie spieszyć, gdyż nadjeżdżał kolejny ET22 ze składem niebieskich węglarek wiozących drewno. Zdjęcie zrobiłem

i uznałem, że poczekam na powrót EP08-001, która, jak mi już było wiadomo z pewnego portalu, miała wracać wieczornym “Gałczyńskim”. Postanowiłem do tego czasu wrócić na “Węglówkę”, gdyż skojarzyłem, że jeżdżą dwie sztuki ET40, a więc może nie wszystko stracone i jeszcze mi “bombowiec” w kadr wpadnie. Wybrałem się więc na kolejny, lokalny wiadukt w miejscowości Bylice. Widok z niego był przeciętny, ale nie miałem czasu na dłuższe przemyślenia gdyż od razu od strony południowej pojawiły się światła. Tym razem niebieski byk ciągnął platformy z workami. Od razu pomyślałem, że to może nawozy z Puław, ale plandeka nie taka.

Pociąg sobie pojechał i nim zdążyłem choć pomyśleć o innym kadrze, w oddali znów coś świeciło światłami. Okazało się, że nadjeżdżał pociąg który fotografowałem kilkanaście minut temu jeszcze na linii “poznańskiej”. Mina maszynisty bezcenna!

Po wykonaniu zdjęcia podszedł do mnie tubylec – burek, który od dłuższego czasu oszczekiwał mnie z bezpiecznej odległości. Po obwąchaniu mnie poszedł sobie dalej co i rusz olewając jakiś krzaczek. Obserwację tego fascynującego zjawiska przerwało mi pojawienie się pociągu z drugiej strony, północnej. Jeszcze bardziej niefotogenicznej. Już z oddali było widać, że lokomotywa jest czerwona, co z jednej strony cieszyło, gdyż nie był to kolejny niebieski ET22, ale z drugiej strony takie malowanie mają tylko Vectrony DB. No i Cargo, ale one się w te rejony nie zapuszczają. I faktycznie, w moją stronę całkiem żwawo pomykał ekspres kontenerowy prowadzony lokomotywą firmy Siemens. Pozostało mi wymierzyć i zrobić kolejne całkiem przeciętne zdjęcie.

Pociąg sobie pojechał a na horyzoncie pojawił się obwoźny sklep w postaci starego Mercedesa Sprintera. Zatrzymał się koło zabudowań za wiaduktem. Zdecydowanym krokiem ruszyłem kupić sobie bułkę i może pęto jakiejś kiełbasy o podejrzanym smaku i wyglądzie, niestety, od północy znów coś nadjeżdżało. Pomyślałem sobie: “to się zaczyna robić nudne”. Nadal jednak naiwnie wierzyłem, że to może jedzie drugi z ET40, tak więc wymierzyłem aparat by bardzo szybko przekonać się, że to kolejny ET22… Tym razem z beczkami. “Aha, czyli pewnie do Płocka”.

Z góry przepraszam za kadr, w tamtym miejscu naprawdę nic się nie da sensownego zrobić.

Tego było już za wiele, postanowiłem ruszyć na południe w poszukiwaniu kolejnej miejscówki. Minąłem linię “poznańską” i klucząc po wsiach dojechałem do wiaduktu, który nie wyróżniał się absolutnie niczym na tle innych wiaduktów na “Węglówce”. Tabliczka głosiła, że znajduję się w miejscowości Adamin. Widok w stronę północy był gorzej jak przeciętny, widok od południa prezentował się lepiej. W oddali majaczył nawet znany i lubiany wiadukt w Dąbiu. Zbyt długo jendak skupiłem się na podziwianiu widoków i dzięki temu uciekł mi Dragon Lotosu z beczkami, jadący na południe. Z racji, jak już wspomniałem, marnego widoku nie przejąłem się tym zbytnio. Mną za to zainteresował się przedstawiciel lokalnej sierści, który przeszedł wzdłuż mojego samochodu dzielnie dzierżąc w ręku butelkę taniego wina – nie widziałem jednak nazwy. Co ciekawe, w tylnej kieszeni spodni miał drugą taką butelkę… Tak, wcisnął prytę do tylnej kieszeni spodni. Widok ten tak mnie zaskoczył, że nie byłem w stanie zrobić zdjęcia. “Żulbert” uznał, że nie stanowię zagrożenia i oddalił się chwiejnym krokiem. Szczerze mu kibicowałem, gdyż w razie “wywrotki” cenny płyn (dla niektórych wręcz fizjologiczny) mógłby się rozlać. A to był by smutny widok. Postanowiłem jednak wrócić do głównego celu wyprawy tj. fotografowania pociągów i poszedłem na wiadukt. Wiadukt jak już wspomniałem dosyć standardowy, choć o dziwo wąski – dwa samochody by się nie minęły, ale to chyba już urok wiaduktów na “Węglówce”. Nie zdążyłem dobrze się rozejrzeć, gdy z północy dało się słyszeć “nawoływanie” byka, a po chwili pojawił się on, w całej okazałości. Nadjeżdżał ze składem kontenerów.

Wykonałem pamiątkowe zdjęcie i uznałem, że do czasu przyjazdu “Gałczyńskiego” zamelinuję się w Dąbiu. Szału ni ma, ale sierści też nie. Coś za coś. Na miejsce dotarłem już po kilku minutach. Na kolejny pociąg nie musiałem długo czekać – szkoda, że po raz kolejny tego dnia jechał niebieski byk z węglarkami…

Pociąg pojechał sobie a tymczasem w moje serce znów wstąpiła nadzieja. Otrzymałem informację, że w Zduńskiej Woli Karsznicach widziano jak do drogi powrotnej w stronę Gdańska szykuje się ET40. Oznaczało to, że przy dobrych wiatrach (i może dobrym oświetleniu!) uda mi się jeszcze złapać “bombę”. Tymczasem musiałem zadowolić się kolejnym ET22 ze składem węglarek.

Przyznam szczerze, że miałem już tych byków “dość”. Uznałem, że kolejnego składu niebieskich węglarek prowadzonego taką lokomotywą już nie będę fotografował. Żałowałem też, że nie wziąłem ze sobą żadnej książki, gdyż zaczęło mi się już dłużyć, a do “Gałczyńskiego” pozostawały nadal 3 godziny. Siedziałem więc na wiadukcie oparty o barierkę i myślałem o wszystkim i o niczym. Dlatego też kolejny pociąg zmierzający na północ nie zaskoczył mnie. Tym razem jechała Skoda Lotosu ze składem beczek – może to ten pociąg miał być prowadzony ET40? Nieważne, zdjęcie zrobiłem w celach stricte dokumentacyjnych.

Wróciłem do siedzenia i obserwowania strony południowej, gdyż spodziewałem się, że ET40 może nadjechać w każdej chwili – a szkoda by było tyle czekać i nie zrobić zdjęcia. Jakież było moje zdziwienie, gdy zza moich pleców zaczęło dobiegać miarowe dudnienie. Odwróciłem się i zobaczyłem w oddali światła. Szybki zoom – oho, jedzie ST40. Lub jak kto woli – 311D. W starym malowaniu. Jaki fajny bonus! Słońce nieśmiało zaczęło wyglądać zza chmur, na szczęście na czas przejazdu pociągu schowało się.

Sfotografowany przed chwilą pociąg nie zdążył jeszcze opuścić stacji w Dąbiu, gdy na horyzoncie po raz kolejny pojawiły się światła. Co gorsza, słońce zaczęło poczynać sobie coraz śmielej, przez co pojawiły się u mnie obawy o sens robienia zdjęcia oraz czekania na “Gałczyńskiego”. Nie byłem zaskoczony, że kolejnym wjeżdżającym mi w kadr pociągiem jest niebieski ET22 ze składem węglarek. Kończyły mi się też pomysły na kadry, a właściwie z racji słońca kadr był tylko jeden.

Złamałem tym samym moje postanowienie o niefotografowaniu niebieskich byków z niebieskimi węglarkami. A chyba powinienem. Powoli traciłem nadzieję na pojawienie się “bombowca”. Nie powiem, ruch dopisywał, ale szkoda, że tabor był raczej monotonny. Ożywiłem się trochę gdy dostrzegłem światła od strony Zduńskiej Woli, cały czas licząc na ET40. Tymczasem nadjeżdżał kolejny już tego dnia ET22, ale tym razem ze składem talbotów. “Zawsze to JAKIEŚ urozmaicenie” – pomyślałem. Nie była to moja jedyna myśl. Dzień wcześniej rozważałem wzięcie kamery, ale dobrze, że tego nie uczyniłem. Powstał by gniot, w którym główną rolę grały by niebieskie ET22. Szaleństwo.

Powoli zbliżał się czas, w którym należało ruszyć 4 litery w celu zapolowania na “Gałczyńskiego”. I w tym momencie wyszło słońce. Świeciło idealnie wzdłuż osi toru na linii “poznańskiej”, co w zasadzie grzebało nadzieje na udane zdjęcie EP08-001. Spakowałem wszystkie klamoty do samochodu i w tym momencie, na horyzoncie znów pojawiły się światła. Nadjeżdżał… kolejny ET22, tym razem też z talbotami. Zaryzykowałem i zrobiłem zdjęcie “z kontry”. Przyznam, że wyszło nieźle, jak na kolejne już zdjęcie z tej samej miejscówki.

Mając serdecznie dosyć niebieskich lokomotyw naszego narodowego przewoźnika towarowego, pożegnałem się z wiaduktem i ruszyłem do Krzewia, gdyż nie wiem czemu uznałem, że tam jest szansa na dobre zdjęcie pomarańczowej “ósemki”. W międzyczasie do stacji w Dąbiu dojeżdżał kolejny “Dragon” Lotosu – ale nie miałem już ochoty się zatrzymywać.

Dotarłem na wiadukt DK91 w Krzewiu i z przerażeniem, a może zwątpieniem odkryłem, że co jak co, ale na dobre zdjęcie “Gałczyńskiego” nie mam co liczyć. Gdyby jechał od strony Kutna, to światełko było by prima sort, ale w obecnej sytuacji jechał raczej pod słońce. Ciężko to jednoznacznie określić, gdyż godzina była już dosyć późna i słońce wisiało nisko nad horyzontem, coraz to bardziej rozciągając cienie. Bez żadnych emocji przyjąłem pojawienie się pociągu towarowego od strony Kutna, gdyż prowadził go ET22… Przynajmniej skład dwuosiowych “szutrówek” trochę poprawił wrażenie.

Pociąg zatrzymał się na stacji w Krzewiu, zapewne po to by przepuścić mający się niedługo pojawić pociąg osobowy, mnie zaś pozostało kombinować kadr na “Gałczyńskiego”. Nie mogłem nic wymyślić a co gorsza w oddali widać już było światła pociągu. Zaryzykowałem więc i zrobiłem jedynie możliwy w tamtym miejscu i czasie kadr. Kadr, z którego absolutnie nie jestem zadowolony, ale zdjęcie wrzucam tu ku przestrodze. Czasami warto odpuścić sobie “rodzyna” czy inny “bonus” – gdy nie ma warunków albo są tak podłe jak na zdjęciu poniżej.

“Gałczyński” pojechał w stronę Kutna, mnie zaś pozostało spakować się i ruszyć w drogę powrotną do Łęczycy. “Bomby” nie złapałem, “świnia” mi nie wyszła – ale wiem, że jeszcze w te wakacje wrócę w te okolice. Będzie szansa poprawić zdjęcia i zmazać tą plamę.

A może jednak “krokodyle”?

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Ruszyły prace na linii Lublin – Stalowa Wola

lipiec 12th, 2017 by Kręzel Michał

Rozpoczęły się prace przy modernizacji linii kolejowej łączącej Lublin ze Stalową Wolą. To znaczący i największy projekt Programu Operacyjnego Polska Wschodnia. Dzięki inwestycji wartej 367 mln zł i elektryfikacji 100 km trasy, skróci się czas podróży. Będą komfortowe przystanki i wyższy poziom bezpieczeństwa na przejazdach.

Wykonawca demontuje sieć trakcyjną na odcinku pomiędzy stacjami: Lublin a Lublin Zemborzyce. Pociągi kursują po jednym torze. Zdemontowanych zostało już około 3 km sieci. Wbito 50 fundamentów pod nowe słupy. Rozpoczną się prace przy wymianie torów. Zgromadzono ponad 22 tysiące podkładów oraz prawie 1100 ton szyn. Na pierwszym odcinku modernizowanej linii roboty potrwają do marca 2018 r. Później wykonawca przystąpi do elektryfikacji linii oraz wymiany torów. W tym czasie do sierpnia 2018 r., zgodnie z zapowiedziami, wstrzymany zostanie ruch pociągów od stacji Lublin Zemborzyce do Kraśnika. Następnie prace, będą prowadzone na kolejnych odcinkach trasy. Zakończenie projektu przewidziano w lipcu 2019 r.

Dzięki modernizacji i elektryfikacji trasy Lublin – Stalowa Wola pociągi pasażerskie będą jeździły z prędkością 120 km/h. Skróci się czas przejazdu na 100 kilometrowej trasie. Pasażerowie zyskają także lepszą komunikację, bowiem na linii wybudowane zostaną dwa nowe przystanki w Zaklikowie i Charzewicach. 20 przystanków zostanie zmodernizowanych i dostosowanych do oczekiwanego standardu obsługi. Zlikwidowane zostaną bariery architektoniczne dla osób niepełnosprawnych.

Większe bezpieczeństwo na trasie zapewni przebudowa 75 przejazdów kolejowo-drogowych oraz remont 46 i przebudowa 24 obiektów inżynieryjnych. Montaż nowoczesnych urządzeń sterowania ruchem kolejowym usprawni przejazd pociągów.

Projekt jest największą inwestycją finansowaną w ramach Programu Operacyjnego Polska Wschodnia. Wartość projektu to 367 mln zł. Dofinansowanie ze środków UE wynosi 85%.

Źródło: Kurier Kolejowy

Wpisane w Kolej na Lubelszczyźnie | Brak komentarzy »

« Poprzednie wpisy