.::Kolejowy Lublin::.
Aktualności: infrastruktura, wypadki, imprezy, rozkład jazdy, tabor

Objazdy, objazdy! II i 1/2

październik 16th, 2017 by Kręzel Michał

Pierwszy wypad objazdowy na linię 30 nie obfitował w ruch pociągów towarowych. No dobra, jeden towar pojechał, ale złapany w marnym miejscu i w niedostatecznych warunkach oświetleniowych. Słowem – można było lepiej. Pomimo mało fotogenicznego taboru postanowiłem wtedy, że jeszcze raz na tę linię wrócę. Jak pomyślałem, tak zrobiłem.

16 września zapowiadał się ładnie, z rana miało świecić słońce, po południu wszelkie prognozy groziły opadami przelotnego deszczu. Nie martwiło mnie to jednak, i tak planowałem złapać jakiegoś towarka w Tarle, ewentualnie w Ciecierzynie. Z racji marnego dojazdu z Dęblina (i Ryk), kolega Caroos nie chciał mi towarzyszyć. Także kolega Kondziolot uznał, że a) pogoda marna; b) tabor nie lepszy.

Po dokładnym przestudiowaniu rozkładu jazdy doszedłem do wniosku, że nie będę siedział w terenie cały dzień, a jedynie do godziny 15-tej. Nie miałem tylko pomysłu od czego zacząć. W okolicach Rudnika byliśmy już za pierwszym razem i choć wiadukt Obwodnicy kusił, to nie miałem bardzo pomysłu jak się na niego dostać. Swoje dołożyło także spore zakrzaczenie tego miejsca. Przypomniałem sobie o górce w Ciecierzynie, z której TEORETYCZNIE powinien być widok na łuk przed przystankiem. Dobre i to. Ruszyłem z domu tak, by na miejsce dotrzeć na kilkanaście minut przed przyjazdem TLK 13108 “Pomarańczarka”. Na miejsce dotarłem jednak szybciej niż myślałem, zaparkowałem samochód obok boiska, wziąłem plecak i ruszyłem.

Na boisku trwały właśnie przygotowania do meczu, tj. dwóch gentlemanów malowało linie, ale nie przejęli się oni faktem, że przemaszerowałem obok murawy. Ja tymczasem im bliżej byłem wybranej górki, tym w sumie dalej. Z daleka wydawała się niższa a podejście dużo mniej strome. Na szczęście z boku nie było tak źle, widać, że ktoś zorganizował sobie tam tor motocrossowy. Udało mi się wejść nie spadając przy tym ani razu, nie ubrudziłem butów, nic mnie też nie ugryzło. Z góry widok prezentował się… nieźle. Do “imponująco” sporo mu jednak brakowało – a mam tu na myśli widok w stronę przystanku w Ciecierzynie, w stronę Lublina widoki były marne, właściwie to wcale ich nie było. Szukałem wymarzonego kadru i w tym czasie nadjechał… szynobus. Widać, jak dokładnie przejrzałem rozkład! Cóż było począć, kadr od strony Lublina wyszedł by marnie (a i słoneczko jakby chciało się przebić), musiałem więc zrobić zdjęcie gdy szynobus był już na łuku.

“Szerszeń” – gdyż tak “ochrzciłem” ten pojazd, pojechał sobie dalej, ja zaś rozpocząłem kombinowanie kadru na niechybnie zbliżający się w moją stronę pociąg TLK. Nie miałem złudzeń, że prowadzić go będzie coś innego jak SU160, choć po cichu marzyłem, że trafi się jakiś “bonus”. Tymczasem jakby zaczęło kropić. Nie było to intensywne, ale parę kropel mi na głowę, ręce i aparat spadło. Podbiłem więc ISO do 400 i czekałem. Trochę żałowałem, że nie zajmuję się też fotografowaniem autobusów, gdyż przy widocznym przystanku zatrzymywały się takie perełki jak Autosan H9-21, ale myślę, że takie zboczenie było by już ponad siłę moich znajomych i przyjaciół. Moje poczynania obserwowała wiewiórka, która skakała sobie pomiędzy gałęziami nieodległego drzewa. Moja fantazja kazała mi myśleć, że ów zwierz jest wściekły i tylko czeka, żeby mnie zagryźć. Odsunąłem jednak od siebie tą niedorzeczną myśl… W końcu z oddali dało się słyszeć “trąbienie”, pozostało mi więc wycelować.

Nie zostałem zaskoczony, SU160 + 5 pudeł. Szczerze mówiąc myślałem, że będzie ich mniej. No nic, wycelowałem, strzeliłem.

Pociąg sobie pojechał, ja zaś postanowiłem ruszyć dalej, gdyż zaraz po przyjeździe powyższego pociągu do Lublina ruszał inny, w stronę Łukowa. Udało mi się zejść nie robiąc sobie krzywdy, ale powrót nie przebiegał już obok boiska, a wzdłuż polnej drogi prowadzącej obok nasypu kolejowego. Na boisku panowała jeszcze pozorna cisza, ale obok zaczęli gromadzić się autochtoni oraz trampkarze starsi, gdyż niedługo miał zacząć się mecz UKS DYS – ORZEŁ URZĘDÓW. Z kronikarskiego obowiązku pragnę tylko zanotować, że zwyciężyli gospodarze z wynikiem 6:2.

Wsiadłem do samochodu i ruszyłem w dalszą drogę, odprowadzany spojrzeniami zaciekawionej gawiedzi. Nie ujechałem jednak daleko. Moim następnym celem była prosta za przystankiem, na której już kiedyś, a dokładnie 7 lat temu, łapaliśmy z caroosem pociąg specjalny.

Zostawiłem samochód na poboczu i ruszyłem w stronę miejscówki. Nie zdążyłem jednak do niej dojść, gdyż moim oczom ukazał się… namiot. Ze stojącym obok rowerem. Pomysł na kadr legł w gruzach a jednocześnie pojawił się nowy – wrzucę w kadr namiot i rower! Oczywiście nie dosłownie. Do przyjazdu pociągu miałem jeszcze kilkanaście minut, dlatego też zacząłem kombinować. W tym czasie z namiotu wyłonił się jegomość, który najprawdopodobniej dopiero co się obudził. Zlustrował okolicę, zauważył mnie, zbladł, ale zachował twarz. Zaczął mi się przypatrywać, ja jednak skupiony byłem na decyzjach typu “uciąć kawałek tego drzewka, ale za to mieć całą gałąź innego?” i podobnych dyrdymałach. Nasz jegomość zaczął się pakować (widocznie myślał, że przyszedłem pobrać opłatę za postój roweru w polu), na szczęście jednak w oddali dało się słyszeć kolejną “Gamę” (hurra), po czym wśród krzaków mignął mi pędzący w moją stronę skład. Biwakowicz nie zdołał się spakować, dzięki czemu załapał się wraz z namiotem i rowerem na zdjęcie.

Nie zwracając już uwagi na bicyklowego wagabundę ruszyłem do samochodu, gdyż moim kolejnym celem była górka w Tarle. Byliśmy już tam z okazji rozpoczęcia objazdów, niestety jednak zdjęć z tego miejsca nie możemy zaliczyć do udanych. Będąc, dzięki Krzyśkowi Jesionkowi, bogatszym o wiedzę, że “można tam lepiej”, znalazłem miejsce z którego on zrobił zdjęcie. Był tylko jeden problem. Właściwie to dwa. Pierwszym było to, że pogoda była diametralnie różna – zaczęło mocno padać, na dworze zrobiła się wręcz szarówka. Dwa – trzeba było fotografować z błotnistego pola. Dlatego też, gdy na horyzoncie, a właściwie końcu prostej pojawiły się światła widzianego wcześniej “szerszenia”, odpuściłem sobie, oddając się konsumpcji czipsów solonych i kabanosów. Potem zacząłem przeglądać pewien popularny portal społecznościowy, co o mało nie doprowadziło do przegapienia… pociągu towarowego jadącego od Łukowa! Wybiegłem z samochodu co sił złorzecząc na fakt, że wcześniej nie poszukałem odpowiedniej miejscówki. Wbiegłem na świeżo zaorane pole, dzięki czemu moje buty oraz spodnie nie znały już znaczenia słowa “czyste”. Udało mi się jednak znaleźć miejsce, które choć nie było w pełni satysfakcjonujące, to musiało wystarczyć.

Zdjęcie nie do końca wyszło tak jak planowałem, dlatego od razu postanowiłem, że wrócę tu gdy pogoda będzie lepsza. Tymczasem zająłem się poszukiwaniem trochę bardziej dogodnego kadru, gdyż w niedługim czasie miał pojawić się kolejny pociąg TLK. Poszukiwania przybrały formę wędrowania po miedzy, ale udało mi się znaleźć trochę lepsze miejsce – a przynajmniej tak mi się wydawało. Deszcz nie chciał przestać padać, dodatkowo zawiewający wiatr skutecznie zniechęcał mnie do dalszego oczekiwania. Pozytywne nastawienie zapewnił mi jednak sms od znajomego, który napisał, że “ruch powinien być”. W końcu się doczekałem, na horyzoncie, na szczycie wzgórza, pojawiły się trzy światła. “Znowu Gama”… Machnąłem ręką, gdyż i tak nie miałem wpływu na rodzaj kursującego taboru. Kolejne zdjęcie wpadło na kliszę.

I znowu, widział bym to inaczej, ale z racji warunków pogodowych i tak nie wyszło źle. Nastał jednak czas pożegnań z tym miejscem, zwłaszcza, że nie było możliwości zrobienia zdjęcia pociągowi jadącemu od strony Lublina. Przemieściłem się znów w sumie niedaleko, tym razem w okolice mostu na rzece Wieprz. Niestety, pogoda nadal nie sprzyjała, dlatego też odpuściłem sobie marsz w jego kierunku. Sam dojazd do polnego przejazdu był nie lada wyczynem, gdyż asfalt kończył się zaraz za wsią, a do skrzyżowania z torami pozostawało jakieś 500 metrów. 500 metrów gliny. Samochód jechał jak po lodzie, ale udało mi się dojechać na w miarę stabilny grunt. Pomimo siąpiącej z nieba wody poszedłem na rekonesans przejazdu, tym razem decydując się na kadr z drugiej strony torów. W tym momencie z okolic Lubartowa dobiegł mnie dźwięk przypominający przejazd ciężkiego pociągu towarowego – a do TLKi pozostawało jeszcze kilkanaście minut. “Czyżby kolejny towar?” Tymczasem znikąd pojawiło się wiekowe białe Audi 80, którego pasażerowie i kierowca byli szczerze zdziwieni widokiem człowieka na tym odludziu. Muszę przyznać, że i ja byłem zdziwiony, gdyż droga za przejazdem prowadzi w tzw. stronę niczego. “Może kogoś utopili?” – i znów moja wyobraźnia dała o sobie znać. Nie stałem się jednak kolejną ofiarą morderczego gangu, usłyszałem za to trąbienie – zbliżała się TLKa.

Zdjęcie wyszło… Wyszło.

Starałem się ratować sytuację, wpychając w kadr komin lubartowskiej ciepłowni (nie to, żeby polepszył on jakoś znacząco odbiór zdjęcia). Cały czas nurtował mnie słyszany wcześniej dźwięk – dlatego też wróciłem do samochodu tylko na chwilę. Deszcz nie przestawał padać, ale myśl o tym, że może jakiś “prywaciarz” szykuje się właśnie do odjazdu z Lubartowa (a dzień wcześniej w Jaszczowie widziano 311D), nie pozwalał myśleć o tym, że byłem już bardziej mokry niż suchy. W końcu nadjechał…

O ile lokomotywy zawierały w sobie dużą ilość plastiku, to dużym szokiem były dla mnie wagony. Prawie każdy był brązowy! Na początku myślałem, że trafiłem na jakiś zaginiony pociąg Cargo, który ma w swoim składzie wagony w starym schemacie malowania, ale słowackie napisy szybko sprowadziły mnie na ziemię. Nie ma jednak tego złego – zdjęcie, choć tylko przyzwoite, stanowi całkiem fajny dokument pociągu pośrodku niczego, z majaczącym w oddali kominem lubartowskiego PEC.

Zabrałem manatki i ślizgając się po polnej drodze pojechałem do Tarła, na sławny już przejazd, gdzie oczekiwałem przyjazdu kolejnego pociągu TLK od strony Łukowa. Kombinowałem kadr ze stojącym obok przejazdu domkiem, trochę odmienionym od naszego ostatniego pobytu, gdyż konstrukcja się nadpaliła. Niestety, nie bardzo mogłem wymyślić jak to pokazać, dlatego też wróciłem na drugą stronę torów i zacząłem kombinować kadr z elektrycznym pastuchem. W międzyczasie wykonałem kilka salt, gdyż podłoże składało się z błota w bardzo dużej ilości. A jak jest z błotem – wiadomo, łatwo się poślizgnąć. Z oddali nieśmiało oszczekiwał mnie typowy kundel, także mieszkająca niedaleko autochtonka wyległa do płotu by podziwiać moje starania. Starania, które moim zdaniem były mizerne, gdyż i mizernym okazał się ich efekt. Zdjęcie jest, pociąg jedzie, teletechnikę też wepchnąłem – ale wielkiego “szału ni ma”.

Postanowiłem przejść się w miejsce, w którym byliśmy 7 lat temu. Miejsce, z którego “teoretycznie” rozpościera się piękny widok na łuk oraz pole, na którym stałem wcześniej. O coś takiego:

Oczywiście marzenia sobie a rzeczywistość sobie. Miejsce W NICZYM nie przypominało dawnej miejscówki. Wszędzie rosły dorodne drzewka, krzaczki i bardzo wysoka trawa, dzięki czemu spodnie i buty, choć już zdążyły wyschnąć, znów nabrały sporo wilgoci. Wycofałem się więc trochę w górę i zaplanowałem kadr. W oddali, od strony… Parczewa, dało się słyszeć trąbienie. Uznałem, że to niemożliwe, gdyż za chwilę miał się pojawić TLK w stronę Łukowa. Pomyślałem jednak, że to mogą nie być przysłuchy, gdyż mijanka w Brzeźnicy Bychawskiej jest na tyle blisko, by słyszeć znajdujący się tam pociąg. Tymczasem od strony Lubartowa dał się słyszeć miarowy stukot pociągu przejeżdżającego przez most na Wieprzu. Pociąg pojawił się po kolejnych kilku minutach, miałem więc czas jeszcze raz obmyślić genialny moim zdaniem kadr.

Zdjęcie wyszło tak jak chciałem, nie miałem jednak czasu rozwodzić się nad nim, gdyż pamiętałem o dziwnych sygnałach od strony Parczewa. Brnąc przez trawę, przemieszczałem się z powrotem w stronę przejazdu, strasząc zające, sarny i kuropatwy. Bażanta widziałem jednego, w dodatku z daleka, a na domiar złego nie przejmował się moją osobą. Może był wściekły?

Po cichu liczyłem, że słyszany pociąg to jakiś prywaciarz, dowolny posiadający ST44/M62 albo ST43 (no co, człowiek może mieć marzenia, nie?). Zmieniłem obiektyw na bardziej pasujący w danej chwili “szeroki kąt”, a za motyw obrałem sobie wspomniany wcześniej nadpalony dom. Uznałem, że po tym zdjęciu wracam do domu, jednakże głos z niebieskiej “F-ki” oznajmił mi, że lubelską Ponikwodę minął właśnie skład z węglarkami. To nic, że znowu duet ST48 z SM42, w wyobraźni widziałem go już w miejscu pociągu uchwyconego na poprzednim zdjęciu – no i chciałem mieć efekt wijącego się na łuku składu. Tymczasem nic się nie działo. Myślałem, że pociąg z Brzeźnicy już dawno ruszył, ale w eterze panowała złowroga cisza. Właściwie to już chciałem wracać z powrotem w stronę łuku, gdy z okolic nieodległego przejazdu dało się słyszeć “Rp1”. Nie zostałem jednak wielce zaskoczony. O ile cieszyłem się, że kolejny pociąg towarowy wjeżdża mi w kadr, to SM42 z krótkim składem węglarek… No nic, dobre i to, ale spodziewałem się czegoś więcej…

Pociąg sobie pojechał, ja zaś zacząłem rozważać powrót do domu. Przede wszystkim, TLKa od strony Łukowa miała przyjechać za około godzinę – a pogoda cały czas nie rozpieszczała. Chęć powrotu zgasiła jednak we mnie kolejna informacja, “wungiel już w Lubartowie”. A więc musiałem czekać. W międzyczasie przeszedłem się do samochodu po zaopatrzenie, ale ze smutkiem stwierdziłem, że już nie mam. Po raz kolejny się poślizgnąłem, jednakże znów udało mi się uchronić przed wylądowaniem na niezbyt stabilnym i czystym gruncie. Wróciłem w miejsce, z którego fotografowałem stonkę z węglarkami, przedzierając się po drodze przez krzaki dzikiej róży i jeżyny.

Pociąg, opóźniony o całe 10 minut, przyjechał niedługo potem. Powtórzyłem kadr z domkiem, tym razem wywalając drzewo.

Pozostało już tylko czekać na “węgiel” w stronę Łukowa. Wróciłem więc w miejsce, z którego dobrze było widać łuk. Kiedyś było też stamtąd widać most na Wieprzu, ale obecnie Natura zbyt mocno zawładnęła tym miejscem by było to możliwe. Poszukując kadru idealnego udało mi się poślizgnąć na mokrej trawie i zjechać na 4 literach parę metrów w dół wykopu. Pozbierałem się jednak, gdyż w oddali niósł się już dźwięk pociągu przekraczającego most na Wieprzu. Po kilku minutach pojawił się i ostatni aktor tej wyprawy – ST48, SM42 i pokaźny skład węglarek. Przez chwilę żałowałem, że nie mam ze sobą kamery – tak ładnie pracowały w czasie podjazdu pod górę.

Z drugiej jednak strony taki deszcz to nie są warunki dla sprzętu którym dysponuję, filmy wyszły by przeciętnie. Zrobiłem więc zdjęcie, z którego jestem zadowolony, pociąg sobie pojechał a ja ruszyłem w stronę domu.

Straciłem już nadzieję, że objazdy staną się normalne, tj. trafi się niezmodernizowany ST44 PKP Cargo (o Rumunach już nawet nie wspominam). Cały czas plastik i plastik. Takie czasy… Wypad na D29-68 w celach wyjazdowych okazał się kompletną klapą, mimo zapowiadanych 4 pociągów towarowych “za dnia”. Pozostaje czekać na pierwszy śnieg – ale tym razem chyba znów zaliczyć objazdy na Roztoczu. Tabor niby ten sam, ale klimat jakby inny.

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Po kilkunastu latach do Hrubieszowa wrócą pociągi dalekobieżne

październik 8th, 2017 by Kręzel Michał

Nie tylko do Zamościa, lecz również do Opola, Wrocławia a nawet Szczecina będzie można od grudnia dojechać pociągiem z Hrubieszowa. Zapewni to pociąg „Hetman”.

 

Kilkanaście lat minęło, odkąd zlikwidowane zostało kolejowe, osobowe połączenie kolejowe do Hrubieszowa. Od 2004 roku, pojawiło się tam zaledwie kilka pociągów specjalnych. Nawet dworzec w Hrubieszowie został zamieniony na dom weselny. Jednak pewne jest już, że po kilkunastu latach przerwy, powiat hrubieszowski odzyska dalekobieżne połączenie kolejowe.

Co więcej, PKP PLK Lubelski Zakład Kolejowej zainwestuje 6,5 miliona złotych na poprawienie stanu infrastruktury na odcinku pomiędzy Hrubieszowem a Zamościem. Polepszy to bezpieczeństwo ruchu a także zapewni szybszy przejazd na tej trasie.

Od 10 grudnia 2017 do Hrubieszowa będzie kursował codzienny pociąg dalekobieżny IC „Hetman” relacji: Szczecin/Jelenia Góra – Przemyśl – Hrubieszów. Wstępny rozkład wskazuje, że skład będzie wyjeżdżał z Hrubieszowa o godzinie 5:45, o 6:50 będzie w Zamościu, 7:40 w Biłgoraju, 9:50 w Rzeszowie, 11:50 w Krakowie a o 15:25 we Wrocławiu.

Tam nastąpi podział składu. Część wagonów pojedzie do Jeleniej Góry, część zaś do Szczecina. Na końcową stację na Dolnym Śląsku pociąg wjedzie o godz. 18 zaś na szczeciński dworzec kilka minut po godzinie 20. Jest to jednak dopiero wstępny rozkład, finalny będzie znany dopiero w połowie listopada.

Źródło: Lublin112

Wpisane w Kolej na Lubelszczyźnie, Kolej w prasie lokalnej | Brak komentarzy »

02.10.2017 – Wykolejenie w Stawach

październik 2nd, 2017 by Kręzel Michał

Dziś, kilka minut po godzinie 8:00 rano, doszło do wykolejenia pociągu towarowego na stacji Stawy.

Pociąg spółki PKP Cargo, prowadzony lokomotywą ET22-1137, relacji Jaszczów – Świerże Górne, wykoleił się na zachodniej głowicy rozjazdowej stacji. Wykolejeniu uległo 6 węglarek załadowanych węglem. Przyczynę wypadku wyjaśni komisja. Linia D29-26 jest na obecną chwilę nieprzejezdna. Spółka “Przewozy Regionalne” uruchomiła zastępczą komunikację autobusową na odcinku Dęblin – Ryki – Okrzeja.

Zdjęcia – Karol Osial, dziękujemy za udostępnienie.

Wpisane w Kolej na Lubelszczyźnie | Brak komentarzy »

Objazdy, objazdy! II

wrzesień 14th, 2017 by Kręzel Michał

Remont, przepraszam – modernizacja “siódemki” trwa w najlepsze. To znaczy, pierwsza jego faza, czyli zrywanie nawierzchni i demontaż sieci trakcyjnej. Ruch towarowy już w całości kierowany jest na objazdy po liniach: 30-tce, 65-tce, 68-ce czy też 69-tce. Nasz pierwszy wypad na objazdy nie obfitował w ruch towarowy, niemniej sytuacja poprawiła się. Tym razem jednak kolegę Karola zastąpił kolega Konrad, który namówił mnie na wspólny wypad w kierunku pięknego Roztocza. Caroos wyraził na początku zainteresowanie wyjazdem, ale potem z niego zrezygnował.

Kolega nigdy jeszcze nie był w Kanionie, czyli obowiązkowym punkcie każdej wycieczki na Roztocze. Ja byłem już wielokrotnie, ale nie udało mi się tam jeszcze nigdy ustrzelić pociągu jadącego po torze normalnym. Tym razem liczyłem, że nam się poszczęści – w końcu węgiel do Połańca jeździ właśnie tamtędy a kto wie, może i inny “bonus” się trafi? Na przeszkodzie stały dwie rzeczy – brak samochodu (gdyż trwa właśnie naprawa mojego zderzaka, w który w maju pewna pani wjechała) oraz pogoda – gdyż zapowiadało się, że początek września będzie deszczowy. Problem nr 1 wyeliminował Konrad, który zdecydował, że pojedziemy jego samochodem. Problem nr 2 też się rozwiązał, gdyż prognoza wskazywała, że będzie może nie bardzo ciepło, ale przyzwoicie.

Ruszyliśmy więc 2 września rano w stronę Biłgoraja. Od razu napotkaliśmy kilka “wahadeł”, niestety chodzi tu o wahadła na drodze, a nie wahadła z węglem… Po drodze rozmawialiśmy o grze naszych “Orłów” w meczu z Danią (całe szczęście nie oglądałem), poruszaliśmy też inne tematy, nie wchodząc jednak w żadne tematy filozoficzne. Z dyskusji wynikało, że Kondzio liczy na pojawienie się ST45 z towarem, choć miał świadomość, że Roztocze to królestwo ST48. Obowiązkowego postoju na Orlenie po kawę i hot-doga nie było, ostatnio jednak jakoś nie mam ochoty. Podróż przebiegła bez przeszkód i po dojechaniu do Zwierzyńca zostałem mianowany nawigatorem. Dobrze pamiętałem jak dojechać na miejsce tj. do Szozd, dlatego też nie zabłądziliśmy jak to się czasem zdarza. Dojechaliśmy do wsi i od razu nastąpił pierwszy zgrzyt, gdyż przez przejazd przetaczał się właśnie pociąg po “szerokim”, zmierzający w stronę Biłgoraja. Nie próbowaliśmy go gonić, szkoda samochodu. Trudny podjazd sprawił jednak, że prowadząca ów pociąg “turbotamara” znacznie zwolniła bieg. Na wiadukt dotarliśmy mniej więcej równo z lokomotywą, ale nie było sensu ani wyciągać kamery ani też aparatu. Pociąg pojechał sobie, Konrad zaczął montować swój majdan (gdyż posługuje się tylko kamerą), ja zaś sprawdziłem parametr, zaszlochałem i wróciłem do samochodu. Prognoza pogody wskazywała, że będzie pochmurno, ale w miarę przyzwoicie. Tymczasem chmury zeszły do poziomu gruntu, dzięki czemu nawet krótkie przebywanie poza pojazdem skutkowało nabraniem solidnej dawki wody. Temperatura także nie była sprzyjająca, gdyż termometr niby pokazywał 14 stopni – ale wskazanie to dzięki wiatrowi spokojnie można było podzielić na pół. Kondzio stwierdził, że to “jakaś masakra”, ja zaś dałem sobie spokój z wyrażaniem opinii. Liczyłem, że pogoda jak najszybciej się “przetrze”. I faktycznie, po chwili przestało padać a ja mogłem otworzyć drzwi. Nie minęła minuta, gdy zaczęło mi się wydawać, że słyszę coś od strony Biłgoraja. Powiedziałem o tym Konradowi, który potwierdził, że chyba coś jedzie. Wygramoliłem się więc z pojazdu i przygotowałem do strzału. Pierwszym pociągiem tego dnia okazał się być… ST40s ze składem węglarek. Jechało, pstrykłem, szału ni ma.

Pociąg sobie pojechał, my zaś rozpoczęliśmy oczekiwa… Coś zatrąbiło od strony Zwierzyńca. I nie był to “Vader”, gdyż na pewno zdążył już minąć przejazd. Czyli coś po normalnym! I faktycznie, po chwili ukazały się światła. Nadjeżdżał pierwszy “objazdowy”, dwie turbotamary ciągnęły skład węglarek. Aha, czyli “Połaniec”. Konrad odpalił kamerę, ja zaś ustawiłem się do strzału w jedynym na całym wiadukcie w Kanionie miejscu, z którego zdjęcia zawsze wychodzą na 110%. Pamiętając, że ST44 LHS zazwyczaj okropnie męczą się z podjazdem, byłem pod wrażeniem prędkości, z jaką lokomotywy wciągały skład pod górę. Poczekałem, aż stalowy wąż ułoży się w kształt litery “S” (a właściwie odwróconej litery “S”) i nacisnąłem spust w aparacie. Zdjęcie wyszło elegancko, tak jak chciałem.

Dodatkowo strzeliłem jeszcze raz, by mieć numer drugiej maszyny. Konrad także był zadowolony z filmu. Wróciliśmy do samochodu i zaczęliśmy dyskusję o kolejnej “miejscówce” w trakcie tego wypadu. W końcu ileż można zrobić zdjęć z wiaduktu w Kanionie? Dyskusja trwała dłuższą chwilę, po czym kolega zaproponował kawę z termosu. W tym momencie zaczęło mi się wydawać, że coś znów walczy z podjazdem od strony Biłgoraja. Podzieliłem się tym wrażeniem ze współwypadowiczem i ruszyłem, by sprawdzić jak wygląda kolejny potencjalny kadr. Podczas mojego ostatniego pobytu w tym miejscu zrobiłem już zdjęcie pociągu jadącego z tamtej strony, ale tym razem liczyłem, że będzie to pociąg po torze normalnym. W międzyczasie pojawił się kolega, który od razu rozstawił sprzęt. W samą porę! Ledwie skadrował a na horyzoncie pojawiły się światła. Po torze normalnym! Przybliżyłem – ST45. W trakcji podwójnej! Konrad odpalił kamerę. Pociąg jechał wolno, bardzo wolno. W pewnym momencie wydawało mi się, że się zatrzymał. Po chwili ruszył jednak dalej. Dobrze, że mamy to na taśmie! Starannie zaplanowałem kilka kadrów i czekałem, aż pociąg wjedzie w pierwszy z nich. Ciach! Zdjęcie nr 1 zrobione. Ciach! Zdjęcie nr 2, inny kadr, zrobione. Jeszcze tylko drugie zdjęcie, potrzebne by mieć numer drugiej maszyny. Szybko zniknąłem z Konradowi z kadru, gdyż myślałem, że będzie obracał kamerę.

Już po tym zdjęciu mogłem uznać wypad za udany. Konrad wspomniał, że w sumie możemy się już zbierać z tego miejsca, gdyż on też ma już pożądany materiał. Zaczęliśmy więc głośno rozmyślać o następnej miejscówce. Padały różne propozycje – Biłgoraj, Ciosmy, Huta Krzeszowska… Niestety, infobox Lubelskakolej.net milczał na temat ewentualnych pociągów jadących w naszą stronę. Podano tylko informację, że dwa turbofiaty które złapaliśmy to miał do Werbkowic. Dyskusję po raz kolejny przerwał sygnał “Rp1” dobiegający od strony Szozd. Pokuśtykałem więc na wiadukt, gdyż o ile Konrad może filmować z różnych miejsc, o tyle moje pole manewru jest mocno ograniczone. Mogłem co prawda wrócić do samochodu po “szeroki kąt”, jednakże całość jako kompozycja “nie widziała mi się”. Naszym oczom ukazał się tymczasem ST40s, a właściwie duet tych lokomotyw, z pokaźnym składem węglarek. Powtórzyłem więc kadr z poprzedniego zdjęcia, tak samo wyczekując aż pociąg malowniczo “zawinie się” na łukach.

Pociąg już prawie mnie minął, gdy na horyzoncie znów pojawił się światła! Oznaczało to ni mniej ni więcej, że po normalnym też coś jedzie! Przybliżyłem – kolejne dwie turbotamary zmierzały w moją stronę z ładownym “Połańcem”. Próbowałem się dodzwonić do Konrada (gdyż został na górce), ale nie odbierał. Obawiałem się, że odwrócił kamerę i nie obserwuje tego, co się dzieje za plecami. Turbotamary tymczasem raźno zmierzały w pod górę, jak gdyby te 2800 ton “na haku” nie stanowiło dla nich większego problemu. Przymierzyłem, powtarzając po raz trzeci ten sam kadr. Na szczęście w ostatniej chwili pojawił się ciągnik, który wymusił na mnie delikatną korektę kompozycji – ale można powiedzieć, że wzbogacił kadr.

No i turbotamara jechała ładniejszym “dziobem” do przodu, co też ma według mnie wpływ na odbiór tego zdjęcia. Szkoda, że nie jechały te dwie minuty wcześniej, mielibyśmy wyścig.

Tego dobrego było już za wiele, postanowiliśmy ruszyć się dalej. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy przystanku w Szozdach, gdyż kolega postanowił zrobić drobne rozpoznanie. Wrócił do samochodu nie znajdując czegokolwiek ciekawego i powiedział mi, że od dawna planuje odwiedzić “miejscówkę” znajdującą się niedaleko od aktualnego miejsca. Ruszyliśmy więc przez wieś, odprowadzani wzrokiem przez wiejski monitoring, a następnie przez pola i lasy. Tu naprawdę przydał by się mój samochód, dla niego takie warunki to spacerek. Udało nam się jednak dotrzeć na miejsce bez urwania jakiegokolwiek ważnego elementu tudzież przedziurawienia miski olejowej, co uznałem za pewnego rodzaju sukces. Miejsce prezentowało się świetnie. To znaczy patrząc w kierunku Zwierzyńca, w stronę Biłgoraja było w najlepszym przypadku kiepsko. Nie zdążyłem jednak dokładnie się rozejrzeć, gdy od strony Roztoczańskiego Parku Narodowego pojawiły się trzy światła, które dodatkowo zbliżały się w szybkim tempie. Wyciągnąłem aparat i zrobiłem dwie foty. Pierwsza wyszła świetnie, druga gorzej – ale prezentuję tylko drugą. Dlaczego? Postanowiłem, że pierwszy kadr pokażę przy okazji bardziej okazałego składu – gdyż pociągiem, który wjechał mi w kadr okazała się SM42 z dwoma wagonami socjalnymi…

Poza tym, to zdjęcie, choć gorsze, złe nie jest. Jak na standardy OKP oczywiście.

Rozpoczęło się kolejne tego dnia oczekiwanie. Dodatkowym minusem tego miejsca był fakt, że telefony komórkowe mogły służyć za zaawansowane kalkulatory, aparaty fotograficzne, krokomierze – słowem robiły wszystko, tylko nie można z nich było zadzwonić. Nawet siła czterech sieci nie dała rady. Komplikowało to mocno sprawę, byliśmy odcięci od informacji – jakże istotnych w naszym “fachu”. Przedłużający się marazm sprawił, że poszedłem szukać grzybów. Nie dane mi było jednak dobrze się rozejrzeć, gdyż od strony Biłgoraja coś paskudnie zatrąbiło. Słyszałem już ten sygnał dźwiękowy, ale nie mogłem dodać dwa do dwóch, a właściwie przypomnieć sobie która z naszych wspaniałych modernizacji ma taką trąbę. Liczyłem, że to może prywaciarz – i z taką myślą dobiegłem na miejscówkę. Okazało się, że miejsce jest tragiczne, ale nie było czasu szukać innego. Od Kanionu z górki, dlatego też nasz kolejny “kadrowicz” pojawił się bardzo szybko. Dwa “turbofiaty” (albo jak kto woli “paskudy”) ze zwrotem węglarek, pewnie znów “Połańca”. Wycelowałem i popełniłem gniota, mimo wszystko szkoda było nie zrobić zdjęcia.

Jeszcze nie umilkły echa przejazdu tego pociągu, a znów zaczęło mi się wydawać, że w naszą stronę zmierza coś od Biłgoraja. I faktycznie: przeciągłe, czysto gagarinowe Rp1 oznajmiło, że tym razem jedzie coś po LHS-ie. Przeszedłem więc na drugą stronę torów, ale miejsce ani trochę nie zaczęło prezentować się lepiej. Wielka szkoda, ponieważ w naszą stronę zmierzały dwa “zielone” ST44 – coraz rzadszy widok na “szerokim”. Wycelowałem, strzeliłem, żałuję, że w takim miejscu.

“No, to teraz coś po normalnym od Szczebrzeszyna i możemy jechać dalej”. Żeby jeszcze coś chciało pojechać… Odkryłem, że przechodząc przez przejazd i idąc do lasu, w kilku miejscach jest szansa złapać zasięg – czyli zasięgnąć informacji z boxa. Niestety, moje odkrycie nie zawsze się sprawdzało, tak więc nadal nie wiedzieliśmy “Co i gdzie jedzie?”. Miało to swój urok – powrót do starych czasów, gdy człowiek czekał na szlaku nie wiadomo na co. Albo bonus pojechał, albo nie. Mamy jednak XXI wiek i ta “technika polowania” jest już przestarzała. Z żalu wypiłem ciepłe piwo – i zrobił się ruch. Żartuję, co prawda pojechał kolejny pociąg, ale nie dość że na ST40s, to do tego znów od Biłgoraja…

Tym razem, jak widać, nie próbowałem wymyślić koła, ot standardowe zdjęcie, chyba tylko po to, żeby było czym zapchać galerię. Pociąg sobie pojechał, nie sprawdziły się jednak przepowiednie Konrada, że “teraz pojedzie coś po normalnym, bo one tak jeżdżą w parach”. Znowu nastała błoga cisza. Udało mi się “wdzwonić” na boxa, ale nie znalazłem tam jakiejkolwiek przydatnej informacji. W międzyczasie, niedaleko nas zaczął kręcić się traktor, którego kierowca ładował drzewa na przyczepkę. Nie robił sobie nic z naszej obecności, jedynym kto się do nas pofatygował był towarzyszący mu pies. Czworonóg nie znalazł jednak nic ciekawego i też sobie poszedł. Tymczasem od strony Zwierzyńca jakby… Jakby… Konrad odpalił kamerę, ja zaś ustawiłem się w pozycji do strzału – i “zza węgła” wyjechał szerokotorowy “gagarin”, a właściwie duet tych maszyn. Niestety, miejsce dużo bardziej nadawało się na pociąg normalnotorowy, niemniej nie mogłem narzekać. Poczekałem, aż skład zacznie delikatnie wchodzić w łuk i nacisnąłem spust aparatu.

I kolejny skład na kliszy. Oraz taśmie. Nadal brakowało nam jednak pociągu po torze normalnym. Po raz kolejny próbowałem “wdzwonić” się na boxa, ale tym razem mi się nie udało. Telefon uparcie udawał, że nie widzi nadajników. Także “NaSzlakuFM” uparcie milczało. Żałowałem, że nie wziąłem ze sobą książki, na pewno umiliła by czas oczekiwania. Gdy po raz kolejny dało się słyszeć Rp1 od strony Szozd, nie miałem już chęci na zrobienie zdjęcia. “No ileż można?! Dawać coś po normalnym od Szczebrzeszyna!”. Jechał jamnik z mieszanym składem. Niestety, miejsce było jakie było, tak więc nie udało się pokazać całego, dosyć pokaźnego zresztą składu. Samo zdjęcie też nie jest bardzo szałowe.

Kolega zaczął kręcić nosem, gdyż on, wzorem mojej skromnej osoby, obrał jeden stały punkt – generalnie celował cały czas w stronę Szczebrzeszyna. Z tego powodu każdy pociąg od Biłgoraja, choć nie był niemile widziany, to jednak mógłby jechać od granicy. W międzyczasie wydawało mi się, że w oddali słyszę gong rogatek dobiegający od strony Zwierzyńca. Jako, że najbliższy przejazd z rogatkami znajdował się 3 kilometry dalej, w Zwierzyńcu Towarowym, uznałem, że mi się przesłyszało. Konrad jednakże potwierdził, że “gdzieś coś dzwoniło”. Box nadal uparcie milczał, poszedłem więc na grzyby. Nie znalazłem ani jednego, w zamian za to coś znów zatrąbiło od strony Kanionu. Tym razem nadjechał… luźny Traxx LOTOSU!

Mogło to oznaczać dwie rzeczy: albo trafi nam się niedługo jakiś pociąg z Klemensowa, albo będziemy mieć mniej szczęścia i maszyna o ile jedzie do Klemensowa, to zostanie tam na noc. Z drugiej jednak strony pamiętałem, że podczas ostatniego wypadu Traxx zwiastował wyłącznie dobre wieści, gdyż przyprowadził skład do ZT w Bodaczowie i zaraz wracał luzem. Przekazałem tę poniekąd dobrą wiadomość Konradowi, ale on uznał, że moja radość jest przedwczesna – poczekamy, zobaczymy. NaSzlakuFM podało tymczasem, że coś od strony Zwierzyńca miało ruszyć zaraz po tym jak się węgiel od Biłgoraja dotelepie… Czym prędzej pobiegłem wzdłuż torów, przedzierając się przez chaszcze, potykając raz i drugi (ale na szczęście bez następstw), ponieważ za wszelką cenę chciałem zmienić kadr. Niestety, po dobiegnięciu mniej więcej do drugiego łuku “eSki” widocznej na poprzednim zdjęciu zorientowałem się, że miejsce… nie wygląda tak dobrze jak to z daleka wyglądało. Odległe, ale narastające dudnienie uświadomiły mi jednak, że albo tu – albo wcale. Nadjechały dwie turbotamary (albo jamniki) ze składem próżnych węglarek. Zdjęcie wyszło nieźle, choć myślałem, że będzie lepsze.

Po przejeździe pociągu zorientowałem się, że mam za plecami coś na kształt górki. Dlaczego nie wypatrzyłem jej wcześniej? Nie wiem. Cóż, będzie powód by wrócić tam ponownie. Tymczasem musiałem szybko przemieścić się na miejsce naszego stałego bazowania, gdyż od miejsca gdzie stałem do Szczebrzeszyna były raptem 3 kilometry. Niby dużo, ale tajemniczy głos mógł być jedynym pociągiem w tym kierunku tego dnia. Pobiegłem więc przez las, to znaczy biegłem przez pierwsze 400 metrów, bo potem nie byłem już w stanie. Nie pokonał mnie ból nogi a marna kondycja. Udało mi się jednak dotrzeć z powrotem na wymarzone miejsce. Kolejny pociąg pojawił się dosłownie po minucie – ST45 ze składem węglarek. Przymierzyłem, wyczekałem… I voila!

Miałem swoje upragnione zdjęcie, a Konrad – upragniony film. W sumie to powinniśmy już zacząć powrót do domu, ale ten Traxx nie dawał mi spokoju. Przekonałem więc kolegę, że powinniśmy jeszcze trochę zaczekać. Poza tym wypatrzyłem lepszy kadr w przypadku, gdyby coś od Szczebrzeszyna zechciało pojechać po “szerokim”. Box informował, że pociąg który nas minął to zwrot węglarek z Bełżca oraz o postoju dwóch turbofiatów z miałem do Werbkowic na stacji w Zamościu. Tymczasem na przejeździe zatrzymał się rowerzysta, spojrzał na nas, zapytał: “Panowie, tu jakiś film kręcą?”, ale po naszym zaprzeczeniu pojechał sobie dalej. W poszukiwaniu zaginionego sygnału GSM zacząłem oddalać się coraz bardziej od przejazdu, ale krótkie Rp1 od strony Zwierzyńca przywróciło mnie do porządku. Miałem okazję wykorzystać kadr który wymyśliłem. Co prawda tabor, tj. dwie sztuki ST40s to nie jest szczyt marzeń, ale na bezrybiu…

Zdjęcie wyszło dokładnie tak jak chciałem. Trochę szkoda, że nie pojechały klasyczne zielone gagariny z żółtym czołem. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Tymczasem parametr jakby zaczął trochę lecieć w dół. Na szczęście było to tylko chwilowe, a na horyzoncie widać było nawet niebieskie niebo. Gdyby tylko jeszcze jeden pociąg chciał pojechać od Szczebrzeszyna. Oczywiście w słoneczku! W sumie to pojechał, ale nie od Szczebrzeszyna i nie w słońcu… Kolejny zwrot “Połańca”. “Niezawodny” kadr, ale i tabor nie porywa.

Nadal wierzyłem, że Lotos wkrótce nadjedzie. W końcu od pojawienia się go minęły już dwie godziny, a więc jeśli miał już wracać z Klemensowa, to czas był najwyższy. Niestety, znów zaczęła dominować cisza, przerywana jedynie smętnie wiejącym wiatrem. Przyznam, że pojawiły się dyskusje o zakończeniu tej przygody i powrocie do Koziego Grodu. W słowo weszło nam jednak NaSzlakuFM które doniosło, że coś jedzie od Biłgoraja i będzie się krzyżować z Lotosem w Szczebrzeszynie. A więc było na co czekać! Niestety, nie dość, że miejsce było nieszczególne, to dodatkowo tu i ówdzie zaczęło przebijać się słońce. Szkoda, że teraz a nie jak ST45 z Bełżca jechał! Teraz słońce przebijało się idealnie na zbliżający się od zachodu “pociąg widmo”. Przeszedłem więc przez przejazd by znaleźć pomysł na jakiś kadr. Niestety, pomysłu brak, tak więc musiałem powtórzyć kadr z pierwszego “Połańca”. Pociągiem okazała się być zmodernizowana stonka Lotosu ze składem wagonów NACCO. Szkoda, że nie jechała od strony Zwierzyńca. Zdjęcie zrobiłem, a jakże, ale jestem trochę zawiedziony. Gdyby chociaż słońce nie utrudniło sprawy…

Nie byłbym sobą, gdybym nie wlazł Konradowi w kadr, dzięki czemu film będzie ucięty… Na szczęście kolega wykazał się dużą dozą wyrozumiałości. Pozostało czekać na Lotos-a od strony Szczebrzeszyna. Moje genialne obliczenia wskazywały, że pojawi się on za około 40 minut. W międzyczasie słoneczko sobie poszło, a co gorsza parametr zaczął niebezpiecznie lecieć w dół. O ile ja w aparacie mogłem jeszcze trochę “pokręcić”, to dla kolegi osiągane wartości stawały się pomału wartościami granicznymi. Nie mogliśmy jednak odpuścić pociągu o którym wiedzieliśmy. Niestety, zasięg telefonu nie chciał się pojawić, nie mogliśmy więc podzielić się ze światem informacją o Traxxie. W końcu nadjechał… Ciągnąc cysterny. Czyli nie pociąg z Klemensowa, a z Bortatycz. To dlatego tyle mu się zeszło!

Mogliśmy spakować się i ruszyć do domu. Wracaliśmy przez Zamość, gdyż pomimo dłuższej odległości droga zdawała się być szybszą alternatywą niż będąca w ciągłym remoncie droga do Wysokiego. Przed Zwierzyńcem tknęło mnie, żeby spojrzeć na Boxa, ale ostatecznie tego nie zrobiłem. Mijając Szczebrzeszyn zobaczyłem niezmodernizowaną “tamarę” prowadzącą mieszany skład w stronę Biłgoraja… Nie było szans żeby ją gdzieś dogonić. Zajrzałem na Boxa a tam: jedzie rzeczona tamara, jedzie stonka Lotosu, jedzie Lotos. Czyli gdyby nie brak internetu, to mielibyśmy kolejny fajny skład. Dowiedzieliśmy się także o pociągu z Werbkowic, ale w Zamościu miał już być po zmroku. Wracając, w Krasnymstawie trafił nam się jeszcze skład talbotów TradeTrans prowadzonych dwoma ST45, które miały poważny problem by z tym pociągiem jechać po szlaku, ale warunki nie pozwalały już na zrobienie zdjęcia.

To był bardzo udany wypad, zarówno pod względem ruchu (więcej pociągów na normalnym niż na szerokim!) oraz pod względem zdjęć. Nowa miejscówka zaliczona, będzie co opowiadać. No i to na pewno nie jest ostatni wyjazd na objazdy po Roztoczu.

Z tego miejsca chciałbym podziękować koledze za współudział w wypadzie.

Wersja ruchoma -> LINK

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Retrospekcja – Krokodyle z Adamowa

wrzesień 9th, 2017 by Kręzel Michał

Choć wyprawa w celu zarchiwizowania “na kliszy” pociągów przemierzających szlaki (to chyba za duże słowo) znajdujące się na terenie Kopalni Węgla Brunatnego “Adamów” w Turku miała miejsce w lipcu 2015 roku, to z nieznanych mi powodów nie została opisana. Zapewne winne jest tu moje lenistwo, gdyż kolej kopalni “Adamów” jest bardzo ciekawa z kilku powodów: przede wszystkim sieć torów jest niewielka, skupiona na obszarze około 6 kilometrów. Wikipedia podaje, że jej długość wynosi 30 kilometrów, ale to dane jeszcze z czasów, gdy pracowały wszystkie odkrywki. Obecnie ruch odbywa się tylko na jednym, krótkim odcinku sieci. Po drugie, napięcie zasilania w sieci trakcyjnej wynosi 2,4 kV. Po trzecie, jeżdżą po niej lokomotywy serii LEW EL2 zwane “krokodylami”. No i po czwarte – sieć nie jest połączona w żaden sposób z siecią PKP. Jedyne połączenie sieci ze światem możliwe było poprzez Kaliską Kolej Dojazdową, po której zostały jedynie wąskie tory, a ruch zamarł. Stacja styczna znajdowała się na terenie elektrowni w Turku.

Wyprawa w okolice Adamowa była wynikiem spontanicznej decyzji, gdyż od dawna planowałem “zapolować” na gady kursujące po liniach KWB Konin, ale okazało się, że do Turku mam bliżej. Zaopatrzyłem się więc w trochę niezbędnej wiedzy geograficznej, prowiant oraz w kamerę, gdyż uznałem, że warto nie tylko robić zdjęcia, ale też i coś na taśmie nagrać. Decyzji tej miałem potem trochę żałować – ale nie uprzedzajmy faktów.

Wyruszyłem 1 lipca, w środę, około godziny 7:30 rano z Łęczycy. Słoneczko raźno przygrzewało a i droga się nie dłużyła, dzięki czemu do celu, Turku, dotarłem po 50 minutach. Odpaliłem nawigację i skierowałem się w stronę miejscowości Chlebów. Przejeżdżając przez Turecką Strefę Inwestycyjną zauważyłem, że po torach wąskotorówki prowadzących do elektrowni nie pozostał nawet ślad. Minąłem elektrownię i po raz pierwszy zetknąłem się z celem mojego wypadu – koleją. Wiaduktem szła linia do odkrywki Władysławów, zamkniętej już parę lat temu. By na tym wiadukcie spotkać pociąg, a właściwie lokomotywę luzem, trzeba mieć bardzo dużo szczęścia. Rzadko zapuszcza się na nią samotna EL2 by dokonać inspekcji szlaku pod kątem ubytków w sieci i torze. Mnie zaszczyt ten nie “kopnął”, pojechałem więc dalej. Linia do odkrywek “Koźmin” w Bogdałowie i “Adamów” biegła po prawej stronie drogi. Niestety, pierwsze wrażenie nie było pozytywne – cały czas krzaki i drzewa… Niezrażony jednak tym faktem minąłem znajdujące się w Chlebowie dwa przejazdy i pognałem dalej, w stronę miejscowości Warenka. Pognałem to może za duże słowo, gdyż droga nie należała do kategorii DDP (Dróg Dużych Prędkości) a raczej miała status “lokalnej”. Z ograniczeniami do 40 km/h i innymi niespodziankami.

W Warence zobaczyłem, że w prawo odbija jeszcze bardziej lokalna, ale nadal asfaltowa (co w tamtych okolicach nie jest tak oczywiste) droga – i skręciłem tam. Widok nie był taki zły. Ptaszki ćwierkały, chrząszcze chrzęściły, w oddali majaczył komin elektrowni, drzewa stanowiące całkiem przyjemne tło tego krajobrazu oraz światła pociągu jadącego w moim kierunku. W ŻYCIU TAK SZYBKO NIE ROZSTAWIAŁEM CAŁEGO MAJDANU, czyli kamery na statywie. Zupełnie niepotrzebnie, pociąg nie osiąga kosmicznej prędkości, określił bym ją raczej jako mocno wąskotorową (co można zauważyć na filmie, do którego link znajdzie się na końcu mej opowieści).

Spokojnie odpaliłem kamerę, oddaliłem się na parę kroków i czekałem na strzał.

Widoczny na zdjęciu semafor osłania rozjazd do odkrywki “Adamów” oraz bazy taboru zwanej lokomotywownią. Pociąg sobie pojechał, ja zaś uznałem to za dobry początek dnia. Wyłączyłem kamerę i postanowiłem ruszyć dalej, w stronę odkrywki “Koźmin”.

Mijając bramę kopalni żałowałem, że nie napisałem maila z prośbą o możliwość wejścia i zrobienia zdjęć na terenie lokomotywowni. Cóż, jak zwykle mam problemy z myśleniem… Pojechałem więc w stronę “Koźmina”. Linia tym razem znajdowała się po lewej stronie szosy. Na początku pojawiła się polanka wraz z niewielkim wzgórzem, niestety bez możliwości zrobienia z niego zdjęcia – gdyż było pod słońce. Potem linia wjeżdżała w las i stan ten utrzymywał się aż do ładowni. Niestety, zaraz za skrajnią zaczynała się roślinność, tak więc zrobienie tam zdjęcia o ile nie było niemożliwe, to raczej nie przedstawiało by większej wartości artystycznej. Ot, czoło lokomotywy “w krzokach”. Dlatego też, gdy dotarłem już do ładowni (co nie było prostą sprawą, gdyż od kopalni droga zrobiła się dużo bardziej teoretyczna) i ujrzałem ruszający pociąg, pod mym nosem dało się słyszeć ciche przekleństwo. Postanowiłem jednak nie wracać w okolice Warenki ani Chlebowa, a przyjąć bitwę na warunkach przeciwnika. Niestety, z racji teoretyczności drogi nie byłem wstanie dużo “odsadzić” pociągu, dlatego też gdy dotarłem już na wspomnianą wcześniej polankę, pozostało mi tylko wyskoczyć z samochodu i wycelować. Kamery nie zdążyłbym rozstawić. Zdjęcie wyszło… Po prostu wyszło.

Trochę szkoda, że tak a nie inaczej, gdyż okazało się to być moim pierwszym i ostatnim zdjęciem z odcinka do ładowni “Koźmin”. Teraz wykonanie takiego zdjęcia jest już niemożliwe, odkrywka jest zamknięta. Muszę jednak przyznać, że ciężko było by tam zrobić lepsze zdjęcie. Chyba, że po południu albo w pochmurny dzień. Ale tego dnia po południu wszystkie pociągi jeździły już z “Adamowa”. Niepocieszony tym faktem ruszyłem do Chlebowa gdyż liczyłem na to, że teraz pojedzie jakiś pociąg od strony elektrowni. Dotarłem w okolice skrzyżowania z lokalną drogą, przekroczyłem przejazd i rozłożyłem się w okolicy domu mieszkalnego. Siedzący na ławce starszy pan nie wydawał się ani trochę zaskoczony moim widokiem. Będąc człowiekiem kulturalnym (choć kilka osób pewnie ma inne zdanie) zapytałem, czy mogę tu poczekać na pociąg. Pytanie było zasadne, teren ewidentnie należał do rzeczonego jegomościa. Pan nie widział jednak jakichkolwiek problemów najpewniej orientując się, że i rejestracja z zamorskich krain a i człowiek z tych krain ma obłęd w oczach. Wycelowałem więc kamerę w stronę elektrowni, choć miałem dziwne przeczucie, że zostanę wyrolowany. Tak też się stało. Nieodległe trąbnięcie zza pleców uświadomiło mi, że coś zbliża się do mnie od strony kopalni. Kompozycja była bardziej niż przeciętna, dlatego też nawet nie zawracałem sobie głowy odwracaniem kamery. Za motyw służył mi betonowy płotek. Cóż mogę powiedzieć – jechało, pstrykłem.

Czy jestem zadowolony ze zdjęcia? Nie. Ale 100% satysfakcji to chyba tylko w reklamach. No i zawsze 9-ciu na 10-ciu dentystów poleca, a nie wszyscy. Swoją drogą, jeśli dentysta poleca pastę do zębów, to musi być ona niedobra. Gdyby była dobra to by jej nie polecał, bo miał by przez nią mniej pracy. Policzyłem, że tym razem MUSI mi dopisać szczęście i następny pociąg pojedzie od strony elektrowni. Tymczasem zainteresowały się mną dzieci z pobliskiego domu, które podbiegły i zaczęły zadawać pytania o cel mojej wyprawy. Odpowiedziałem im zgodnie z prawdą i aktualnym stanem mojej wiedzy na wszystkie ich pytania, zostały jednak przywołane do porządku przez nadal siedzącego na ławce człowieka. “Nie przeszkadzajcie panu!” – zagrzmiał. Widok w stronę elektrowni rysował się całkiem nieźle, choć lepiej wyglądał by na jesień/w zimie, bez liści na drzewach. W lipcu widać było – komin, chłodnie kominowe i ruch w oddali. Tym razem byłem gotowy, ale jak znów widać na filmie – nie było pośpiechu. Pociąg zmierzał dostojnie w moją stronę, ja zaś mniej dostojnie wycelowałem w jego stronę i strzeliłem.

Tak drogie dzieci powstają chmury

Zdjęcie mogło wyjść lepiej, tak więc do tego miejsca będę się musiał przymierzyć w czasie kolejnego wypadu tam. Pomijam już, że chyba obróbka lekko leży i zdjęcie jest zwyczajnie zbyt żółte (ale już nie chce mi się go poprawiać), ale mogłem odejść dalej od torów i pokazać wszystko szerzej. Inna sprawa, że wtedy chyba chłodnie kominowe by się nie załapały, ale mam nadzieję, że w listopadzie tego problemu nie będzie – o ile do listopada będzie tam coś jeszcze jeździć. Pożegnałem towarzystwo i udałem się w stronę kopalni, na kolejny przejazd. Ten był dla odmiany przejazdem na wskroś polnym, w dodatku widok od strony elektrowni prezentował się gorzej jak biednie. Nie dane mi było jednak zbyt długo utyskiwać z tego powodu, gdyż na horyzoncie… pojawiły się światła! Noż w gorszym miejscu już nie mógł się trafić… Cóż było robić? Kamera została w samochodzie, ja zaś wycelowałem aparat. Trochę szkoda, że miejsce takie a nie inne, ponieważ w moim kierunku zmierzała jedyny zmodernizowany w ZNLE Gliwice “Krokodyl”. Pantografy połówkowe, inny układ świateł – jakbym widział tuningowanego EN57.

Widok w drugą stronę nie przedstawiał się znacząco lepiej, głównie za sprawą słupów stojących zaraz obok torów. Wymuszało to stosowanie dłuższej ogniskowej a i tak słupy pałętały się w kadrze. Dla filmowca nie jest to problem, dla zdjęciopstryka takiego jak ja – już tak. Tego dnia byłem akurat hybrydą jednego i drugiego – raczej ze szkodą dla obu kierunków artystycznych. Używanie kamery wymuszało pewne kadry, które bez tej kamery wyglądały by zupełnie inaczej, ale jak się chce upiec dwie pieczenie na jednym rożnie. Koślawym…

Ale do rzeczy. Cieszyło mnie jedno, w Adamowie lokomotywa jest zawsze na początku składu. Na sieci KWB Konin nie jest już tak różowo, lokomotywa potrafi pchać skład a na przednim wagonie zamontowana jest kamera i dzwonek. Dodatkowym “ficzerem” był leżący przy torach węgiel brunatny. Uznałem jednak, że zabranie takiej pamiątki było by cokolwiek ryzykowne. Udałem się do samochodu, by posłuchać wieści dziwnej treści w radiu i odpocząć, gdyż od rana w zasadzie cały czas byłem na nogach. Z samochodu idealnie widziałem prostą biegnącą od strony kopalni. Dzięki temu, gdy pojawił się kolejny pociąg, nie dałem się zaskoczyć. Kamera zaczęła nagrywać na długo przed tym, jak maszynista zdał sobie sprawę z mojej obecności. Mogłem też w spokoju odpowiednio skadrować zdjęcie. Nie to, żebym wymyślił coś ciekawego, ale to wszystko przez kamerę – bałem się ją zostawiać bez opieki.

Pociąg w końcu się do mnie dotoczył:

Sformułowanie jest niedoskonałe, gdyż parę milimetrów ogniskowej tu było, można wręcz powiedzieć, że do końca niewiele brakowało. Pociąg minął mnie niespiesznie, mogłem więc wrócić do samochodu. Osobom szczególnie zainteresowanym (albo chcącym w tym miejscu zakończyć tę nudną podróż), polecam obejrzenie filmu i przyjrzenie się pracy wózka lokomotywy – nazwa “krokodyl” nie jest przypadkowa, widać jak “kłapią paszczą”. Napotkany “lokals” ostrzegł mnie, że na dziś planowana jest przerwa technologiczna, tak więc w godzinach popołudniowych ruch może na parę godzin “zamrzeć”. Na razie się na to jednak nie zapowiadało. Na horyzoncie pojawiły się kolejne światła. Tym razem uznałem, że zdjęcie zrobię bez jakichkolwiek słupów. Ot, ciasny (ale własny) kadr z samym tylko pociągiem. Od pomysłu do realizacji.

Muszę przyznać, że wyszło fajnie. To znaczy, moim zdaniem. Film jak to film, pociąg jedzie, stuka i zagłusza chrząszcze chrzęszczące i ptaki ćwierkające.

Uznałem, że potencjał miejsca został wyczerpany, ruszyłem więc dalej, w stronę następnego przejazdu. Tutaj sytuacja przedstawiała się dużo lepiej. To znaczy, patrząc w stronę kopalni, bo od elektrowni widok był… przeciętny. Na szczęście słońce chwilowo uciekło pod chmury, dlatego też można było bez obaw robić zdjęcia w obie strony. Tylko żeby coś jeszcze chciało pojechać! Na razie panowała błoga cisza. Ptaki ćwierkały a chrząszcze chrzęściły, po nieodległej drodze co chwilę przemykał jakiś samochód. Torów od strony elektrowni w zasadzie nie było widać, dlatego też okupowałem okolice przejazdu. W końcu, po ponad godzinie oczekiwania, na horyzoncie pojawił się skład. Miejsce praktycznie niefotogeniczne, ale co było zrobić? Odpaliłem kamerę i wycelowałem.

Coś jak szlak do odkrywki “Koźmin”, tylko więcej miejsca z lewej. Po wykonaniu pamiątkowej fotografii i nagraniu filmu udałem się w stronę rozciągających się pól, by pociąg od strony kopalni ująć szerzej. Wydawało mi się, że na przejeździe od którego zacząłem przygodę z tą linią, stoi gość bez koszulki i robi zdjęcia pociągu który dopiero co dojechał do tego przejazdu. Na początku uznałem, że to fatamorgana (albo halucynacje i śmierć z niedożywienia).

Bezsensowna anegdotka!

Siedzą razem baba i chłop, żeby uchronić się przed mroźnym łotewskim zimnem. Kobita pyta: – Kochasz bardziej mnie czy zimnioka? – Ciebie. Kobieta nie wierzy i pyta dlaczemu. – Bo zimniok to tylko marzenie, a ty jesteś naprawdę. Ale chłopa nie ma. Jest tylko halucynacja z niedożywienia. I śmierć. Takie jest życie.

Koniec anegdotki.

U mnie było trochę jak w tym dowcipie z Radia Erewań. Nie było zimno tylko ciepło, kobit nie było – w sumie krokodyli też nie. A i zimnioków nie widziałem.

Jako, że cień był w miarę daleko uznałem, że nie będzie mi się chciało biec w przypadku, gdy pociąg jadący z prędkością “TeŻeWe”* pojawi się na horyzoncie. Czas dłużył się niemiłosiernie, słoneczko przygrzewało konkretnie, dlatego też, gdy kolejny pociąg pojawił się na horyzoncie, byłem już konkretnie opalony.

Halucynacja w postaci gościa znów się pojawiła, ale na zdjęciu go nie ma. Kadr wyszedł tak jak sobie wymarzyłem, to znaczy – szału nie ma, ale wyciągnąłem z miejscówki maksimum moich zdolności. Aparat mocno się przygrzał, na zdjęciu przeglądanym na wyświetlaczu niebo przybrało kolor ni to fioletowy, ni to różowy. Na szczęście na monitorze komputera barwy są już odpowiednie.

Dzień był jeszcze daleki od chylenia się ku końcowi, ja zaś uznałem, że jeszcze jeden pociąg – i wystarczy. Długo nie musiałem czekać, raptem po pół godzinie na horyzoncie pojawił się kolejny skład. Pojawiła się także fatamorgana gościa bez koszulki, która zrobiła zdjęcie pociągu i zniknęła w czeluściach ciemnego Audi 80 (tak przynajmniej wynikało z sylwetki pojazdu). Ja zaś odpaliłem odpowiednio wcześniej kamerę, przymierzyłem i też zrobiłem zdjęcie.

Spakowałem manatki i rozpocząłem powrót do domu.

Wyjazd uważam za całkiem udany, zdjęcia i filmy wyszły bardzo dobrze. Opaliłem się, nie spotkałem ochrony – co dziwne, bo ja ich widziałem, oni mnie też musieli – w końcu stojący w zielonym polu gość w białej koszulce MUSI być widzialny z daleka. Może uznali mnie za niegroźnego wariata? Albo spotkali tego bez koszulki i było im dość jak na jeden dzień…

Tymczasem droga mojego powrotu prowadziła przez Dąbie nad Nerem. Zgadłeś, drogi Czytelniku, zajechałem na wiadukt za stacją. Po prawdzie to liczyłem na jakiegoś sowitego bonusa w postaci “prywaciarza” – i w sumie nie przeliczyłem się. Trafiła mi się Skoda CTL ze składem węglarek.

Kamera oczywiście też swoje nagrała. Poczekałem godzinę, w międzyczasie trafił mi się jeszcze “byk” z pudernicami.

Czekałem potem kolejną godzinę, ale słońce coraz śmielej zaczęło zaglądać do wykopu i uznałem, że wystarczy.

Linia kopalni Adamów jest “krótka i nieszczególnie fotogeniczna” – jak powiedział klasyk, ale odwiedzić ją warto. Niedługo pozostaną tylko zdjęcia i filmy.

Film z “krokodylami” -> http://www.youtube.com/watch?v=59CxfeCCcak&t=309s

Film z dwoma składami z “Węglówki”: oba pociągi na końcu filmu -> https://www.youtube.com/watch?v=OLCcy5mclU

*”TeŻeWe” w skali H0 oczywiście.

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

« Poprzednie wpisy