.::Kolejowy Lublin::.
Aktualności: infrastruktura, wypadki, imprezy, rozkład jazdy, tabor

O dwóch takich co gagarinów szukali, czyli o problemach z dojściem*

luty 27th, 2015 by Kręzel Michał

Jaką piękną wiosnę mamy za oknem! A wróć, jeszcze trwa zima. Ale na dworze zrobiło się już w miarę ciepło – można pospacerować, pojeździć jednośladem z napędem lub bez (albo dwuśladem/wielośladem) – słowem, chce się żyć!

Chyba, że pada. Też można łazić, jeździć itede., ale to odrobinę… ekscentryczne.

W piątek 20-tego lutego jak zwykle dostałem smsa: “Gdzie jutro jedziemy?”. Jak to gdzie, na foty! Pogoda zapowiadała się nieźle, tj. miało być pochmurno (czyli skąd nie pojedzie to trafi na kliszę), nawet 8 stopni Celsjusza na plusie i generalnie hip hip hurra. Nasz wybór padł na S-Łkę, gdyż a) Gagariny na objazdowych pociągach, b) Po co pchać się dalej?

W Riczmąt zameldowałem się około godziny 7:00. Karol o dziwo nie kazał na siebie długo czekać, dzięki czemu nasza przygoda mogła rozpocząć się w miarę szybko. Po drodze zajechaliśmy jeszcze na Orlen, gdzie kolega, oddając ciężko zarobione pieniądze, zdobył dla siebie hot doga i kawę. Nawet nie zapytał, czy też chcę… Nie chciałem, ale tu chodzi o zasady.

Ruszamy w dalszą drogę. W okolicach Dąbi Starej Karol zdecydował się na łyk kawy i… zawartość kubka wylała mu się na spodnie. Zdołałem powstrzymać się przed parsknięciem śmiechem, choć sytuacja ta bardzo mnie rozbawiła. Słów kolegi nie przytoczę, gdyż mogą to czytać osoby wrażliwe, ale, drodzy Czytelnicy, jak Wy byście się czuli (i co mówili!), gdyby gorąca zawartość kubka z kawą wylądowała na Waszych kolanach (i nie tylko)? ;-)

Karol wygląda jakby sikał pod wiatr, ja jednak uznałem to za dobry omen. Po prostu nie było innej możliwości, jak tylko stado ST44 wjeżdżających wprost przed obiektyw.

Docieramy do wiaduktu S-Łki nad DK17 i rozpoczynamy oczekiwanie. Po chwili dostajemy informację, że od strony Łukowa zmierza ET22 z węglarkami, ale poza tym cisza. Ktoś na Podlasiu widział dwie turbotamary jadące w naszą stronę, ale są jeszcze bardzo daleko i w tym czasie mogą się zepsuć, zawrócić albo pojechać gdzie indziej. W Pilawie zaś stoi ST44-700, ale nie zapowiada się, żeby ruszył w dającym się przewidzieć okresie czasu.

Oczekiwanie trwa i trwa. Temperatura daleka jest od obiecanych 8 stopni. Caroos zaproponował, żeby przenieść się do miejscowości Trąbki, gdyż składy od Łukowa lepiej będą się tam prezentować niż przy wiadukcie. Przystałem na tą propozycję, gdyż kolega jest znanym w świecie znawcą S-Łki, odpalamy Karolowóz i ruszamy. Daleko nie zajechaliśmy, wieś leży w zasadzie przy DK17. Skręciliśmy w polną drogę prowadzącą do przejazdu i od razu pożałowałem, że nie mamy mojego samochodu. Niestety, bolid kolegi nie nadaje się do offroadu, zostawiliśmy go więc na pierwszym lepszym polu i do przejazdu ruszyliśmy na piechotę. Ledwie dotarliśmy na miejsce, a obok naszego samochodu zmaterializował się autochton z taczką. Postawił taczkę, przeszedł się dookoła samochodu, wziął taczkę, splunął przez lewe ramię i ruszył tam skąd przyszedł. Obserowałem tą sytuację z górki, z której Karol popełnił wiele zdjęć. Po co mu więc jeszcze jedno?

Nadjeżdżający skład słyszymy od razu. Zboczenie zawodowe powoduje, że bezbłędnie potrafimy rozpoznać jadący pociąg. Dlatego też, gdy nadjechał, byliśmy gotowi. Cyk, zdjęcie zrobione, konto otwarte. Co prawda to zwykły zdechły niebieski byk z niebieskimi węglarkami, ale od czegoś trzeba zacząć. Caroos na plus zaliczył także płotki przeciwśnieżne, “których wcześniej tu nie widziałem”.

Dobra, byk sfotografowany, co dalej. Tarary nadal daleko, nie ma co czekać. No to jedziemy do Pilawy! Dojeżdżamy do DK17 a tu trafia do mnie krótki komunikat: “Zerwana sieć na Sufczyn – Grzebowilk, uporali się już, obstawić D29-13, zainteresowanych powiadomić.”

Zmierzamy więc do Lubic. Włazimy pod wiadukt, a tu od strony Pilawy widać światła. Oho, coś jedzie, ale pewnie jakaś zdechła TLKa. Zoom – no a jak, siódemka, ale skład coś długi. Zoom nr 2, siódemka ze składem wagonów do złomowania!!!!!1111jedenjeden. Nic z tych rzeczy. Jamnik. Z talbotami. I słońce wyłazi… No nic, zdjęcie trzeba zrobić, potem się wrzuci bez nadmiernej obróbki i napisze, że takie warunki zastane, co poradzisz…

Czekamy dalej. Karol idzie na drugą stronę wiaduktu, ja zaś zostaję w towarzystwie zająca, któremu jest już wszystko jedno. Patrzę to w lewo, ale nic nie jedzie, to w prawo, ale też nic nie jedzie, to znów w lewo, a tam coś widać, to znów w pra… Żesz jego mać, jestem po złej stronie wiaduktu! Drogą pędzi sznur samochodów, dołem nie zdążę, trza strzelać między pojazdami. Słońce nadal nie pomaga, mnie przeszkadzają słupy, barierka, ból w prawej stopie i zimno. Tylko zającowi nadal wszystko jedno. O dziwo udaje mi się trafić na przerwę między samochodami, dzięki czemu zdjęcie nadaje się nie tylko do szuflady. A może i tylko tam się nadaje, ale “warunki zastane, co poradzisz”.

Z mojej kieszeni dobiega dziwny dźwięk – to tylko telefon chce mi zakomunikować, że turbotamary mijają właśnie… Stoczek Łukowski. Pędzimy co sił do samochodu (zając zostaje) i gnamy na górkę do Trąbek. Perspektywa ponownego “per pedes” do przejazdu ulatuje równo z widokiem jaki przed nami się roztacza, tj. dwiema turbotamarami ze składem węglarek pędzącymi w stronę Pilawy. Kolega wykonuje swym bolidem tak ostry zwrot bojowy, że aż wskaźnik paliwa zamienia się miejscem ze wskaźnikiem temperatury płynu chłodniczego. Niezrażeni tym faktem gnamy kawałek nazad, wyskakujemy z pojazdu i… robimy zdjęcie. Do bólu przeciętne. Typowy kakauszlag. Ale na lepsze nie było szans.

Wracamy na “trzynastkę”, konkretnie do Sufczyna. Mamy tam do zrealizowania kadr, ale to tylko na pociąg towarowy, no i słońce musi dobrze świecić. Albo nie świecić. Tym razem świeci, nawet dobrze. Czekamy w samochodzie i rozmawiamy o polityce, gdy na horyzonice pojawia się świetlisty trójkąt. Znów niebieski byk… Usiłuję wspiąć się na kozioł oporowy, udaje mi się to ale zaraz spadam, włażę więc jeszcze raz. Nie mogąc przypomnieć sobie jak ten kadr miał w zasadzie wyglądać uznaję, że zrobię cokolwiek, a potem będę się martwił czy to o to mi chodziło. Pociąg mija nas, patrzę w wyświetlacz i stwierdzam, że to chyba nie to. Tymczasem zza pleców nadjeżdża kolejny niebieski ET22, ale miejsce takie, że nie da się nic sensownego zrobić. Odpuszczam więc. Ruch jak na Marszałkowskiej…

Powoli zbliża się czas przyjazdu TLKi do Lublina. Może tym razem uda mi się zrobić wymarzony kadr? Zeskakuję z kozła nie łamiąc sobie przy tym nogi, ręki ani innych ważnych części. Sukces. TLKa pojawia się na horyzoncie. Zdjęcie jak zdjęcie, góra 5/10, zwyżka punktacji za chęci. No nic, może przy następnym pociągu się uda coś lepszego zrobić.

Nie udaje się. Kolejne zdjęcie, które może nie odrzuca, ale i… nie urywa pewnej części ciała. Na pewno najgorsze z trzech. Obniżam widać loty, choć złośliwi pewnie powiedzą, że najpierw trzeba mieć z czego obniżać. Niemniej, nie zrażony tym faktem proponuję, by przesunąć się bliżej, w stronę Grzebowilka. Zmiana jest co prawda kosmetyczna, bo przemieszczamy się o jakieś 400 metrów, ale jest okazja by znów zepsuć dobry kadr. Naszym kolejnym “celem” okazuje się być “Bydgostia” (tak, wiem że ma też imię kobiece, ale z pewnych względów nie chcę go użyć), jako pociąg z Warszawy do Krakowa. Zdjęcia jak widać nie psuję, choć fotografią miesiąca też raczej nie zostanie.

ED74 znika za łukiem, a od strony Sufczyna daje się słyszeć trąbnięcie. Znów coś rusza! Słońce ni to za chmurami, ni to świeci. W oddali pojawia się niebieski byk ze składem węglarek. Tadaaam! “A co Majkel, na bonusa liczyłeś?” pyta mój wewnętrzny głos. Ano, na bonusa to nie, ale nie na kolejnego niebieskiego byka, brrr! Mojego humoru nie poprawia fakt, że byczysko w miarę świeże, jeszcze farbą pachnie. Zdjęcie robię, bo jeszcze potem nic nie pojedzie i wyjdzie, że było nie wybrzydzać.

Jako, że miejscówka zostaje uznana za zaliczoną, możemy ruszyć dalej, tzn. do następnego przejazdu. Na dobrą sprawę nie zdążamy wypakować się z samochodu, gdy… tak, od strony Sufczyna znów coś się toczy. Przechodzę na nasłonecznioną stronę, Caroos zostaje po drugiej stronie. Na plus ma na pewno to, że nie musi omijać słupów, za to słońce wali mu wprost w obiektyw. Ja zaś muszę pokombinować, za to mam pięknie oświetlony bok pociągu. Naszym kolejnym bohaterem okazuje się być niebieski byk (a jakże), tym razem ze składem szutrówek. Zdjęcie wychodzi dokładnie tak jak myślałem. Bez szału.

Następna w rozkładzie jest TeeLKa, ale do niej mamy 20 minut, na pewno nic w tym czasie nie pojedzie. Wykorzystuję ten czas na pochłonięcie przenośnego zestawu obiadowego, wyrzucając jednak oliwki, gdyż, moim skromnym zdaniem, ich wygląd jest co najmniej dyskusyjny. Karol przygląda się temu z niesmakiem, po czym otwiera paczkę “Jałowcowej”, musztardę i sam zaczyna jeść. O mało nie dławię się kawałkiem sałaty, gdyż z oddali dobiega Rp1. Okazało się, że 20 minut to TLKa ma, ale do Pilawy, a nie do nas. Pociąg wyłania się z lasu akurat, gdy celuję, by wymyślić jako taki kadr (bo po co wcześniej sobie głowę zaprzątać?). “To żeś wymyślił” myślę sobie. No nic, +1 na kliszy.

Z racji wykorzystania miejsca ruszamy dalej, do kolejnego przejazdu. Tam moją uwagę przykuwają trzy krzyże. “Oho, pewnie ktoś się nie zatrzymał na przejeździe”. Dalsze rozważania filozoficzne na temat życia, śmierci, życia po śmierci oraz krzywym spojrzeniu, jakim kiedyś obdarzył mnie pumpernikiel przerywa wcale nie tak dalekie Rp1. Zbliża się do nas kolejny pociąg. Co tym razem, niebieski byk z węglarkami, niebieski byk z platformami, niebieski byk luzem, dwa niebieskie byki, WM10? Postanawiam, że zrobię zdjęcie “artystyczne”. Z “przesłaniem”. “Skłaniające do refleksji”. I jak zwykle na postanowieniu się kończy. Ostrość nie tam gdzie trzeba (choć podobno są różne szkoły), no ale tytuł od razu nasuwa się sam. I samo zdjęcie, mimo, że nie do końca takie jak widziałem w głowie, może się podobać. Na pewno ma motyw… W gościnnych występach widziany już dziś byk z drewnem z Małaszewicz.

Dalej, w stronę Grzebowilka! Czyli kolejny przejazd… Worek z pociągami najwyraźniej rozwiązał się na dobre, gdyż ledwo dojeżdżamy, a tu już znów coś jedzie! Tym razem niebieski… jamnik (w końcu!). Miejsce takie, że nic ciekawego nie wymyślisz. Naciskam spust. Jamnik na trwałe zapisuje się w pamięci mojego aparatu, Karol zostaje obtrąbiony, gdyż dla niego “skrajnia to za daleko”, a i tak moje zdjęcie wychodzi dużo lepiej. Wracamy do samochodu, gdy… Znów pociąg. Widocznie ledwo pojawiło się dojście do Grzebowilka jak puścili kolejny pociąg. Tym razem widziana już wcześniej ciężka Sokółka, tym razem z bykiem (świnią), a nie z turbotamarami. Maszynista widząc mnie kiwa tylko z politowaniem głową, Caroosa zaś solidnie obtrąbia, gdyż ten znów poleciał gdzieś, gdzie wygląda jak samobójca. W oddali majaczy górka, ale nie decydujemy się na wyprawę w jej stronę.

Wracamy w stronę Sufczyna. Tym razem szukamy między przejazdami. Łuk z prostą wygląda obiecująco, ale milimetrów brakuje. Znacznie. Przechodzimy więc na drugą stronę torów by przekonać się, że tu jest lepiej. I znów coś jedzie… Tym razem byk jest zielony (hip hip hurra), węglarki zaś niebieskie, ale i tak lepsze to niż “3892-gi niebieski byk ze składem niebieskich węglarek jedzie w stronę Mińska Mazowieckiego”. Byczysko od razu trafia na kliszę, mnie zaś zaczyna marzyć się jakiś bonus. Kolejny skład nie każe na siebie długo czekać. Nie jest to bonus, a znów niebieski byk świnia, choć tym razem nie ciągnie węglarek, a radwany. Zawsze to jakaś odmiana! Robię zdjęcie (zgodnie z teorią jechało – strzeliłem) i proponuję, by wrócić na górkę do Rudna.

Górka nie jest tworem naturalnym, składa się z gliny, ciężko na nią wejść i wiem, że jeszcze ciężej będzie zejść. W czasie wspinaczki co najmniej dwa razy ledwo, ledwo ratuję się przed zjazdem wprost w gliniane błocko. Coraz bardziej obawiam się zejścia. Niemniej stoję na górce, łamię pacharuście, Karol robi mi zdjęcie (ale mi go nie przysłał, to go nie wrzucę) i czekamy. Naszą kolejną ofiarą jest TLKa, która pojawia się punktualnie. Tylko słońce nie chce już świecić. A szkoda, tym razem trochę by pomogło.

Pociąg mija nas, zdziwieni pasażerowie patrzą na dwóch kolesi z aparatami stojących na podejrzanie wyglądającej górze gliny, my zaś czekamy. Ale nic nie chce jechać. Pojawia się słońce, ale nadal nic nie chce jechać. Zapada decyzja, jedziemy do Grzebowilka, jeśli nic nie stoi w stacji, to wracamy do domu. Schodzę z górki, nie przewracam się, nie brudzę – słowem, jak nie ja.

Do Grzebowilka docieramy na krótko przed przyjazdem kolejnej TLKi. W stacji pustki. No nic, łapiemy TLKę i do domu! Przedzieramy się przez sad owocowy i planujemy kadr. Po lewej czarny kot poluje na coś i jest tym tak zaaferowany, że nie zwraca na nas uwagi. I dobrze, mamy motyw! Słychać pociąg, a kot… zaczyna nam z kadru uciekać. “Stój futrzaku!”, ale on ma nas… dokładnie tam. Szczęście jest jednak po naszej stronie, pociąg nadjeżdża na czas, dzięki czemu motyw nam nie ucieka.

Słońce już nisko, czas do domu. Ale może jeszcze zostaniemy chwilę w Lubicach? I tak nam po drodze. Coraz ciemniej, coraz mniejsze szanse. Dopijam herbatę z termosu, patrzę w prawo, cisza, patrzę w lewo – światła. JEDZIE. Co prawda jamnik z talbotami, a my źle stoimy, bo trzeba by na wiadukcie być, ale nie można mieć wszystkiego. Ostatni pociąg tego dnia trafia na kliszę.

Bardzo zadowoleni (takiego ruchu na “trzynastce” jak żyję nie pamiętam) wracamy do domu, planując już kolejne wypady. Gdzie tym razem? Czas pokaże.

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Śnieżna Bogdanka 31.01.2015

luty 19th, 2015 by Kręzel Michał

Niechęć do wyjazdu “na foty” rozpoczęła się u mnie pod koniec 2014 roku. Chcąc przełamać impas (i pozbyć się dolegliwości) uznałem, że można by wybrać się na bocznicę Bogdanki. Primo, nie byłem tam od prawie pół roku; secundo: M62M. Dobry gagar nie jest zły!

Ruszam z Lublina… Nie ruszam, najpierw trzeba odśnieżyć samochód. Od rana pada śnieg, na ulicach biało, trawy nie widać – jest super, tym bardziej chce się jechać. Odśnieżam dokładnie mój wehikuł i “dawaj, wpieriod!”. Im bliżej celu podróży, tym mniej śniegu. Albo tym więcej szarości, na jedno wychodzi. Docieram do lasu w miejscowości Białka – nie wiem dlaczego uznałem, że w tak marną pogodę będzie to najlepsze miejsce na foty? Ciemno, zimno, zero śniegu i do domu daleko… Na znanym portalu publikuję zdjęcie miejsca wraz z opisem “Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, gagar będzie, czy nie będzie?”. Niemal od razu otrzymuję odpowiedź od Krzyśka N., że w sobotę nie jeżdżą i mogę wracać do domu.

Kontemplację tej wiadomości przerywa nagłe pojawienie się trzech świateł na horyzoncie. A jednak jeżdżą… Gagarin, lub jak kto woli M62M, sunie niespiesznie ze składem ładownych węglarek. Nikczemność parametru jest spora, ale od czego tryb manualny? Celuję, strzelam. Maszyna mija mnie dostojnym tempem, rozlega się tak wspaniały (i pożądany!) odgłos przetaczających się węglarek. Nie wiem dlaczego cieszę się jak dziecko, które dostało lizaka. Albo figurkę któregoś z komiksowych superbohaterów (no wiecie, taką co gada “Zginiesz nikczemniku!” bądź “Myj zęby!”).

Pociąg znika za horyzontem, odgłosy milkną, zostaje tylko las i moja osoba. Do pociągu powrotnego mam około 40 minut, więc na spokojnie planuję kadr. Z nieba zaczynają lecieć pierwsze płatki śniegu, ale w ilości błędu statystycznego. Nie przejmuję się więc nimi i czekam. 40 minut później pociągu nadal nie ma, za to śnieg zaczyna padać coraz mocniej. I jest coraz zimniej. Gdzie nie spojrzeć – nic nie widać przez padający śnieg. Tylko od strony stacji Jaszczów widać światła… Jedzie! A pogoda nie sprzyja… Cóż, nie można mieć wszytkiego co się chce, dlatego też przyjmuję warunki zastane “na klatę”, i po skadrowaniu zgodnie z pomysłem naciskam spust. Maszynista i pomocnik patrzą na mnie jak na wariata. Nic dziwnego, kto normalny stoi z aparatem w lesie w czasie śnieżycy i fotografuje pociąg?

Po chwili jest po wszystkim, wiatr niesie z oddali miarowy stukot. I znów trzeba czekać, a mnie ręce zmarzły. Wracam do samochodu, w którym konsumuję lunch boxa z pewnej sieci dyskontów. Na foty w sam raz! Od razu robi mi się cieplej, dlatego też wychodzę i czekam, co przyniesie szlak. 60 minut oczekiwania… Do moich uszu dobiega znany i lubiany dźwięk silnika spalinowego. Kadruję, gdy “zza węgła” wyjeżdża kolejny M62M. Robię zdjęcie, maszyna wraz ze składem mija mnie i znika w lekkiej śnieżycy.

“Czas zmienić miejscówkę” – myślę. Z drugiej strony, w lesie jest fajnie, gdzie indziej może być niefajnie, poza tym nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle coś od Jaszczowa pojedzie. To, że pojechała tam maszyna o niczym nie świadczy. Dzień krótki, mogą czekać do zmierzchu i pojechać jak mnie już nie będzie. “Miłośniki na szlaku, maszyny STOP!”. Nie ruszam się więc, tzn. ruszam się, gdyż nie chcę powtórzyć poprzedniego kadru. I tak sobie czekam i czekam. W międzyczasie drogą koło torów przejeżdża samochód z przyczepką, którego kierowca po ujrzeniu, że mam aparat, gwałtownie przyspiesza. Czyżby po drewno przyjechał? Nie mój interes.

Zaczynam już myśleć o zaniechaniu oczekiwania, gdy od strony mostu na Wieprzu słyszę Rp1, a następnie widzę “trójkąt”. “Lalalalala” – śpiewam sobie, czwarty pociąg dziś. A mieli nie jeździć! Robię dwa zdjęcia, jedno na “tele”, drugie szerokie. O ile zdjęcie przy 70 mm można nazwać szerokim…

Pociąg jedzie sobie dalej w stronę kopalni, ja zaś czekam. Zza chmur wyłania się słońce, ach, jak dobrze, gdyby coś pojechało! Ale nie chce jechać. Tymczasem z lasu wytacza się jegomość, który na widok mojej osoby zatrzymuje się i patrzy na mnie, jak nie przymierzając szpak w…. nie malowane wrota. Ja patrzę na niego, bo nie wiem, czy to Człowiek z Lasu, Separatysta z Doniecka (a ubrany w sumie podobnie) czy Dziadek Mróz. I tak się na siebie patrzymy przez minutę albo dwie, w końcu jednak jegomość zaczyna powoli wycofywać się w stronę lasu. I znika.

Czas mija, nic nie jedzie, słońce chowa się w końcu za chmurami. W miarę zadowolny wracam do domu. 4 pociągi w ciągu 5 godzin to nic nadzwyczajnego, ale niechęć przełamana. A to jest chyba najważniejsze.

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Zimowy wypad na Mazowsze

luty 15th, 2015 by Kręzel Michał

“Trochę” zaniedbałem pisanie relacji, bardziej z braku chęci niż czasu. Niniejszym postaram się wrócić do tej tradycji.

Po pracowitym końcu roku 2014 i odwieszeniu aparatu na kołek z racji braku czasu i chęci, przerywanym jedynie krótkimi wypadami (np. na Dożynki Prezydenckie 2014), uznałem, że w roku 2015-tym należy trochę bardziej się postarać w temacie fotografii kolejowej – oczywiście o ile finanse i czas pozwolą.

Po udanym wypadzie na linię do Bogdanki (w którym kolega caroos nie chciał mi towarzyszyć) przyszedł czas na wycieczkę w rejony znane i lubiane. Mieliśmy wybrać się do Pilawy i na S-Łkę, ale pogoda zapowiadała się na tyle kiepsko, że zdecydowaliśmy się na wyjazd na Mazowsze – dokładnie w kierunku świętokrzyskiego, w rejon Szydłowca.

Do mostu na Wiśle w Dęblinie śniegu było niewiele, za mostem – niewiele więcej. W Radomiu nastąpił przełom, tj. zaczęła się śnieżyca. Karol zasugerował nawet, że nic po nas w Gąsawach Plebańskich, bo tam miała zacząć się nasza przygoda. Wszakże padający śnieg negatywnie wpływa na widoczność i jakość zdjęć. Powiedzieliśmy jednak “A”, więc trzeba było spróbować powiedzieć “B”.

Po zjechaniu z głównej drogi na zaśnieżone trakty i odkryciu, że to gdzie chcemy jechać nie zawsze pokrywa się z tym gdzie samochód faktycznie pojedzie, mogliśmy w pełni cieszyć się zimą, jakiej po naszej stronie królowej polskich rzek nie było. Dotarliśmy na miejsce, przebijając się polną drogą pokrytą kilkunasto a nawet kilkudziesięciocentymetrową warstwą śniegu. Z racji napędu na cztery koła, samochód nie protestował, a obawy Karola, że trzeba będzie iść po ciągnik, nie sprawdziły się.

Wygramoliliśmy się z pojazdu, założyłem kupioną na takie okazje kominiarkę, po czym ruszyliśmy na znaną i lubianą górkę. Pierwszy pociąg nie kazał na siebie długo czekać.

Od strony Jastrzębia dał się słyszeć sygnał baczność, po czym naszym oczom ukazała się jednostka EN57-19xx, ze ścianami czołowymi a’la ED72. Jako, że pociąg robił za sobą kurzawę, nie było co liczyć na zdobycie numerka. Przynajmniej teraz. Zapytacie pewnie: A po co fotografować “kibla”? Mało tego jeździ? Poniekąd racja, ale to mogła być jedyna seria taboru jaką tego dnia złapaliśmy, nie ma co wybrzydzać.

Jednostka pojechała w siną dal, zaczął prószyć drobny śnieżek – a dzięki wiejącemu ostro wiatrowi padał on w zasadzie poziomo, ogólnie atmosfera wyczekiwania. Rozgrzewaliśmy się herbatą z termosu i nadzieją, że coś może pojedzie ponad plan.

I pojechało. Najpierw z oddali zabrzmiało Rp1, potem na horyzoncie pojawił się skład węglarek. Oho, może prywaciarz? Nie, niebieski aż do bólu byk PKP Cargo. “Lepsze to niż nic” pomyślałem, wycelowałem i zrobiłem kilka różnych ujęć. Opublikowałem tylko jedno, gdyż uznałem je za najlepsze.

Byczysko pognało dalej, a nam pozostało marznąć. W sumie to ja nie marzłem, kominiarka + rękawiczki dawały dobrą ochronę przed zimnem, ale kolega Karol zaczął przymarzać do ziemi. I tak przymarzał przez godzinę, gdy w końcu na horyzoncie pojawił się kolejny pociąg. Znów niebieski byk, ale tym razem ze składem mieszanym. Azoty. Powtórzyłem kadry z poprzedniego pociągu, jednak tym razem wybrałem inne zdjęcie.

“Czekamy jeszcze jeden pociąg i zmieniamy miejscówkę, ileż można razy powtarzać jeden kadr?” pomyślieliśmy, gdy w oddali przemknął widziany rano EN57. Zdjęcie zrobiłem mu od niechcenia, ale wyszło przyzwoicie – jak na moje standardy. Chwikę wcześniej w przeciwnym kierunku pomknął niezidentyfikowany EN57 ze starym czołem, ale nie był to pociąg rozkładowy, więc pewnie Koleje Mazowieckie znów wysłały jakąś jednostkę do naprawy w Nowym Sączu.

Już mieliśmy zmieniać miejscówkę, gdy na horyzoncie znów coś zaczęło się ruszać. Zza drzew wyjechał Traxx z beczkami, a jego burtę zdobił wielki napis LOTOS. Po raz czwarty tego dnia wykorzystałem motyw, choć tym razem starałem się o trochę szerszą perspektywę.

Zadowoleni z takiego obrotu sprawy przemieściliśmy się za stację Jastrząb, w okolice Woli Lipienieckiej. Gościliśmy tu już 4 lata temu, wywołując poruszenie wśród miejscowej gawiedzi. Tym razem wybraliśmy przejazd bliżej stacji z postanowieniem, że w miarę postępu w zapełnianiu kliszy będziemy przesuwać się w stronę Radomia.

Na pierwszy ogień poszedł InterRegio “Bolko” z Wrocławia do Lublina, który urzekł mnie na tyle, że zrobiłem zdjęcie obu jego końcom. Pociąg ten na stacji w Kielcach zmienia czoło, tak więc można powiedzieć, że ma dwa końce ;-)

Nie zdążyliśmy jeszcze ochłonąć po emocjonującym przejeździe pociągu Przewozów Regionalnych, a od strony Radomia coś zaczęło trąbić. Na szczęście aparat był w pogotowiu, gdyż kolejnym modelem okazał się być Traxx Lotosu ze składem beczek. To już dwa bonusy! Szybkie wycelowanie, strzał, jest.

Ruszyliśmy dalej, w stronę przystanku osobowego. I to był błąd. Przekroczyliśmy przejazd, bacznie obserwując czy coś nie nadjeżdża. Droga do przystanku wiedzie wzdłuż torów, ale między nimi a drogą są pokaźnych rozmiarów krzaki. Przejechaliśmy może ze 100 metrów gdy Karol stwierdził, że “chyba widzi węglarki”. I faktycznie, coś jechało. Nie wiemy jaka lokomotywa prowadziła, ale węglarki należały do prywatnego przewoźnika, dotychczas nam nieznanego. Niestety, pogoń za składem nie wchodziła w grę. Do pokonania mieliśmy oblodzoną drogę prowadzącą w dół, co w najlepszym wypadku (w razie pogoni) skończyło by się w polu. Dosłownie.

Nie mogąc odżałować tej straty (choć mówią, że nie można mieć wszystkiego!), ustawiliśmy się by powtórzyć motyw z domkiem, który jakże uroczo przecięto słupem WN (oczywiście jak się źle stanie). Do powtórzenia wykorzystaliśmy EN57-1916, która tego dnia “robiła” obieg z Radomia do Skarżyska.

Powoli zbliżał się czas przejazdu TLK “Kinga” a nam… zaczęło świecić słońce. Nie było co próbować ruszyć się z miejscówki, dlatego też Edytę sportetowałem po raz kolejny wykorzystując do tego celu motyw budowlany. Motyw wykorzystany, słońce świeci, więc można fotografować tylko w jedną stronę… No nic, wracamy na przejazd! Nareszcie miałem chwilę czasu, by coś zjeść, dlatego też o mało nie udławiłem się sałatką, gdy zza krzaków wyłoniły się reflektory składu jadącego od Radomia. Wyskoczyłem z samochodu, wycelowałem i bach!, kolejny skład zapisał się w czeluściach kliszy.

Słońce zniknęło za chmurami, ale my, nie mając już pomysłu na nowe miejscówki, zostaliśmy przy przejeździe. Po dłuższej chwili oczekiwania na horyzoncie pojawił się SPOT jako osobowy do Skarżyska. Kolejny kadr “od niechcenia”. I znów oczekiwanie. I znów światła. I znów niebieski ET22… Tyle, że skład ciekawszy. Ale, ale… Od strony Jastrzębia też coś słychać. Coś “egzotycznego”, czyżby znowu Traxx? A może inny bonus? Nie, to… zmodernizowany ET22. Ze składem węglarek… Chwila, moment, będą się mijać! Jest okazja na zrobienie świetnego zdjęcia. Jak zwykle, wyszło przyzwoicie, ale mogłem lepiej…

Słońce już nisko, czas się zbierać do domu. A więc… do Gąsaw! Może coś jeszcze pojedzie od strony Radomia w tych ostatnich promieniach słońca? W ostateczności jest jeszcze “Sztygar” do Lublina. Radom nie chciał już nic puścić, tak więc obróciłem się na podstawie słupa (gdyż w celu popełnienia tak zacnych kadrów należy wejść na betonową podstawę drewnianego słupa SN), prawie spadłem, ale tylko prawie i zrobiłem zdjęcie. Ostatnie tego dnia.

Sztygar pomknął w stronę Lublina, my zaś w sumie w tym samym kierunku, bo do Dęblina.

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Kopalnia Bogdanka chce sprzedać 4 lokomotywy spalinowe

luty 15th, 2015 by Kręzel Michał

Jak poinformowała spółka Lubelski Węgiel „Bogdanka”, zakład zamierza sprzedać 4 lokomotywy typu S200 w drodze przetargu. Chętni do nabycia mogą zgłaszać swój udział do 24 lutego.

Chodzi o pojazdy wyprodukowane w 1981 (dwie sztuki) oraz w 1984 i 1988 r. Wszystkie mają świadectwa sprawności technicznej ważne do 2016 lub 2021 r. Przebieg dwóch najdłużej eksploatowanych lokomotyw wynosi niewiele ponad 255 tys. km, dwóch pozostałych poniżej 100 tys. Ponadto, pojazdy wyposażone są w system kontroli paliwa za pomocą GPS, elektronicze tachografy i wideorejestratory.

Oferty zakupu można składać w siedzibie Zarządu Spółki lub przesłać drogą pocztową na adres Spółki LW, ,Bogdanka” S.A. w terminie do 24 lutego 2015 r. Otwarcie ofert odbędzie się w budynku Zarządu LW, ,Bogdanka” S.A. w dniu 25.02.2015 r. o godzinie 10.00.

Przedmioty przetargu można oglądać w terminie od dnia ogłoszenia przetargu do dnia 24.02.2015 r., w godzinach 07.00-13.00, po uprzednim ustaleniu terminu wizyty.

 

Źródło: Rynek Kolejowy

Wpisane w Kolej na Lubelszczyźnie | Brak komentarzy »

Sezonowe połączenia regionalne

październik 16th, 2014 by Kręzel Michał

W regionie lubelskim, podobnie jak w latach ubiegłych, były uruchamiane kursujące w sezonie pociągi regionalne. Z badań prowadzonych przez Przewozy Regionalne Oddział Lubelski cieszą się one rosnącym zainteresowaniem podróżnych.

Rozkład jazdy

Oddział Lubelski spółki Przewozy Regionalne w 2014 r. obsługiwał dwie trasy: Chełm – Włodawa oraz leżącą częściowo na terenie województwa podkarpackiego Zamość – Bełżec – Jarosław. W przypadku pierwszej z wymienionych relacji pociągi kursują począwszy od ostatniego weekendu czerwca w każdą sobotę i niedziele. W tych dniach w trasę wyruszają dwie pary pociągów. Będą one kursowały do ostatniego weekendu października włącznie. Natomiast odnośnie połączeń na Roztoczu, szynobusy kursują codziennie podczas weekendu majowego (w tym roku w dniach 1-4 maja) i w wakacje. W tym sezonie, podobnie jak w poprzednich, założono kursowanie 3 par pociągów między Zamościem a Jarosławiem (jedna para pociągów jeździła w wydłużonej relacji do Rzeszowa) oraz dodatkowo 1 pary na odcinku Zamość – Bełżec.

Na Roztoczu rośnie liczba pasażerów

Oferta połączeń pasażerskich na Roztocze była podobna jak w roku ubiegłym. Mimo problemów ze skomunikowaniami (prowadzona była nawet akcja społeczna w celu ich naprawy, która zakończyła się sukcesem), z pociągów przewoźnika skorzystało więcej pasażerów.
- Z naszych obserwacji wynika, że co roku coraz więcej osób korzysta z pociągów uruchamianych przez Przewozy Regionalna na Roztoczu – mówi “Rynkowi Kolejowemu” Woźniak, z-ca Dyrektora Oddziału Lubelskiego PR. – W bieżącym roku z połączeń sezonowych skorzystało ok. 33 tysiące osób, co w porównaniu do sezonu roku 2013 przyniosło wzrost o ok. 2 tysięcy osób – przedstawia Dariusz Woźniak.

Jak podkreśla przedstawiciel Przewozów Regionalnych, większa liczby przewiezionych podróżnych została osiągnięta, mimo że obowiązujący na Roztoczu rozkład jazdy pociągów nie spełniał wymogów podróżnych. Wynikał on z niedostatecznej przepustowości infrastruktury liniowej oraz wydłużonych czasów przejazdów, spowodowanych m.in. zamknięciami torowymi. Aby ograniczyć te niedogodności przewoźnik zabezpieczył na te przewozy największe z posiadanych szynobusów – pojazdy serii SA134 oraz SA137. Dzięki dobrym warunkom podróżowania do Oddziału dotarło wiele głosów, że pociągi były wygodną alternatywą dla “zatłoczonych busów”.

Z analiz przewoźnika wynika, że większość korzystających z połączeń kolejowych na Roztoczu to osoby dojeżdżające na ten teren w celach turystycznych spoza subregionu. Wielu podróżnych dojechało w ten rejon z Warszawy (z przesiadką w Lublinie) oraz Krakowa i Rzeszowa przez Jarosław i Bełżec. Do przewoźnika dotarły głosy od podróżnych, że korzystali z pociągów przewoźnika podczas zwiedzania całej Lubelszczyzny.

Nad Bug i jeziora co 10 pasażer z rowerem

Zwiększyła się także liczba podróżnych na linii nr 81. W ocenie Oddziału połączenie to cieszy się dużym zainteresowaniem podróżnych.
- Z przeprowadzonej analizy potoków podróżnych wynika, że dotychczas z przejazdów na odcinku Chełm – Włodawa – Chełm skorzystało ok. 2,3 tysiąca osób i przewieziono ok. 250 rowerów – informuje Zastępca Dyrektora.
Zdaniem przewoźnika wpływ na dobry wynik przewozowy ma postawa władz lokalnych, które aktywnie działają na rzecz rozwoju ruchu turystycznego na terenach nadbużańskich i Pojezierzu Łęczyńsko- Włodawskim.
O ile na Roztoczu dominują podróżni z odległych rejonów kraju, to na trasie łączącej Chełm z Włodawą zdecydowanie najwięcej podróży odbywa się w granicach połączenia. Jedynie ok. 15% przesiadało się na stacji Chełm z/do innych pociągów.

Utrzymać połączenia sezonowe

Przewoźnik jest zainteresowany dalszą obsługą pociągów z Chełma do Włodawy i z Zamościa do Jarosławia.
- Utrzymanie połączeń sezonowych jest bardzo trafnym posunięciem w kierunku rozwoju regionów wschodnich województwa i stwarzaniu alternatywnych środków komunikacji publicznej dla podróżnych – podkreśla Dariusz Woźniak

W celu lepszego dostosowania rozkładu jazdy pociągów do potrzeb podróżnych Zastępca Dyrektora Oddziału zapowiada prace nad poprawą oferty na liniach nr 69 i 101 wspólnie z organizatorem przewozów, czyli Urzędem Marszałkowskim Województwa Lubelskiego. Wskazuje przy tym, że przewoźnik nie ma wpływu na stan techniczny infrastruktury kolejowej, która w największym stopniu decyduje o czasie przejazdu.

Źródło: Rynek Kolejowy

Wpisane w Kolej na Lubelszczyźnie | Brak komentarzy »

« Poprzednie wpisy