.::Kolejowy Lublin::.
Aktualności: infrastruktura, wypadki, imprezy, rozkład jazdy, tabor

Pielgrzym Hrubieszowski

listopad 16th, 2016 by Kręzel Michał

Pielgrzymki Kolejarzy na Jasną Górę mają już długą tradycję. Pociągi pielgrzymkowe, odkąd pamiętam tj. pstrykam zdjęcia, jeżdżą zawsze w drugim tygodniu listopada. Zawsze był to wdzięczny temat do fotografowania. Przystrojone lokomotywy, długi skład i godzina odjazdu pozwalająca na zrobienie zdjęcia. Czego chcieć więcej? Od kilku lat lubelski pociąg rusza nie tylko z Lublina, ale także z Zamojszczyzny. Dzięki temu trafia się okazja, by sfotografować skład wagonowy na szlakach, które już dawno takowego nie widziały. Odrębną grupą osób zadowolonych są “zaliczaki”, gdyż mogą przejechać się z Hrubieszowa do Zamościa, a na tym odcinku nie kursują przecież rozkładowe pociągi pasażerskie. No, wg kanonu zadowolenie powinno być połowiczne, gdyż wracają po ciemku – a wiadomo, zaliczenie musi odbyć się przy świetle dziennym, w dodatku należy siedzieć w tym samym miejscu, by widoki za oknem nie powtarzały się. Wszystkim oburzonym odpowiadam, że takie zasady zostały mi przedstawione w trakcie jednej z imprez przez człowieka, który święcie wierzył w to, co mówił. Dobra, bo uciekam od meritum, a tym był kolejny wypad z niezawodnym kolegą caroosem oraz kolegą Ricardo, który tym razem obiecał, że w balona nas nie zrobi.

 
Jako, że mój środek transportu (choć właściwszą nazwą byłaby “nieruchomość”) nadal nie nadawał się do czegokolwiek innego niż założenie kurnika, organizacja transportu spadła na kolegę. Fakt ten, oraz to, że dzień wcześniej nie mógł zaszaleć z procentami w trakcie oglądania meczu reprezentacji Polski spowodował, że przywitała mnie nieco zniechęcona mina. Ruszyliśmy jednak dziarsko w stronę stacji paliw, by napoić konia wysokooktanowym (a jak!) paliwem, siebie zaś kawą i dodatkowo zasilić hot dogiem. Sprawy poszły daleko, bo powiększonym. Następnie udaliśmy się na stację, gdzie za kilka minut miał się pojawić trzeci do brydża. Niestety, jego pociąg opóźnił się, co znacznie komplikowało nam plany. “Hrubieszowski Pielgrzym”, bo tak ochrzciłem nasz cel, jadąc rozkładowo miał dużą szansę uciec nam w Wólce Orłowskiej, czyli miejscu ataku. Aparatami rzecz jasna. No i kamerą, bo w tą też się zaopatrzyłem. Generalnie nie zabieram kamery na “zadrucone” linie. Nie umiem na nich filmować (spokojnie, na bezdruciu też mi to średnio idzie – a to coś utnę, kopnę w statyw i takie takie).

 
Z odsieczą przyszedł jednak pewien portal społecznościowy, na którym poinformowano mnie, że “Pielgrzym” ma 20 minut opóźnienia. I mało i dużo, nie wiadomo było jak nam na drodze pójdzie, dlatego od razu zaczęliśmy rozważać miejsca alternatywne. Zbliżając się do Krasnegostawu kolega organizator uznał, że może by tak zajechać na stację Krasnystaw Fabryczny? Są bloki, jest cukrownia, “będzie zajefajnie”, a jak nie – to może coś się wymyśli. Nie byłem wielkim entuzjastą tego pomysłu gdyż a) w razie marnych perspektyw zostawało bardzo mało czasu by dotrzeć do Wólki, b) po co się pchać w nieznane? Nie ja jednak byłem kierownikiem tego bałaganu, ruszyliśmy więc w nieznane. Przejechaliśmy przez okolicę stacji i jak na razie tryumfowałem – zero ciekawych motywów. Nieciekawych też mało. Ruszyliśmy jednak, wbrew rozsądkowi, w stronę Rejowca, gdyż wydawało nam się, że może odnajdziemy jeszcze mityczny kadr z cukrownią w tle. Skręciliśmy w drogę ułożoną z betonowych płyt która kończyła się przy wysypisku śmieci (albo jakimś składowisku). Dalej była już tylko droga, którą ciężko nazwać drogą. Ale pojechaliśmy – w końcu przy trzyosobowym składzie w razie kłopotów jest dwóch do wypchnięcia samochodu… Nie zakopaliśmy się jednak.
Miejsce okazało się niezłe. Co prawda “wiało” lepiej niż w kieleckiem, ale była szansa na zdjęcie z cukrownią w tle. Opuściłem ciepły pojazd, wziąłem klamoty i ruszyłem w stronę miejsca, które sobie upatrzyłem. Dotarłem, rozstawiłem majdan i uznałem, że jednak nie jest tak fajne jak sobie wyobrażałem. Koledzy przyszli, popatrzyli, poszli na drugą stronę torów i stwierdzili, że z tamtej strony wygląda to cokolwiek lepiej. Pozbierałem swoje rzeczy i poszedłem do nich. Na miejscu faktycznie okazało się, że jest lepiej. Rozpoczął się okres oczekiwania, gdyż “Hrubieszów” przyjechać miał za pół godziny. Nagle roztrzeszczało się NaSzlakuFM. Grali piosenkę “coś stoi w Krasnymstawie, w dodatku towarowego i chyba sobie zaraz pojedzie”. Niestety, miało jechać w stronę Zawady. Ha! A mówiłem, żeby do Wólki jechać! Nic to jednak, następną piosenką, nadaną zaraz po poprzedniej była “Hrubieszów jadymy!”. Kolega caroos łaził w tym czasie po okolicznych polach szukając jeszcze lepszego kadru, my zaś z kolegą Ricardo obmawialiśmy go – wszakże trzeba było podjąć jakąś formę walki z nudą. Caroosowi wkrótce jednak znudziło się to łażenie, wrócił więc do nas. Ja tymczasem miałem już ustalone dwa kadry zdjęciowe oraz ustawiony kadr do filmu. Sielski obraz psuł tylko wiatr, który nie dość, że wiał mi prosto w mikrofon kamery, to dodatkowo niósł dosyć “chłodne” powietrze. Moje dalsze rozważania nad tym cudem natury przerwał krótki komunikat Ricardo – “Jedzie”. Odpaliłem kamerę, wycelowałem aparat i czekałem. Pierwszy kadr mi nie wyszedł, gdyż lokomotywa wjechała “w krzaki”. Drugi zaś, z pociągiem na łuku wyszedł całkiem nieźle. Naszym bohaterem, Pielgrzymem Hrubieszowskim, okazała się być SU46-017 ze składem trzech wagonów. Ach, szkoda że nie jakaś zielona! Z drugiej strony pasażerski skład wagonowy na tej linii to już rarytas, pozostało więc nie narzekać tylko cieszyć się z tego co jest.

imgp4800

http://www.youtube.com/watch?v=xLUzKLsJwR4

Pociąg pojechał sobie, ja zaś nawiązałem kontakt z kolegą Konradem, który także zainteresowany był uwiecznieniem tego pociągu. Przekazał nam bardzo cenną informację o kursującym między Zamościem a Hrubieszowem “Fabloku”. Jest to jedna z dwóch zmodernizowanych przez Fablok lokomotyw ST44, w tym przypadku ST44-3002. Decyzja mogła być tylko jedna!

jedziemy-tam
Kolega caroos napomknął coś o wcześniejszej pogoni za słyszanym wcześniej pociągiem towarowym, na co przystaliśmy z ochotą. Ruszyliśmy więc w szaloną (w granicach rozsądku) pogoń za tym pociągiem. Naszym celem – Zawada. W międzyczasie mieliśmy okazję przejechać przez Krasnystaw, dzięki czemu znaleźliśmy miejsce idealne do sportretowania luzaka albo małego szynobusa. Po dłuższej chwili dotarliśmy do Zawady. Niestety, po drodze nigdzie nie było widać naszego uciekiniera. Co gorsza, w Zawadzie też go nie było. Okazało się, że dotarł już do Klemensowa. Ruszyliśmy więc tam.
Klemensów przywitał nas widokiem wagonów pociągu, który tak chcieliśmy złapać, oraz świateł po torze “szerokim” od strony Zagłębia. Nie było czasu rozstawić kamery, dlatego też zdecydowałem się, że chociaż zdjęcie zrobię. Założenie jest proste – w zasadzie nie da się zrobić dobrego zdjęcia w czasie filmowania, gdyż trzeba pilnować kamery (no, chyba że od razu planuje się szeroki kadr). Światłami po “szerokim” okazał się być pociąg złożony z samych lokomotyw – w naszą stronę jechała “turbotamara” z dwoma zimnymi ST44. Cofnąłem się kawałek by zrobić im zdjęcie wraz z budynkiem gospodarczym normalnotorowej stacji Klemensów (być może dawną nastawnią?).

imgp4801
Skład minął nas, odwróciłem się więc i zrobiłem zdjęcie “od zakrystii”. Tym razem za motyw nic mi nie posłużyło, ot “jechało to pstrykłem”.

imgp4802
Nadszedł czas pożegnania z Klemensowem, które zostało na chwilę odłożone, gdyż do drogi powrotnej szykowała się lokomotywa naszego “uciekiniera”. Maszyna dziarsko ruszyła do przodu, ale pomimo średnich warunków oświetleniowych sfotografowanie jej nie nastręczyło wielu problemów. Tym razem do kadru dorzuciłem wagony oczekujące na zabranie do Zakładów Tłuszczowych w Bodaczowie oraz żółty domek.

imgp4803
BRka, czyli niedościgniony bonus, pojechała sobie, my zaś rozpoczęliśmy podróż w stronę miejscowości Karp, położonej po drugiej stronie Zamościa. Podróż nie trwała jednak długo, gdyż kolegę kierownika coś tknęło i w Niedzieliskach zjechał na jeden z przejazdów. Nie mogło się to skończyć inaczej jak widokiem kolejnych świateł na torze “szerokim”, tym razem od strony Zamościa. Nastąpił szybki desant z pojazdu, po którym biegnąc a w zasadzie ślizgając się po błocie dotarłem na w miarę konkretne miejsce. W kadr zdecydowałem się wepchnąć peron przystanku normalnotorowego w Niedzieliskach – zresztą nie miałem wielkiego wyboru, gdyż pociąg był już bardzo blisko. Prowadzony był “Borsukami”, “Terminatorami” lub “Vaderami” (jak kto woli). “Ruda”. Długi skład. Zrobiłem zdjęcie i zacząłem żałować, że kamera, zamiast nagrywać to widowisko, leży w samochodzie. Tymczasem kolega caroos przekazał mi, że pociąg ten ma popych.

imgp4805

Gdy skład nas minął (a trzeba przyznać, że był okazały!) okazało się, że na jego końcu występuje ginący gatunek, a mianowicie żółto-zielony ST44. Przed nim jechał jeszcze jego niebiesko-biały brat bliźniak, znany jednak z tego, że jest mniej fotogeniczny. Przekuśtykałem więc czym prędzej na drugą stronę i zrobiłem kolejne zdjęcie.

imgp4806
Liczyłem, że będziemy kontynuować podróż na wschód, caroos widział to jednak inaczej. “Gonimy dziada!” – wyrwało mu się. Głośno zaprotestowałem – “A Fablok?”. W odpowiedzi usłyszałem, że jest ciemno, zimno i do domu daleko a w zasadzie to mam wsiadać, bo nam pociąg ucieka. Czym prędzej ruszyliśmy więc w stronę Szczebrzeszyna, gdzie okazało się, że pociąg nie ma zamiaru od razu jechać dalej, gdyż najpierw musi zgubić “ogon”. Sprawy trochę się skomplikowały – gdybyśmy dalej gonili “rudę”, żółty gagarin (wraz z mało urodziwym niebieskim bratem) ani chybi uciekł by nam do Zamościa.

Zdecydowaliśmy się jednak na podjęcie ryzyka. Ruszyliśmy do Żurawnicy, a w zasadzie Bagna, gdyż znajdująca się tam górka pomaga ładnie wyeksponować skład pociągu. Nie byłbym sobą, gdybym nie poszedł w sobie tylko znanym kierunku i dzięki temu nadrobił ładne kilkaset metrów w stosunku do drogi, którą przebył kolega Karol. Ricardo uznał, że taki skład wyjdzie mu lepiej na wjeździe do zwierzynieckiego lasu. Na górkę wdrapałem się z niemałym trudem (wychodzi całkowity brak kondycji), rozstawiłem kamerę i wtedy… delikatnie zaczął prószyć śnieg. Niemal niezauważalnie, ale jednak. “Ruda” nie kazała na siebie długo czekać, odpaliłem więc kamerę która spokojnie nagrywała sobie przejazd pociągu, ja zaś skupiłem się na zrobieniu zdjęcia.

imgp4807

https://www.youtube.com/watch?v=PX-B8xb2DXA

Po jego wykonaniu (i nagraniu filmu) rozpocząłem o wiele mniej męczącą podróż w dół zbocza. Starałem się tylko, by podróż ta nie stała się ekspresową, ew. zakończoną lądowaniem z telemarkiem. Dotarłem do samochodu, gdzie czekała już reszta naszej załogi. Ruszyliśmy ku Szczebrzeszynowi, by złapać “żółte czoło”. Okazało się jednak, że jego niebieski, brzydszy brat stoi wraz z nim oraz pociągiem w stronę Zagłębia. Nieśmiało zasugerowałem, że moglibyśmy wybrać się do znanego i lubianego Kanionu. Karol zaczął kręcić nosem, że “to daleko, nie chce mu się a i samochód nie jeździ na wodę”. Mówił to jednak bez szczególnego przekonania i dlatego też raźno ruszyliśmy do Szozd. W drodze tam caroos, patrząc na górki za stacją w Szczebrzeszynie, stwierdził, że z chęcią by na jedną z nich wszedł i poczekał na coś. Kontynuowaliśmy jednak podróż. Nie bylibyśmy sobą, gdyby o mały włos nie uciekł nam kolejny skład, tym razem w stronę Zamościa, a widziany między Żurawnicą a Bagnem. Drań musiał stać w Zwierzyńcu i ruszyć zaraz po przyjeździe “rudy”. Na szczęście udało się go złapać, choć w mało fotogenicznym miejscu. Zdjęcie, choć technicznie nie można mu nic zarzucić, jest typowym OKP.

imgp4809
Na końcu pociągu znajdował się popych, ale mając podpięty teleobiektyw nie próbowałem nawet kuśtykać, by zrobić mu zdjęcie. Czasem trzeba dać sobie spokój. Karol wspomniał coś o wspięciu się na górkę, został jednak pokonany argumentem, że teraz na pewno pojedzie “Szczebrzeszyn”. W drodze do Kanionu, już w Szozdach, natknęliśmy się na “tararę” Torpolu ze składem roboczym. Czym prędzej zabraliśmy się za zdjęcia, gdyż nie było wiadomo kiedy skład “szeroki” ruszy ze Szczebrzeszyna – może już był w drodze?

imgp4811
Zadowoleni z uchwycenia tego bonusa udaliśmy się na wiadukt nad torami. Miejsce to zmieniło się od czasu naszego ostatniego pobytu. Przede wszystkim jakaś dobra dusza wycięła większość krzaków i drzew od strony Biłgoraja, dzięki czemu pojawiła się możliwość zrobienia nowych kadrów. Kierownik wycieczki dokonał rozpoznania terenu i stwierdził, iż fajnie by było złapać coś z tamtej strony. Od strony Zamościa także nie było można narzekać na widoczność, dlatego też siedzieliśmy w samochodzie. No dobra, po prostu było zimno. Jako operator kamery musiałem jednak podjąć decyzję o przebywaniu poza pojazdem, gdyż film nie zdjęcie, trzeba odpowiednio wcześnie zacząć nagrywać. Rozstawiłem się więc ze sprzętem, celując w stronę Zamościa. Oczekiwanie umilała mi herbata z termosu oraz kiełbasa chorizo. Po chwili pojawił się także Ricardo, któremu znudziło się siedzenie w samochodzie. Nagle dało się słyszeć odległe trąbienie. Ale nie od strony Zamościa… W te pędy zgarnąłem kamerę ze statywem i pokuśtykałem w stronę Biłgoraja. W tzw. międzyczasie krzyknąłem do kierowcy żeby się zbierał bo coś jedzie, ale mnie zignorował. Dopiero gdy zobaczył, że jesteśmy już dosyć daleko od niego, a w zasadzie na miejscu docelowym, wyszedł z samochodu i zapytał co się dzieje. W odpowiedzi na moje hasło, że “jedzie” usłyszałem, że bzdury gadam. Pofatygował się jednak do nas i w tym momencie zza węgła wyskoczyły światła. Kamera już pracowała, ja zacząłem zaś zastanawiać się, jaki kadr zastosować. Coś tam wymyśliłem, tymczasem zacząłem przyglądać się naszej kolejnej “zdobyczy”. Okazał się nią tercet maszyn – “Wjader” + 2 “Gagary” oraz krótki (a szkoda!) skład mieszany. Dłuższy bardzo pięknie wił by się na łukach. No, ale nie ma co narzekać, ważne, że cokolwiek pojechało. Zdjęcie wyszło jak wyszło, gdyż uważam, że lokomotywy mogłem “podpuścić” trochę bliżej.

imgp4813

https://www.youtube.com/watch?v=BUx9epUvkIk

Ostatnie wagony wyjechały z kadru, wyłączyłem więc kamerę i ruszyłem w stronę samochodu. Dokuśtykałem i rozstawiłem się od razu po drugiej stronie wiaduktu, tak, by nie być zaskoczonym. Tym razem schowałem się do samochodu, gdyż zaczął padać… śnieg. “Tego jeszcze nie grali”, pomyślałem. Tzn. grali, bo wcześniej coś bździło, ale teraz zaczęło się białe szaleństwo. W pewnym momencie opuściłem samochód i dobrze zrobiłem, gdyż przez podmuchy wiatru, od strony Zamościa (a w zasadzie Zwierzyńca) dał się słyszeć podejrzany dźwięk. Nie był to stukot, raczej wycie. Albo “piłowanie” lokomotywy. Kto raz to słyszał – ten wie. Machnąłem ekipie, która niespiesznie wytarabaniła się z wehikułu i też zaczęła nasłuchiwać. Potwierdzili moje przypuszczenia, coś ewidentnie się telepało. Za namową kolegi Ricardo odpaliłem kamerę by uchwycić te odgłosy. Nie minęła minuta, jak przez zasłonę śniegu dały się zobaczyć reflektory lokomotywy. Nadjeżdżał “Szczebrzeszyn”. No, nadjeżdżał to mocne słowo, gdyż ledwo się toczył, ale padający śnieg na pewno nie poprawiał sprawy. W pewnym momencie zauważyłem, że na obiektyw kamery spadł płatek śniegu, co znacząco podniosło mi ciśnienie. Wpadłem nawet na pomysł, by spróbować zgarnąć go palcem, ale szybko się zreflektowałem. Po co psuć tak dobre ujęcie? Zostawiłem więc kamerę swojemu losowi, w zamian rozpoczynając poszukiwania “kadru idealnego”. Chyba nie znalazłem, ale zdjęcie zrobiłem.

imgp4816

http://www.youtube.com/watch?v=m9Z6qp3uL2M

Zdążyłem jeszcze zmienić kadr filmu (i niczego przy tym nie uciąć ani nie kopnąć, sukces!). Pociąg pojechał sobie dalej, my zaś wróciliśmy do samochodu. Minuty dłużyły się i jak na złość nic nie chciało jechać. Na szczęście śnieg przestał padać. Meldunki wskazywały, że powinniśmy czekać, gdyż coś jeszcze na pewno pojedzie. Niestety, robiło się coraz ciemniej a trzeba jeszcze było odstawić kolegę Ricardo. Ruszyliśmy więc, w miarę zadowoleni, w stronę domu. W Szczebrzeszynie na “wolną drogę” oczekiwał nasz tercet, co oznaczać mogło, że od strony Zamościa znów coś jedzie. Kilkunastominutowe oczekiwanie nie dało jednak rezultatów. Sprawdziłem parametry i się przeraziłem – tak podłego dawno nie widziałem. Pozostało więc ruszyć w drogę powrotną, zahaczając po drodze o kebab “Pod Psem”.

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Średnie ilości naraz byków

listopad 8th, 2016 by Kręzel Michał

Jesień jest fajna. Pod warunkiem, że słońce oświetla piękne żółte liście znajdujące się na drzewach. W innym przypadku nie jest. Zawsze trafia nam się ten drugi przypadek. Zawsze.

Co można robić w smutny, jesienny dzień, gdy prognoza pogody wskazuje, że będzie padać i padać; liści na drzewach już nie ma i w dodatku jest zimno? Siedzieć w domu i pić piwo. Albo whisky jak ktoś ma kominek. Jak nie ma to też, a zresztą, to nie o alkoholu będzie ta historia. Można też czytać książkę. Oglądać telewizję. Oglądać żonę. Może być czyjaś. Mnóstwo rzeczy można robić…
Można też, tak jak nasi dwaj dzielni bohaterowie, tj. ja i caroos, pojechać na “foty” i liczyć na to, że choć nie ma
pogody to będzie ruch – lub przy jego braku trafić choć jakiegoś “bonusa” (i nie chodzi mi tu o chorobę weneryczną).

Do wypadu, pomimo mnóstwa niesprzyjających czynników, nakłonił nas kolega Ricardo* (to nie jest jego prawdziwe imię, ale zrobił nas w balona, więc nie zasługuje na to by występowały tu jego dane). Kolega ów dał znać caroosowi, iż z chęcią wybrał by się z nami na S-Łkę, gdyż codziennie kursuje po niej Vectron PKP Cargo. Faktycznie, coś mi się o oczy obiło na pewnym znanym portalu randko, tfu, społecznościowym. Postanowiliśmy zaryzykować, mimo, że kolega w ostatniej chwili stwierdził, że jednak nie jedzie.

Na parkingu u caroosa w Riczmont pojawiłem się w niedzielę około godziny 8, co dla mnie jest świętokradztwem, bo o tej porze już coś może w obiektyw wpaść, ale to nie ja byłem kierownikiem tej wycieczki. Pierwszy postój – stacja, gdzie jakości strzeże orzeł – uzupełniałem paliwo płynne w samochodzie, kolega zaś odpowiadał za przekąski. Liczyłem, że i kawę dostanę, no ale dobra, hot dog też może być. Deszcz padał. Po dłuższej chwili (w czasie której nie zdarzyło się nic ciekawego) dotarliśmy do znanego i lubianego wiaduktu w Jaźwinach. Po drodze przejechaliśmy przez stację w Pilawie, ale oprócz dwóch zmodernizowanych jednostek KM przy peronie, jeszcze jednej obok peronu i podejrzanego składu nie było nic ciekawego. Z zamyślenia wyrwały mnie słowa kolegi “A PŁUG DZIE ZABRALI?!”. Faktycznie, mocnego punktu każdej wycieczki do tego węzła nie było nigdzie w zasięgu wzroku. Pomyślałem sobie – “Może kolejarze rozpoczęli już akcję ‘ZIMA'”? I odśnieżają już na zapas?

Wiadukt w Jaźwinach ma tą zaletę, że prowadzi donikąd oraz że można siedzieć i obserwować z samochodu tarczę wjazdową posterunku odgałęźnego o nazwie, niespodzianka!, Jaźwiny. Jeśli coś wyjeżdża z Pilawy (albo nadjeżdża od Sufczyna) w stronę Skierniewic, to długa prosta uniemożliwia wręcz przegapienie nadjeżdżającego pociągu. NaSzlakuFM nadawało cały czas, ale raczej stare kawałki, nic w naszych klimatach. Deszcz nie przestawał padać. Będąc przewidującym człowiekiem (ale bez przesady, nie jestem wróż Janusz czy jak mu tam), zabrałem ze sobą książkę, którą zacząłem czytać. Jednak nie robiłem tego bez opamiętania. Co kilka akapitów odrywałem się i patrzyłem w stronę tarcz, gdyż załatwiało to obserwację ruchu z obu kierunków. No, przynajmniej teoretycznie – wiadomo, tarcza to nie semafor a więc nawet mimo pociągu “na podejściu” może wyświetlać “pomarańczowe”. Ale przenosząc wzrok w głąb szlaku mogłem też stwierdzić, czy coś od Pilawy/Sufczyna nie ma zamiaru wjechać “w kadr”. W końcu w oddali pojawiły się światła. Rozpoczęliśmy niespieszne opuszczanie caroosowego pojazdu, gdyż pociąg jechał wolno a z nieba nadal ostro kapało. Naszym pierwszym bohaterem okazał się byk ze składem drewna. Niebieski byk, niebieskie węglarki, ciemno, zimno i do domu daleko – czyli wszystko idzie po naszej myśli. Zdjęcie zrobiłem, zgodnie z zasadą że w takie dni może to być jedyny sfotografowany pociąg. Ach, ten zapach drewna…

imgp4790

Wróciliśmy do pojazdu, deszcz jak gdyby osłabł. Do caroosa zadzwonił Ricardo, który stwierdził, iż w Pilawie widziano czerwonego sputnika z kontenerami, zapewne jadącego w naszą stronę. A poza tym to on może jednak przyjedzie, albo nie, bo i tak będzie już późno. No i jesteśmy wafle, bo linią nr 13 w stronę Mińska Mazowieckiego uciekł nam zielony jamnik ze składem. Faktycznie, coś tam grało, ale nie podali koloru. Poza tym takie ryzyko zawodowe – stoisz blisko węzła to nie dziw się, że innymi liniami coś jeździ a u Ciebie cisza. “Miłośniki na szlaku, maszyny STOP!”.

Sputnik nie kazał na siebie długo czekać. Tak jak w komunikacie – był czerwony, z kolorowym sznurem kontenerów i na upartego można go było uznać za bonus. Nie to, żebym nie miał w tej okolicy zdjęcia sputnika. Mam, nawet ładne. Po prostu w taki dzień każdy pociąg cieszy. Znów nastąpiła powtórka z rozrywki – pociągowi nie spieszyło się, nam też nie, za to deszcz już prawie odpuścił. Powtórzyłem poprzedni kadr używając jednak większej ogniskowej – na nic zdały się uwagi kolegi który powiedział, że “przecież można wykadrować”. No można, ale jak popełnię gniota to mam dobry powód do wyrzutów sumienia.
imgp4791
Sputnik pojechał, wróciłem więc do lektury przerywając sobie tylko okresowym ciamkaniem kanapki. Caroos tym razem był cwany i nie kupił chipsów, nie mogłem mu więc zeżreć połowy paczki i do tego uświnić tapicerki. Miał kabanosy, ale się nie podzielił. Z nerwowego oczekiwania wyrwał nas Ricardo, który dał znać, że w naszą stronę jadą co najmniej trzy pociągi.

Jeden miał być niedaleko, drugi był daleko a trzeci był gdzieś na pewno. I wszystkie od Skierniewic. Wróciłem więc do czytania, okresowo grzebiąc w telefonie. Kolega w tym czasie pochwalił się nowym, fajnym dzwonkiem w telefonie, dzięki czemu ja teraz też mam ten sam dzwonek. Mógł się nie chwalić.

Czas się dłużył, ale w końcu na tarczy pojawił się tak lubiany, zielony kolor. Deszcz już nie padał, wyszedłem więc na
zewnątrz i przymierzyłem się do kadru, jaki stosuję w tym miejscu od dawna. Caroos polazł zaś na drugi koniec wiaduktu, choć ilość krzaków była zdecydowanie większa niż u mnie – ale kto wie, może taki miał pomysł. Jego klisza, jego sprawa.
Bohaterem nr 3 okazał się niebieski byk (hurra) z niebieskimi węglarkami (hip hip hurra) – do tego próżnymi. No nic,
zrobiliśmy zdjęcia i wróciliśmy do samochodu. Pojawił się pomysł, by właśnie sfotografowany skład złapać gdzieś dalej, już za Pilawą.
imgp4792
Ruszyliśmy z kopyta w drogę. W międzyczasie próbowałem czytać książkę, ale nierówne jaźwińskie nieużytki zamienione w drogę gruntową mi to uniemożliwiały. Przejeżdżając przez stację w Pilawie dał się zauważyć brak pługu (ale o tym już chyba pisałem?) oraz “nasz” pociąg czekający pod semaforem wyjazdowym z towarowej części stacji. W sumie dobrze, bo gdyby dyżurny puścił go “w stację” pasażerską, to czekalibyśmy na przejeździe. A co, jakby poszedł przelotem? Wtedy trzeba by poganiać, a wolontariusze ministra finansów czają się na każdym kroku. No, akurat wtedy ich nie było, ale co gdyby byli?

Bez przeszkód dotarliśmy do przecięcia linii z drogą krajową numer 17, czyli wiaduktu. Pociąg jednak nie dotarł. Ba, nie było go nawet na horyzoncie. Sprawę wyjaśnił Ricardo, który dał nam znać, że w tzw. międzyczasie pojechały “Katowice” do Małaszewicz i skutecznie opóźniły wyjazd “naszego” pociągu. Następny odstęp za Pilawą to dopiero Stoczek, ponad 30 km w linii prostej…
Od Małaszewicz w naszą stronę “szła” też jakaś “ruda”, ale była daleko i szanse, że dojedzie za dnia były marne. Tymczasem nic się nie działo. Rozważałem nawet rozszerzenie pasji o zdjęcia autobusów (w końcu staliśmy przy drodze krajowej), ale ostatecznie odpuściłem. To już zbyt poważne zboczenie jak na moje standardy. Po dłuższym czasie zapadła decyzja – jedziemy w stronę Garwolina, drugi z trójki gości (tym razem coś do Puław) powinien już dobijać do Pilawy.

Do stacji w Garwolinie, a w zasadzie w Woli Rębkowskiej dotarliśmy po kilku minutach. Znaleźliśmy nawet bardzo fajny przejazd. Fajny był z ważnego powodu – wokół nie było nic ciekawego. Przejazd zaś, mimo swojego położenia na łuku dawał jako taką nadzieję na coś więcej niż kadr typu “lokomotywa między słupami”. Tu dodatkowo dochodził łuk!
Moje niemrawe poszukiwania lepszego kadru przerwały dalekie światła. Według rozkładu najbliższy pasażerski miał jechać dopiero za jakiś czas, więc niewątpliwie był to nasz gość. Albo jakiś bonus. Ustawiłem się więc na wskazanym przez caroosa miejscu, trochę niefortunnym, ale lepszym niż żadne. Pociąg, składający się z beczek zwracanych do stacji Puławy Azoty, okazał się dosyć krótki, dzięki czemu nie uciąłem składu – a więc zdjęcie mogłem uznać za udane.
imgp4793
Pociąg sobie pojechał, my zaś podjechaliśmy kilkaset metrów w stronę Pilawy, ale tam też nie było czegokolwiek ciekawego. Kolega rozpoczął poszukiwania brnąc w glinie, ja zaś oglądałem śmieszne koty w internecie. Tę jakże zajmującą i ciekawą czynność przerwał mi krzyk caroosa: “Nie siedź tak *****, coś jedzie!”. I faktycznie, coś właśnie wyłoniło się zza łuku.

Bronkowy byk! W nerwach dorwałem się do plecaka, wyciągnąłem aparat, rozpocząłem szaleńczy bieg w stronę torów. Piruet, półpiruet i pół kilograma (albo i lepiej) gliny na butach później “wskakiwałem” na górkę na której stał już kolega. Zdążyłem w ostatniej chwili! No, może nie tak do końca, gdyż udało mi się jeszcze przestawić parametry i dzięki temu doszczętnie nie skopać zdjęcia. Muszę przyznać, że wyszło dokładnie tak samo, jak gdybym miał czas przymierzyć. A nie bardzo miałem. Słowem, nie jest źle.
imgp4794
Caroos udał się na drugą stronę torów, gdyż wypatrzył górkę, która wg niego lepiej nadawała się do naszych celów. Ja
wróciłem zaś do oglądania śmiesznych kotów. I czyszczenia butów z gliny. Znów brutalnie mi przerwano. Odgłos narastał od jakiegoś czasu, ale z jakiegoś powodu nie zwróciłem na niego dostatecznej uwagi. Pozostało mi więc pobiec w stronę drobnej górki zlokalizowanej jakieś 200 metrów od samochodu. Nie zdążyłem jednak. Nie dość, że wpadłem w glinę (też mi niespodzianka!), to jeszcze miejsce nadawało się na szeroki kąt, a nie teleobiektyw, a właśnie ten miałem podpięty do aparatu. Caroos miał równie dużo szczęścia. W czasie, gdy pociąg nadjechał był gdzieś “w krzakach” i tam na czas przejazdu pociągu pozostał. Pociąg nas minął. Znów czyszcząc buty zacząłem nawet trochę żałować, że nie zrobiłem zdjęcia, kolega zaś wrócił na “moją” stronę torów. Po chwili pojawiła się jednostka KM jako osobowy do Dęblina, ale ją sobie odpuściłem.
Wybredny się zrobiłem, nie ma co.

Dalsze długie rozmyślania nad ulubioną serią pojazdów regionalnych przerwało pojawienie się pociągu, a w zasadzie dwóch. Pierwszym był “Gombrowicz” z Przemyśla prowadzony EP07-1054, drugim zaś słyszany na razie (w postaci gongów na przejeździe) Dart jako “Konopnicka” z Wrocławia. Zdjęcia “Gombrowicza” nie będzie. Zrobiłem je, ale ostrość poszła w las, poza tym powtórzyłem kadr z Bronkobyka, a co za dużo to niezdrowo. Za to “Konopnicka” dała mi większe pole do popisu. Nie dość, że jechała z nieobfotografowanej strony, to seria ta jeszcze mi nie zbrzydła. Bam, zdjęcie zrobione.
imgp4796
Caroos zaczął snuć myśli o Rudzie Talubskiej, a właściwie o wieży ciśnień która się tam znajduje. Kto wie czy przy mającym się rozpocząć w przyszłym roku remoncie linii nr 7 nie będzie to jej ostatnia zima? Znów ruszyliśmy ku przygodzie!
Po drodze trochę się pogubiliśmy, ale w końcu dotarliśmy na miejsce. Od razu pojawiła się też możliwość zrobienia zdjęcia, gdyż nadjeżdżał osobowy od strony Dęblina. Ja dałem sobie spokój, kolega zrobił zaś zdjęcie i uznał, że musimy dostać się bliżej wieży. Pojechaliśmy samochodem w stronę stacji, ale od tej strony torów nie było szans na zdjęcie. Same krzaki. Za to z drugiej strony wydawało się to całkiem sensownie wyglądać. Pojechaliśmy więc tam. W międzyczasie Ricardo dał znać, że zbliża się do nas towar od strony Dęblina. Czyli wszystko układało się po naszej myśli! Samochód został na drodze dojazdowej do pola (kto w niedzielę o 13:00 w taki dzień pojedzie robić coś w polu?), my zaś udaliśmy się w stronę torów.

Po drodze sforsowaliśmy rów, który wręcz idealnie nadawał się na zrobienie sobie krzywdy (np. skręcenie kostki), szczęście nas jednak nie opuszczało. Ustawiliśmy się blisko wieży i w zasadzie w tym samym momencie semafor wyjazdowy zaczął świecić na zielono. Kolejnym szczęśliwcem w kadrze okazał się być niebieski byk (no jakże by inaczej), ale za to z ładownymi szutrówkami. A więc coś lepszego niż węglarki.
imgp4797
Z poczuciem, że jeszcze musimy tu wrócić udaliśmy się w drogę powrotną do samochodu. Kierownik wycieczki podjął decyzję, by wybrać się w okolice widocznego na horyzoncie przejazdu. Zgodziłem się, bo nie miałem wyboru, a poza tym parametr zaczynał nikczemnieć. Powoli, ale jednak. No i za chwilę miał pojawić się kolejny pośpiech. Przejazd powitał nas migającymi światłami – czyli znów coś jechało. Niestety, widok w obie strony przesłaniał łuk. Pobiegłem, a w zasadzie pokuśtykałem co sił w nogach w stronę semaforów wjazdowych stacji Ruda Talubska, gdyż widziałem, że tam łuk się kończy – a więc była szansa na jakiekolwiek zdjęcie.

Prosta, która znajdowała się za łukiem okazała się jednak pusta – a semafory świeciły na czerwono. Rozpocząłem bieg z powrotem i krzyknąłem caroosowi, że z tej strony nic nie jedzie. Odkrzyknął, że od strony Dęblina coś “leci”. Czymś okazała się siódemka z beczkami, zapewne relacji Lublin – Płock Trzepowo. Niestety, nie udało mi się dotrzeć do żadnego sensownego miejsca i zdjęcia nie mam. Na domiar złego, po przejeździe pociągu towarowego rogatki nie podniosły się, co oznaczało, że nadciąga pospieszny. Pobiegłem znów w stronę semaforów, jednak i tu nie zdążyłem – pospieszny śmignął obok mnie. Po powrocie do samochodu zapadła decyzja o powrocie do domu. Niby na zegarku jeszcze 15:00 nie było, a parametr już poszedł w las. I nie miał zamiaru wrócić. Spakowaliśmy więc klamoty i ruszyliśmy w stronę domu, dyskutując o wyjeździe na “pielgrzymkowca”, który jedzie 12 listopada.

Czyżby wiadukt w Wólce Orłowskiej? Zobaczymy, czy pogoda pozwoli.

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Kapciem po Bieszczadzkich Szlakach II

październik 16th, 2016 by Kręzel Michał

Parowozy fascynują mnie niezmiennie od lat wczesnej młodości, tj. od 2009 roku. Dzięki temu nieprzemijającemu zainteresowaniu byłem gościem w Środzie Wielkopolskiej, Gnieźnie, okolicach Piaseczna, Cisnej Majdanie a także na linii z Poznania do Wolsztyna (ale w przeciwieństwie do wcześniejszych miejsc, związanych z torem wąskim, tu chodziło o normalnotorowe kopciuchy). Grzechem było by też nie wspomnieć o Dożynkach Prezydenckich, które też były celem dwóch naszych wypadów. Fotografowanie i filmowanie tych pojazdów zawsze budzi we mnie pewną tęsknotę za czymś, co nieuchronnie odchodzi w dal. Wpędza mnie w melancholijny, wręcz depresyjny nastrój. Ale nie o to w tym wszystkim chodzi, a o radość, że jeszcze można i na kliszy i na taśmie filmowej zapisać te pojazdy w ruchu.

W zeszłym roku brałem udział w imprezie „Kapciem po szlakach Bieszczadzkiej Kolei Leśnej”. Nie wiem czemu wtedy nic o tym nie napisałem, pewnie mi się nie chciało. Albo miałem jakiś inny, równie błahy powód. Imprezę tą wspominam bardzo miło, zwłaszcza przez „bonus” jaki wtedy zapewnili organizatorzy, czyli SMK z Krakowa. Był to autobus San H01, który towarzyszył nam przez część trasy jako dodatek do zdjęć. Po tym wydarzeniu czułem pewien niedosyt, gdyż impreza, mimo że „jesienna”, charakteryzowała się małą ilością żółtych liści na drzewach, dlatego też uznałem, że jeśli będę miał jeszcze okazję wziąć udział w jesiennym przejeździe specjalnym, to na pewno skorzystam. Wziąłem pod uwagę, że „Złota polska jesień” trwać może w górach jeden – dwa dni, ale liczyłem, że będę miał szczęście.

Na początku września, na pewnym portalu społecznościowym pojawiła się informacja, że wspomniane wcześniej Stowarzyszenie organizuje 8 października imprezę „Kapciem po szlakach Bieszczadzkiej Kolei Leśnej II”. Stało się dla mnie oczywiste, że muszę tam być. Liczyłem, że pogoda i przyroda dopisze, choć pierwsze w miarę niewiarygodne prognozy wskazywały, że 8 października w Bieszczadach będzie padać z przerwami na ulewy. Nie zraziłem się jednak tym faktem.

Kolega caroos z przyczyn od niego zależnych nie mógł wziąć udziału (albo i nie chciał, gdyż nie jest wielkim zwolennikiem „wąskich torów”), dlatego też wybrałem się sam. Zamiast, jak rozsądek podpowiadał, jechać przez Rzeszów – Sanok, wybrałem trasę alternatywną, przez Przeworsk i… no właśnie. Nawigacja w telefonie poprowadziła mnie drogami, którymi nie odważyłbym się jechać w dzień przy dobrej widoczności. A jechałem w nocy, we mgle. Koniec końców, nie zabijając siebie ani nikogo postronnego, dotarłem do Leska. Stamtąd miałem już prostą drogę do Cisnej. Na stacji benzynowej pewnej znanej sieci kupiłem sobie kawę oraz hot doga. Z dwóch powodów. Raz, że smaczne, dwa – że nie zjadłem śniadania (gdyż trudno jeść śniadanie o 2:30 rano). Zwolenników teorii o tym, że kawa ze stacji benzynowej to nie kawa, uroczyście informuję, że jest dobra i na mnie działa. A że nie wygląda jak jakieś wynalazki – trudno. Ale do rzeczy.

Do Cisnej, a właściwie Majdanu dotarłem na około dwie godziny przed rozpoczęciem imprezy. Wjeżdżając na teren stacji kątem oka dostrzegłem dymiący pod „szopą” parowóz. Nie byłem jednak pierwszy. Na parkingu stał już samochód z uczestnikiem imprezy. Mając dużo czasu w zapasie, oddałem się kontemplacji – z bardzo prozaicznego powodu, a mianowicie braku internetu w telefonie. ATSD to kto to widział parę lat temu, żeby telefon był tak uzależniający. Brak zasięgu i od razu nie ma co robić. Wróćmy jednak do meritum. Godzina imprezy zbliżała się nieuchronnie, ale ludzi, w porównaniu do poprzedniego roku, nie przybywało. Uznałem, że to może i lepiej, gdyż kameralne imprezy są najlepsze.

Aura sprzyjała. Wbrew prognozie nie padało, temperatura była dosyć przyzwoita, gdyż wynosiła 3,5 stopnia na plusie.

Kilkanaście minut przed rozpoczęciem imprezy udałem się w stronę pociągu. Ilość chętnych na przejażdżkę się zwiększyła, lecz nadal nie był to stan osobowy z poprzedniego roku. Parowóz oczekiwał już na nas. W składzie dwa wagony pasażerskie i dwa wagony z drewnem. Ciekawe czemu wieziemy drewno w góry? Obsługa kolokwialnie mówiąc dłubała jeszcze przy lokomotywie, a ja wsiadłem do wagonu, rzuciłem plecak znacząc swoje miejsce (na wypadek, gdyby jednak pojawił się tłum) i wyszedłem na zewnątrz. Nagle z prawej strony, między krzakami (a właściwie to jadąc drogą), pojawiła się atrakcja tegorocznej imprezy – czyli Autosan H9-21 z jednego z podrzeszowskich PKSów, który do tej pory wozi ludzi, a nie stoi w muzeum bądź też nie służy jako altanka ogrodowa. Przywiózł on kilkunastu kolejnych uczestników wycieczki, którzy dość sprawnie przemieścili się do pociągu. Mogliśmy ruszać do Balnicy.

 

imgp4717Podróż nie trwała długo, gdyż pierwszy fotostop odbył się zaraz za stacją w Majdanie. Miałem pewne obawy, czy po mojej kontuzji będę mógł skakać przez rowy, wysiadać z wagonu i generalnie zachowywać się, jakby w lutym nic się nie stało – a jak niektórzy wiedzą stało się, złamanie kostki + zerwanie więzadeł. Niemniej skoczyłem, noga nie odpadła, nie zaczęła boleć ani nawet nie dała o sobie znać. Luzik! Ustawiłem się w szpalerku razem z innymi fotografującymi, przepuściliśmy dwa albo trzy samochody, po czym kierownik imprezy dał znać maszynie by ruszyła. „Ruszyła maszyna po szynach ospale…” dając przy tym piękne widowisko para – dźwięk. Aparat w pogotowiu, cyk, i mamy pierwsze zdjęcie. No, pierwsze nie ze stacji. Szkoda tylko, że gór nie widać. Tzn. widać, ale słabo.

 

imgp4725Wsiadamy i jedziemy dalej. Ledwo do Żubracza, a tam znów wysiadka. Autobus już czeka. Znów szpaler, przepuszczenie samochodów, ale tym razem – niespodzianka. Frakcja filmowców żąda, by autobus jechał, gdyż tak będzie realistycznie. A nie, że stoi. Autobus rusza więc chwilę po tym, gdy okolicę przesłaniają kłęby dymu parowozu*. Góry już zaczynają być widoczne. Zdjęcie wychodzi całkiem przyzwoicie, jak na warunki zastane. Szkoda tylko, że wiatr zawiewa dym w niewłaściwą stronę.

imgp4727

Rozmyślania nad pięknem otaczającego nas świata oraz kierunkiem wiatru przerywa głos organizatora, który informuje nas, że IDZIEMY do przejazdu. No pięknie, zapłaciłem za to żeby jechać pociągiem, a muszę chodzić. Inni jednak nie protestują, dołączam więc do marszu. Tym razem scenka rodzajowa pt. „Spotkanie”. Na przejeździe. Autobus stoi, frakcja kamerzystów coś tam marudzi, że ten pojazd też mógłby cofnąć i dojechać do przejazdu. Niemniej scenka w wykonaniu gumobusa pozostaje statyczna. Pociąg cofa kawałek po czym znów daje piękny pokaz tego, co w parowozach jest najfajniejsze. Naciskam spust migawki. Wagony zatrzymują się obok nas, można więc od razu wsiadać.

imgp4730

Po kilku minutach jazdy zaczyna nieśmiało przebijać się słońce. Organizator wykorzystuje szansę, zatrzymujemy się w pomiędzy Żubraczem a dawną ładownią Solinka (a może to nawet stacja była?). Tor przebiega przez most znajdujący się w środku „eSki”, niemniej ciężko to pokazać stojąc w miejscu, w którym przyszło nam stać. No ale nic, trzeba dobrać parametry zdjęcia a nie rozważać czy dwa metry do tyłu będzie lepiej czy nie. Niektórzy wspinają się na stok, ale dla mnie jest za stromo – niestety, muszę uważać na nogę. Pociąg cofa (by frakcja nagrywająca nie czuła się pokrzywdzona), rusza, a ja na kliszy zapisuję kolejne zdjęcie. Wsiadamy i ruszamy dalej.

imgp4733

Daleko nie ujechaliśmy. Łuk, znany i lubiany z poprzedniej imprezy. Wysiadamy, pociąg zaś cofa. I zgrzyt. „Weźcie się cofnijcie bo dla nas miejsca nie wystarczy”. A guzik, rok temu było więcej osób i wystarczyło. Wnioskodawca musi się dostosować. Ekipa filmowców przechodzi na przód, fotografujący zostają zaś na podwyższeniu. Parowóz rusza, ja po raz kolejny się uśmiecham – ale nie czas na to. Pięknie oświetlone jesienne góry stanowią idealne tło kompozycji. Szkoda tylko cienia na pierwszym planie. Cóż poradzić, taki urok fotografowania w górach. I kolejne zdjęcie wpada na „kliszę”.

imgp4736

Tym razem jedziemy aż do Solinki. Wysiadając można dostrzec tor ukryty w trawie. Albo się potknąć o szynę, tak jak ja to zrobiłem. Po raz kolejny tego dnia udało mi się nie zrobić sobie samemu krzywdy. Pociąg cofnął by zrobić najazd a my, tj. fotografujący ustawiliśmy się w dosyć luźnym szyku. Tu już nie obowiązywała konieczność ustępowania pojazdom mechanicznym. Pojawił się jednak inny problem. Słońce zaszło za chmury i nie bardzo chciało się nam pokazać. Odczekaliśmy chwilę po czym zdecydowaliśmy, że pociąg jednak może ruszać. Słońce i tak nie chciało się pokazać zza wysokich chmur, ale przynajmniej średnie sobie poszły. Zdjęcie zrobione, jedziemy dalej.

imgp4738

Następny przystanek, łuk i Matragona w tle. Całość oświetlona słońcem. Pociąg jak zwykle cofa za kamienny mostek, my zaś ustawiamy się do zdjęć. Jeden z imprezowiczów włazi na drzewo i zaczyna przeganiać wszystkich, którzy przeszkadzają mu w kadrze. Organizator woła zaś do siebie frakcję filmującą, gdyż znalazł wg niego odpowiednie miejsce. Ja zaś, nieograniczony przez kamerę (szczerze mówiąc to trochę żałuję), wybieram miejsce blisko torów tak, by i kawałek łuku się załapał. Gwizd parowozu, obłoki pary, jedzie. Cyk, kolejne zdjęcie.

imgp4742

Nie wsiadamy jednak, pociąg cofa a my idziemy w stronę polnego przejazdu. Słoneczko nadal pięknie doświetla scenerię. Kolejny najazd, zarówno dla aparatów jak i kamer. Obraz pociągu po raz kolejny zapisuje się na karcie pamięci.

imgp4746

Za chwilę koniec trasy, Balnica. Linia dalej jest kompletna ale oczekuje remontu. Cóż, może kiedyś? Momentami znajduję się na Słowacji, siedzę akurat po lewej stronie wagonu. Granica miejscami przebiega idealnie przez środek toru. W końcu docieramy do stacji. Świecące słońce uniemożliwia zrobienie dobrego zdjęcia, obserwuję więc jak parowóz robi oblot składu. Można w tym czasie skorzystać z toalety bądź zrobić zakupy w sklepie (z szyldem głoszącym oprócz polskiego „Sklep spożywczy” także słowacką nazwę „Potraviny”) znajdującym się na stacji. Część osób udaje się tam by uzupełnić zapasy płynów oraz żywności.

Marcin, organizator, woła wszystkich. „Robimy wyjazd ze stacji a potem jedziemy aż do Żubracza bez postojów”. Ustawiam się po prawej stronie toru, choć słońce oświetla lewą stronę składu. Jest jednak kapryśne i chowa się za chmurami. Zdjęcie które robię można uznać za przyzwoite.

imgp4751

Podróż do Żubracza przebiega w spokoju, organizator sprawdza listę obecności ja zaś wykorzystuję ten czas na opróżnienie plecaka z zawartości jadalnej. Oprócz tego podziwiam widoki. Na przejeździe w Żubraczu czeka na nas autobus. Słońce znów świeci i mimo że trochę z kontry, to jednak jestem zadowolony z efektu. Sam fotostop, pomimo nieśmiałych protestów frakcji kamer, znów jest statyczny, tak, by nie blokować przejazdu. Robię kilka zdjęć pod różnymi kątami (ale i tak tutaj wrzucam tylko jedno) i idę w stronę pociągu. W międzyczasie fotografuję też z bliska autobus, gdyż choć nie jestem fanem, to jednak pojazd wygląda na tyle fajnie, że warto tą jedną klatkę poświęcić.

imgp4754

Zmierzamy do Cisnej Majdanu gdzie czeka nas godzinna przerwa na wodowanie parowozu oraz zmianę składu. Nie całkowitą, w miejsce wagonów z drewnem doprzęgane są platformy. Jest to też okazja by skorzystać ze sklepu bądź zakupić jakieś jedzenie. Co robię ja? Siedzę przez tą godzinę w wagonie, gdyż jest mi wygodnie (pomimo drewnianego siedzenia). Na stacji ruch, przed chwilą przyjechał pociąg z Przysłupia a za chwilę odjechać ma pociąg do Balnicy. Parowóz natychmiast otoczony zostaje przez rodziców z dziećmi oraz ludzi, którzy koniecznie chcą sobie zrobić z nim zdjęcie. Niektórzy chcą się też przejechać naszym pociągiem, jednak cena skutecznie ich odstrasza. Ogólnie rzecz biorąc widać, że na brak chętnych BKL nie może narzekać. Pociąg do Balnicy odjeżdża z obłożeniem około 75%. My zaś ruszamy do Przysłupia.

Pierwszy fotostop odbywa się w Dołżycy, a do zdjęć pozuje nasz „model”. Słońce obraziło się na nas i schowało za chmurami. Deszcz nie pada. Większość kierowców podchodzi do naszego hobby ze zrozumieniem, tylko „lokalsi” muszą nas strąbić i przejechać z piskiem opon obok. Przepuszczamy samochody, pociąg robi zaś kolejny w ciągu tego dnia najazd. Wychodzi z tego scenka rodzajowa pt. „Czyżby wyścig?”. O ile zejście z nasypu było dosyć łatwe (w zasadzie zawsze jest łatwe, tylko nie zawsze kończy się szczęśliwie), tak powrót po mokrej trawie i glinie przysparza niektórym kłopotów. Jedziemy dalej.

imgp4762

Kolejna przerwa w roślinności między torami a drogą i kolejny fotostop. Kolejne szybkie i o dziwo bezwypadkowe zejście z nasypu. Kierowcy nadal są wyrozumiali. Niestety, w czasie najazdu pociągu za autobusem pojawia się samochód i „z klimatu lat 80-tych nici”.

imgp4764

Następny postój odbywa się na końcu prostej. Wchodzimy na mały pagórek, dzięki czemu można ładnie wyeksponować pociąg na łuku, a w tle długą, jak na górskie standardy, prostą. W czasie zeszłorocznej imprezy podjąłem w tym miejscu bardzo złą decyzję co do kadru, przez co zdjęcie wyszło przeciętnie. Tym razem nie popełniłem już błędu i zostałem tam gdzie reszta. Efekt mojej ciężkiej pracy umysłowej uznaję za zadowalający.

imgp4768

Do Przysłupia nie ma już więcej postojów. Po dotarciu na stację wysiadam by podziwiać ośnieżone szczyty. Inni zaś idą do pobliskiego baru lub podziwiają manewry. Po manewrach obsługa zabiera się za obrządzanie parowozu. Tu coś smarują, tam odkręcają – ogólnie nie mam bladego pojęcia o obsłudze parowozu, dlatego też poprzestanę na takim opisie.

Idziemy w stronę wyjazdu ze stacji by uwiecznić wyjazd pociągu z ośnieżonymi szczytami w tle. Zdobywam się na minimum odwagi (podyktowanej przede wszystkim chęcią zasłonięcia przenośnych toalet przez krajobraz) i wspinam na ścianę wykopu. Problem jest jeden – ziemia jest mokra i się osuwa. Na szczęście ześlizguję się tylko kilkanaście centymetrów i nie niszczę przy tym kamery organizatora ani samego organizatora. Parowóz rusza, ja też ruszam, palcem, i robię zdjęcie.

imgp4771

Następny przystanek znajduje się na końcu prostej sprzed dwóch zdjęć. W czasie poprzedniej imprezy pociąg nie robił najazdu – tym razem, za sprawą frakcji filmowców, mamy możliwość uchwycenia parowozu w ruchu. Warunki oświetleniowe są coraz gorsze, ale udaje mi się zrobić w miarę przyzwoite zdjęcie.

imgp4775

Wracamy do Dołżycy. W międzyczasie organizator planuje fotostop z autobusem, ale na przeszkodzie staje samochód Straży Granicznej. Nie wiadomo jak się służby zachowają, więc jedziemy dalej. Zatrzymujemy się przy dawnej ładowni. Dawnej dla kolei, gdyż drzewo nadal czeka na transport, tyle, że samochodowy… Wysiadamy i idziemy by to drzewo złapać w kadr. Skład rusza i mamy kolejną scenkę rodzajową „Pociąg rusza z ładowni”. Jest coraz ciemniej.

imgp4776

Kolejny postój to znane i lubiane miejsce nad rzeką Solinką, z rzeką na dole i pociągiem na górze. Niestety, są dwa zasadnicze problemy. Rok wcześniej było mniej wody i nie było mokro. Do tego jest ciemno. Jakimś cudem nie przewracam się ani nawet nie brudzę schodząc. Ryzykując wiele wchodzę do rzeki (a rok temu chodziłem po suchych kamieniach). Buty nie przemakają a noga nie ślizga się na kamieniach, dzięki czemu popełniam kolejny kadr. Część fotografujących wyposażona jest w kalosze, dzięki czemu woda im niestraszna. Nawet ta powyżej kostek. Ja nie jestem taki odważny, choć i tak niewiele brakuje, by woda zaczęła lać mi się do buta.

imgp4779

Organizator informuje, iż parowóz cofnie by zrobić najazd dla filmujących, co wykorzystuję, wspinając się na nasyp i robiąc zdjęcie z cyklu „zderzaki”. Żałuję, że nie ma słońca, gdyż zapewne zdjęcie wyszło by dużo lepiej. Wspominałem już o coraz gorszym parametrze? W ruch idzie ISO800.

imgp4780

Impreza powoli zmierza ku końcowi. Jeszcze tylko fotostop z mostem nad Solinką w Cisnej, obok miejsca imprez, biegów itd. W związku z powyższym, wiele postronnych osób zaczyna fotografować nasz pociąg przy użyciu telefonów. Ale widzę to tylko przelotnie, „biegnąc” a właściwie kuśtykając na z góry ustaloną pozycję, gdyż parowóz zaczyna już cofać. Nie zostaję tam gdzie większość myśląc, że widok z boku będzie lepszy od frontalnego. Mam porównanie, w zeszłym roku zrobiłem dwa kadry, ale wtedy fotostop był statyczny. Warunki nie pomagają, ale tryb manualny pozwala na zrobienie w miarę dobrze naświetlonego zdjęcia, względnie zdjęcia, które da się potem uratować obróbką. Zdjęcie zrobione, można wracać do pociągu.

imgp4781

Zbliżamy się do Majdanu. Czas na ostatni fotostop, w tym samym miejscu co w zeszłym roku. Autobus już czeka. Niestety, nim pociąg kończy operację cofania, za autobusem ustawia się sznur pojazdów. No dobra, dwa. Ale żaden z lat 80-tych. Zaczyna kropić, ISO800 już ledwie wystarczy, ale nie mogę przecież nie zrobić zdjęcia! Tzn. mogę, kto mi zabroni? Ale trochę szkoda… Ostatni najazd imprezy, ostatnie zdjęcie. A nawet dwa, ale jedno nieostre.

imgp4783

Wsiadamy do pociągu i odjeżdżamy w stronę stacji. Koniec imprezy. Pada coraz mocniej, ale jestem zadowolony. Pogoda dopisała (wbrew prognozom) i choć znów nie trafiłem na „Złotą polską jesień”, to uważam, że zdjęcia wyszły nieźle. Z chęcią wrócę w Bieszczady. Choćby i po magnes na lodówkę. Żartuję, magnes będzie tylko dodatkiem do kolejnej przejażdżki. Tym razem nie tylko z aparatem, ale i kamerą.

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Rozkład 2016/2017 PKP Intercity – przecieki

październik 5th, 2016 by Michał Kędziora

Mamy październik i do wejścia w życie nowego rozkładu jazdy pozostało jeszcze ponad dwa miesiące a my już teraz informujemy was o zmianach w nowym rozkładzie.

W następnym roku mają rozpocząć się prace związane z głośno zapowiadaną modernizacją linii nr 7 Warszawa Wschodnia Osobowa – Dorohusk na odcinku Warszawa – Otwock – Dęblin – Lublin. Do Warszawy pociągi mają pojechać objazdem przez linię kolejową nr 30 Lublin – Łuków.

Rozkład obowiązujący do 10 czerwca

Linia 68

W nowym rozkładzie jazdy na linii z Lublina do Stalowej Woli pojawią się cztery pary pociągów TLK. Pociąg TLK ”Pomarańczarka” wyjeżdżać będzie o 5:36 z Warszawy Zachodniej, do Lublina dotrze o 8:18 a jego celem będzie Rzeszów Główny, do którego dotrze o 11:12. W relacji przeciwnej pojawi się w Lublinie o 19:25.

TLK “Staszic” pojedzie z Bydgoszczy Głównej do Rzeszowa Głównego, z grupą wagonów do Zagórza. Do Lublina przyjedzie o 12:09, a w dalszą drogę ruszy po 21 minutach. Pociąg relacji Rzeszów Główny – Bydgoszcz przyjedzie o 15:20, a wyjedzie o 15:40.

Kolejny pociąg to TLK “Gombrowicz” z Poznania Głównego do Przemyśla. W Lublinie zamelduje się o 16:10, wyjedzie zaś 16:35. Pociąg relacji przeciwnej pojawiać się będzie u nas o 11:30, w dalszą drogę ruszać o 11:55.

Nowym pociągiem będzie TLK “Kochanowski” z Gdyni Głównej do Przemyśla. Do Lublina pociąg dotrze o 20:09, wyjedzie zaś o 20:30. W relacji przeciwnej pojawi się w Lublinie o 7:27

Linia 7

Pierwszy pociąg do Warszawy wyjedzie o 5:00 i będzie to TLK “Gałczyński” z Lublina do Szczecina z wagonami do Zielonej Góry. Pociąg w relacji przeciwnej pojawi się u nas o 23:14.

Od poniedziałku do piątku o 5:48 do Bielska Białej przez Warszawę ruszać będzie IC “Pilecki”. Pociąg ma obsługiwać Dart. Z Bielska IC “Pilecki” przyjeżdżać będzie o 22:05. Zaś w sobotę i niedzielę z tą samą godziną odjazdu i przyjazdu kursować będą pociągi IC “Inka” z Lublina do Zwardonia i IC “Wisła” z Wisły Uzdrowisko do Lublina.

Godzinę później, o 6:43, odjeżdżać będzie TLK “Długosz” do Krakowa Płaszowa. Powrót tego pociągu zaplanowano na 20:38.

14 minut po “Długoszu” odjeżdżać ma “Kiev Express”, którego stacją końcową będzie Warszawa Zachodnia. Wracać będzie o 19:13.

O 7:55 odjeżdżać ma wspomniany wcześniej TLK “Kochanowski” z Przemyśla do Gdyni. Wracać będzie o 20:09.

8:20 to godzina odjazdu pociągu “Bolko” z Lublina do Wrocławia Głównego. Pociąg ze stolicy Dolnego Śląska wracać będzie o 19:50.

O 9:47, do Wrocławia przez Warszawę i Kalisz, odjeżdżać będzie IC “Słowacki”. Powrót zaplanowano na 18:07.

12:23 odjeżdżać ma “Sztygar” do Wrocławia. Wracać będzie o 15:34.

Półtorej godziny później, do Warszawy Wschodniej dojedziemy pociągiem IC “Rej”. Pociąg powrotny przyjeżdżać będzie o 14:05.

TLK “Godula” z Lublina do Gliwic odjeżdżać będzie o 16:25, przyjeżdżać o 11:27.

17:50 to godzina odjazdu IC “Czartoryski do Warszawy Zachodniej i w terminach do Częstochowy. Do Lublina pociąg wracać będzie o 10:15.

Godzinę po odjeździe “Czartoryskiego”, do Krakowa ruszać będzie TLK “Jagiełło”. Powrót przewidziano na 9:10.

Ostatnim pociągiem, którym będzie można dojechać do Warszawy jest opisywany w części o linii 68 TLK “Pomarańczarka”.

Planowane są także pociągi sezonowe, do Kołobrzegu i na Hel.

Rozkład obowiązujący do 11 czerwca

Linia 30

Pierwszy pociąg z Lublina w kierunku Warszawy przez Lubartów i Łuków wyjedzie o godzinie 4:44. Będzie to połączenie pociągów TLK “Zamoyski” i “Kiev Express” do Warszawy Zachodniej (Lubartów 5:30, Parczew 5:56, Łuków 6:27). TLK “Zamoyski” będzie prowadził bezpośrednie wagony rel. Kiev Pass – Warszawa Zach. Pociąg relacji przeciwnej pojawiać się będzie u nas o 18:42 (Łuków 17:12, Parczew 17:56, Lubartów 18:22).

Następnym pociągiem do Warszawy będzie odjeżdżający o 7:15 pociąg TLK “Kochanowski” z Przemyśla do Gdyni i Kołobrzegu (Lubartów 7:35, Parczew 8:01 Łuków 8:34).

O 9:08 odjeżdżać ma “Czechowicz” do Warszawy Zachodniej (Lubartów 9:27, Parczew 9:54, Łuków 10:26). Wracać będzie o 22:40 (Łuków 21:12, Parczew 21:55, Lubartów 22:20) .

Pociąg TLK “Gombrowicz” rel. Przemyśl – Poznań Główny odjedzie z Lublina o 11:13 (Lubartów 11:23, Parczew 12:00, Łuków 12:32). Powrót zaplanowano na 20:43 (Łuków 19:13, Parczew 19:56, Lubartów 20:23).

13:37 to godzina odjazdu pociągu “Kujawiak” z Lublina do Bydgoszczy Głównej (Lubartów 13:57, Parczew 14:22, Łuków 14:53). Pociąg z Bydgoszczy przyjeżdżać  będzie o 14:47 (Łuków 13:12, Parczew 13:55, Lubartów 14:27).

TLK “Staszic” pojedzie z Bydgoszczy Głównej do Rzeszowa Głównego, z grupą wagonów do Zagórza. Do Lublina przyjedzie o 12:47 (Łuków 11:12, Parczew 11:57, Lubartów 12:27) , a w dalszą drogę ruszy po 16 minutach. Pociąg relacji Rzeszów Główny – Bydgoszcz przyjedzie o 15:05, a wyjedzie o 15:11 (Lubartów 15:32, Parczew 15:58, Łuków 16:30).

O 17:10 odjeżdżać będzie TLK “Polesie” do Warszawy Zachodniej (Lubartów 17:30, Parczew 17:55, Łuków 18:29). Powrót tego pociągu zaplanowano na 11:17 (Łuków 9:44, Parczew 10:32, Lubartów 10:57) .

Tylko do ostatnich dni czerwca kursował będzie pociąg TLK “Pomarańczarka” z Rzeszowa Głównego do Warszawy Zachodniej. Pociąg ten wyjeżdżał będzie o 5:36 z Warszawy Zachodniej, do Lublina dotrze o 8:47 a jego celem będzie Rzeszów Główny, do którego dotrze o 11:43 (Łuków 7:12, Parczew 7:58, Lubartów 8:27). W relacji przeciwnej pojawi się w Lublinie o 18:55 (Lubartów 19:27, Parczew 19:53, Łuków 20:31) . Z końcem czerwca pociąg ten w tych samych godzinach kursowania zastąpi sezonowy pociąg TLK “Mierzeja” z Rzeszowa na Hel.

Od poniedziałku do soboty do Przemyśla dotrzemy pociągiem TLK “Moniuszko” ze Szczecina Głównego. Planowy przyjazd do Lublina o 16:53 i odjazd w kierunku Przemyśla o 16:58 (Łuków 15:13, Parczew 15:56, Lubartów 16:29).

Pociągi do Krakowa, Wrocławia i Gliwic czyli TLK “Długosz”, “Jagiełło”, “Sztygar”, “Bolko”, “Godula” od 11 czerwca będą swój bieg zaczynały i kończyły na stacji Dęblin.

Wpisane w Kolej na Lubelszczyźnie | Brak komentarzy »

Miliardy z UE na trasę Warszawa-Lublin

lipiec 25th, 2016 by Michał Kędziora

Przedsięwzięcie nosi nazwę Prace na linii kolejowej nr 7 Warszawa Wschodnia Osobowa – Dorohusk na odcinku Warszawa – Otwock – Dęblin – Lublin, etap I”. Modernizacja linii kolejowej nr 7 na odcinku Otwock – Lublin to kluczowa inwestycja realizowana na terenie województw mazowieckiego i lubelskiego. W ramach prac PKP PLK zmodernizuje 150 km linii kolejowej (w tym dobudują drugi tor na odcinku Otwock-Pilawa), sieć trakcyjną, urządzenia sterowania ruchem kolejowym oraz wymieni rozjazdy, dzięki czemu wzrośnie szybkość, standard i bezpieczeństwo podróży. Po modernizacji pociągi pasażerskie pojadą tą trasą z prędkością 160 km/h, a planowany czas przejazdu najszybszym pociągiem na trasie Warszawa – Lublin skróci się do 90 minut. Zwiększy się także komfort podróży pasażerów. Wszystkie przystanki i stacje na modernizowanym odcinku wyposażone będą w wiaty, ławki, nowe oświetlenie i system informacji pasażerskiej oraz zostaną dostosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych i podróżnych z ciężkim bagażem.

W Lublinie powstanie dodatkowy przystanek Lublin Zachód. Dla zapewnienia bezpieczeństwa i usprawnienia ruchu na modernizowanym odcinku powstaną 2 nowe wiadukty kolejowe oraz 12 przejść dla pieszych pod torami. Modernizacja i budowa nowych przepustów pod torami pozwoli na bezpieczną migrację dzikich zwierząt. Pozostałe istniejące obiekty inżynieryjne także zostaną wyremontowane. Nowoczesne urządzenia sterowania ruchem kolejowym i rozjazdy zapewnią płynny przejazd pociągów. Zmiany odczują także kierowcy, gdyż poprawi się stan przejazdów kolejowo-drogowych. Pracami remontowymi zostanie objęty również ponad 50-kilometrowy odcinek linii objazdowej nr 30 na trasie Łuków – Parczew. W ramach projektu zostanie także przygotowana dokumentacja projektowa dla odcinka Warszawa Wschodnia – Otwock.

Efektem projektu będzie oczekiwana szczególnie przez osoby dojeżdżające do pracy do Warszawy i Lublina krótsza i bardziej komfortowa podróż. Zmodernizowana trasa kolejowa zapewni też poprawę bezpieczeństwa dzięki zastosowaniu najnowszych urządzeń i systemów bezpieczeństwa. Szybkie i bezpośrednie połączenie Lublina z Warszawą będzie atrakcyjne komunikacyjnie dla nowych inwestorów, co wpłynie na rozwój lokalnej gospodarki na terenie województwa lubelskiego. Realizacja robót na odcinku Otwock – Lublin zaplanowana jest na lata 2017-2020. Całkowita wartość inwestycji to 4,25 mld zł, z czego dofinansowanie UE wyniesie 2,92 mld zł.

Źródło: Kurier Kolejowy

Wpisane w Kolej na Lubelszczyźnie | Brak komentarzy »

« Poprzednie wpisy