.::Kolejowy Lublin::.
Aktualności: infrastruktura, wypadki, imprezy, rozkład jazdy, tabor

Pociąg Chełm-Włodawa będzie jeździł w wakacje

marzec 27th, 2015 by Kręzel Michał

Radni podczas ostatniej sesji uchwalili udzielenie województwu lubelskiemu finansowej pomocy na organizację sezonowego kolejowego połączenia Chełma i Włodawy.

W rachubę wchodzi utrzymanie dwóch par pociągów dziennie, kursujących w soboty i niedziele w okresie od 27 czerwca do 4 października tego roku.

Ze swojej strony chełmski samorząd przekaże województwu ponad 17,2 tys. zł.

Według symulacji kosztów i przychodów przeprowadzonych przez Przewozy Regionalne Sp. z o.o. – Lubelski Zakład Przewozów Regionalnych w Lublinie dla Samorządu Województwa Lubelskiego na utrzymanie połączenia z Chełma do Włodawy potrzeba dokładnie 104 767,55 zł.

Połowę tej kwoty zobowiązał się wyłożyć Urząd Marszałkowski, a resztę, poza Chełmem zainteresowane samorządy miasta i gminy Włodawa oraz gmin Chełm, Włodawa, Wola Uhruska i Ruda Huta.

Jak wynika z uzasadnienia uchwały podjętej przez chełmskich radnych “uruchomienie połączenia kolejowego to przede wszystkim alternatywa dla transportu samochodowego. Przyczyni się do odciążenia ruchu kołowego z dróg o zasięgu regionalnym, łączących współpracujące samorządy.

Ponadto efektem dodatkowym uruchomianego przedsięwzięcia będzie wzrost bezpieczeństwa w ruchu drogowym, a także poprawienie atrakcyjności turystycznej sygnatariuszy porozumienia”.

 

Źródło: Dziennik Wschodni

Wpisane w Kolej na Lubelszczyźnie, Kolej w prasie lokalnej | Brak komentarzy »

Więcej szczęścia niż rozumu

marzec 27th, 2015 by Kręzel Michał

Wiosna (prawie) w pełni. Co prawda nad ranem zdarza się jeszcze drapać lód z szyb, ale popołudniami jest już całkiem przyjemnie. Aż chce się z plecakiem pełnym sprzętu wędrować wzdłuż szlaku… Albo tak jak My, siedzieć w samochodzie i czekać na pociąg – po co siedzieć na słońcu / moknąć / marznąć ew. być gryzionym przez owady?

Przygoda ta rozpoczęła się 13 marca smsem o treści: “Może jutro na 25?”. Odpowiedź, choć miała być inna, gdyż miałem inne plany, brzmiała “Ok”.

Po raz kolejny punktem startowym była stacja Orlenu w Dęblinie. Tym razem moje wozidło mogło odpocząć, my zaś woziliśmy się samochodem kolegi. Okazało się, że mój współfocista miał w tamtych rejonach interes. W drodze do celu, w okolicach miejscowości Siczki, dostaliśmy wiadomość “Gołe baby na 25″. Oho, czyli obraliśmy właściwy kierunek. Tymczasem w toku rozmowy kolega zarzucił mi i moim relacjom, że mijają się z prawdą. No tak, bo to ja nie pomyślałem o koledze i nie kupiłem mu hot doga albo to ja oblałem się kawą…

Poza tą drobną złośliwością reszta trasy przebiegła spokojnie, choć martwił nas ciągły opad deszczu – który według prognoz miał się nie skończyć. Miało bździć i bździć, chyba, że akurat pojawiła się jakaś dziura, to miało nie bździć. Ale ogólnie mieliśmy “przechlapane”. Do Brodów Iłżeckich (bo tam nas zaniosło) dotarliśmy w miarę wcześnie. Warunki średnie. Ciemno, zimno i do domu daleko. Do tego z nieba leci woda.

Siedzimy sobie w samochodzie, przeglądamy różne portale aż tu nagle z lewej światła! Co prawda w oddali, ale parametr w aparacie nie ustawiony, ba, aparat jeszcze w plecaku! Szybka ewakuacja z wozu, wyrwanie aparatu z plecaka – ależ podły parametr! A pociąg coraz bliżej… Co prawda to “tylko” zdawka do Bodzechowa, ale zdawki, jako element wymierający, należy archiwizować! Szybkie wycelowanie, strzał, jest. Kolega stwierdza, że aparat ustawił mu czas na 1/90, ale zdjęcie jest ostre. U mnie 1/200, AF trafił. Uff… Wracamy do samochodu.

Długo nie siedzimy, znów światła z lewej. Co tym razem?! Patrzę, przedzierając się wzrokiem przez deszcz – żółta stonka. Z pociągiem sieciowym. “Nie zna życia ten co nie sfotografował stonki Energetyki w tej części 25″ – jak mówi mało znane przysłowie. Celuję, choć woda leci wprost w obiektyw (i na mnie), wykonuję parę zdjęć – i mam. No, już jestem szczęśliwy. Zdjęcia z D29-25 bez pociągu sieciowego to jak być w Londynie i nie zobaczyć Big Bena. Albo być w Kielcach i nie dostać po mordzie. A wróć, byłem 3 razy i nie dostałem. Jeszcze.

Ale do rzeczy.

Sieciowy sobie pojechał a my znów schowaliśmy się do samochodu, gdyż czekaliśmy na te “gołe baby” – choć zacząłem się obawiać, że pod tym pseudonimem kryje się sfotografowana zdawka do Bodzechowa. Może miała jechać na Rumunie? Moje obawy rozwiewa pojawienie się po raz trzeci “świateł z lewej”. Tym razem wchodzę wyżej, by nie powtarzać kadru… i przeżywam niemały szok! ESZELON. Jedzie niespiesznie, a ja robię mu zdjęcie za zdjęciem. Wybieram najlepsze moim zdaniem zdjęcie. Czyżby to była nasza “goła baba”? Ale komunikat mówił o “gołych babach” a nie “gołej babie”… Żądni kolejnych takich “niespodzianek” przemieszczamy się w inny rejon. Nadal pada. Mamy świetny widok na szlak, dlatego też luzakująca stonka bodzechowska nie ma szans nas zaskoczyć. Co prawda miejsce okazuje się być przeciętne, ale takim “ekspertom” jak my to nie przeszkadza. W końcu zdjęcie w dobrym miejscu też można zepsuć. Tymczasem stonka w deszczu wychodzi jak… stonka w deszczu. Zdjęcie miesiąca to nie jest, ale i gniotem bym tego nie nazwał. Cieszymy się ze zdjęcia “stonki” i dzięki temu ucieka nam “elektrobus” do Ostrowca. Wracając ma mniej szczęścia, jesteśmy gotowi.

Kolega stwierdza, że musi załatwić swój interes, ja zaś proszę go o podrzucenie w inne miejsce. Z dala od cywilizacji, ale poprzednio wykonane tam zdjęcie wyszło fajnie. Zostaję sam. Idę w miejsce, z którego wykonałem podlinkowane zdjęcie. Zmieniło się tu przez ten czas… Torów nie widać, rosną za to dorodne lipy. Czyli “lipę” a nie zdjęcie stąd zrobię. Ruszam więc w poszukiwaniu jakiegokolwiek kadru. Nagle z oddali dochodzi mnie dźwięk Rp1. Patrzę w rozkład – osobowy. Powtarzam więc motyw z domkiem. Dobry na EN81, ale nie na “gołą babę”. O ile zechce pojechać… Na razie nie chce jechać, wraca za to “elektrobus”. Robię mu więc od niechcenia zdjęcie, zgodnie z teorią “jechało, pstrykłem”. Wraca także kolega – szczęśliwy, że nie uciekł mu żaden “bonus”.

Pojazd znika na horyzoncie ale w jego miejsce pojawia się poruszający się wolno jasny kształt… Oho, coś leci w drugą stronę. Ale jasny wagon jest jeden, a za nim… Czyżby druga goła baba? TAK! Skład zbliża się do nas, ale nie mam na niego dobrego miejsca. Kadruję więc tak, by było “dobrze”. Ciach! Kolega pyta mnie, czy gonimy ten skład?

No jasne! Wyjeżdżamy na drogę wojewódzką i po chwili zjeżdżamy się z torami. Na nich cisza. “Pewnie został z tyłu”. Ale jedziemy. Zauważamy go w okolicach Bodzechowa. A jednak nam ucieka! Po stacji manewrują dwie Skody CTL, ale odpuszczamy je sobie. Trzeba szukać miejsca na eszelona! Jedziemy i jedziemy, ale miejsce się nie znajduje. W międzyczasie zjeżdżamy z drogi do najbliższego przejazdu – ale tu nie ma nic ciekawego. No nic, jedziemy dalej! Przed Ożarowem zjeżdżamy po raz kolejny – i pyk, kolejne zdjęcie. W kabinie maszyny rozbawiona załoga – nie co dzień widzą dwóch wariatów goniących z aparatami za pociągiem.

Jako, że droga odchodzi od torów, nie ma już szans na udany pościg. Wracając zajeżdżamy na jeden z przejazdów. I nagle rośnie poziom zdenerwowania. Miejsce na eszelona wręcz wymarzone – a my nie mamy tu zdjęcia. W dużo gorszych humorach wracamy do Ćmielowa. A nuż spod kościoła da się coś zrobić? Kolega idzie na zwiad – i zaraz wraca z krzykiem “gruchy jadą z bykiem”. Jest szansa wykorzystać miejscówkę! Gnamy co sił w silniku kontrolując prędkość składu – a tu niespodzianka, to nie byk prowadzi, a Skoda. Docieramy na miejscówkę, skład jest tuż, tuż. Nie patrząc nawet na ustawienia aparatu kadruję i naciskam spust. Lustro kłapie kilka razy a lampka miga. Znaczy się trafiony, zafocony! Wybieram szerszy kadr, jakoś bardziej mi pasuje. Można powiedzieć, że plan wykonany. Jedziemy “sprawdzić” stację w Ożarowie. Na stacji stoi sieciowy i coś dłubie. Ale ale, widać, że coś jedzie z drugiej strony. Wracamy w trybie ekspresowym w miejsce z poprzedniego zdjęcia, ale kadr od strony Ożarowa prezentuje się przeciętnie. Nie ma jednak już czasu na poprawki, widać ruch na horyzoncie. W naszą stronę zmierza “byk” ze “stonką”. Staram się zrobić jak najlepsze zdjęcie, ale jak zwykle, na staraniach się kończy. Niemniej zdjęcie nadaje się nie tylko do szuflady. “Gońmy dziada, i tak musimy wracać w stronę Brodów”. Pierwszy (a w zasadzie drugi) raz dopadamy go w Bodzechowie, z wiaduktu. Kolega kadruje szerzej, ja zaś decyduję się na bardzo ciasny kadr. To co, że drut na lokomotywie. To co, że druty w powietrzu. To co, że ciasno. Tak jest dobrze.

Wracamy w miejsce łapania drugiego eszelona gdyż kolega uznał, że zdjęcie tam wyjdzie fajnie. Niestety, pociąg który gonimy zatrzymuje się w Kunowie, gdyż musi czekać na osobowy. A parametr leci… Osobowy nadciąga “w planie”, pozostaje nam więc czekać na ostatniego bohatera tego dnia. Parametr jest naprawdę kiepski i prawdę mówiąc co 30 sekund mogę kręcić pokrętłem a to przesłony – a to czasu. Nawet ISO podnoszę do abstrakcyjnej dla mnie wartości 1000 – wszystko, byle tylko zrobić zdjęcie. W końcu – jedzie! Kadruję zgodnie ze sztuką, naciskam spust – i mam. Drżącymi rękami patrzę na wyświetlacz – parametr taki, że pewnie poruszone. Albo nieostre. Albo do szuflady. Ale nie. Co prawda kadr marny, ale zdjęcie “udaje się”.

Parametr tymczasem idzie w krzaki, my zaś ruszamy do domu – to był bardzo udany wypad.

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

“Ostatnie tchnienie” – opowiadanie

marzec 25th, 2015 by Kręzel Michał

Przedstawiamy opowiadanie nadesłane przez jednego z naszych czytelników. Osoba ta nie chce się ujawnić ale uznała, że poniższe opowiadanie mogło by znaleźć się na łamach naszego portalu. Miłej lektury!

 

Nazywam się… To już nieistotne. Tak samo nieistotne, jak to, gdzie pracuję czy ile mam lat. Istotne jest to, że umieram. Mój koniec zbliża się powoli, lecz nieubłaganie, tak jak powoli zbliżają się ku mnie niebieskie światła pojazdów służb ratowniczych. Leżę w trawie, wokoło słychać jęki rannych i wołania o pomoc tych, którzy mają jeszcze siłę krzyczeć. Ja nie mam zamiaru krzyczeć ani jęczeć. Wydaje mi się, że zasłużyłem sobie na ten los.
Skąd wiem, że umieram? Być może sugeruję się metalowym prętem wystającym z prawej strony klatki piersiowej? A może to niemożność ruchu jakąkolwiek kończyną sprawia, że czuję już koniec? Nie, to chyba to uczucie błogości, spokoju i ulgi. Czyżbym cieszył się z własnej śmierci?! Przecież jeszcze tyle przede mną rzeczy do zrobienia… Pierwsze i jedyne drzewo zasadziłem w podstawówce w czasie akcji “Alert Ekologiczny”. To chyba był jesion. Albo sosna. Na dom (ani nawet na podrzędną kawalerkę) mnie nie stać, gdyż jak to powiedziała uzbrojona w fałszywy uśmiech pani w banku: “Nie ma pan zdolności kredytowej”. Ze spłodzeniem syna też jestem jeszcze “w lesie”, gdyż “Do tanga trzeba dwojga”.
No właśnie, to chyba dlatego tu jestem. Może gdybym posłuchał dobrych rad przyjaciół i zamiast godzinami uganiać się z aparatem za pociągami, studiować rozkłady jazdy (by móc potem szpanować w towarzystwie mi podobnych znajomością całego rozkładu linii numer 68) czy też śledzić na “Fejsie” grupę “Gdzie dziś jedzie Budyń?” zadbał o znajomość z Nią, nie było by tego wszystkiego. Może byłbym teraz gdzie indziej, na przykład w kinie na jakiejś nudnej komedii romantycznej albo filmie rodem z Bollywood… Albo jadł pizzę we włoskiej restauracji. Bądź też wersja oszczędnościowa, kebaba u “Mustafy”. Byłbym z Nią i wszędzie, tylko nie tutaj.
Zaczyna przypominać mi się dzieciństwo, wspaniałe i beztroskie czasy! Mówią, że przed śmiercią całe życie przelatuje przed oczami, trzeba więc chyba powoli szykować obola dla Charona. Mam nadzieję, że zadowoli się “dychą”, bo w portfelu mam tylko papierowe pieniądze. Chyba, że będzie można zapłacić kartą. Kto wie, może nowoczesność dotarła też w zaświaty?
Urodziłem się w normalnej i spokojnej rodzinie. Ojciec był urzędnikiem państwowym, matka zaś lekarzem w szpitalu kolejowym. Jako mały chłopiec myślałem, że leczy pociągi, np. gdy coś je boli i tak wyją (potem wytłumaczono mi, że po prostu trąbią przed przejazdem, by kierowcy zatrzymali się a nie próbowali w ostatniej chwili “przeskoczyć” na drugą stronę), albo gdy tak stukają – może bolały je nogi? Moim najlepszym nauczycielem i mentorem w sprawach kolejowych był dziadek, emerytowany maszynista. Cierpliwie tłumaczył mi wszystkie zawiłości kolei (np. to, że koła stukają, bo przejeżdżają przez łączenia szyn albo nie są idealnie okrągłe i stąd ten hałas), opowiadał też o swojej pracy i przygodach. A tych miał sporo! Opowiadał o wspaniałych czasach, gdy na torach spotkać można było wyłącznie parowozy. Piękne “Oelki” z “bipami”, ciężkie “Stokery” z długimi składami węglarek czy też “Tekatki” z pociągami osobowymi. Bardzo lubiłem historię, w której dziadek, jeszcze jako pomocnik, prowadząc w zimie wraz z maszynistą, panem Andrzejem (który był najlepszym przyjacielem Dziadka) parowóz który zwał “Teigrekiem” (dopiero w wieku nastu lat dowiedziałem się, że chodziło o Ty42) zatrzymał się na nieplanowym postoju, by zabrać kobietę, która jak się okazało, lada chwila miała rodzić! Dzięki wspaniałej postawie mojego dziadka (a także pana Andrzeja), kobietę tą udało się szybko dowieźć do najbliższej stacji, skąd po telefonie dyżurnego ruchu (którego dziadek nazywał Skibickim) na stację przybyła karetka i w porę zabrała kobietę do szpitala. Byłem z mojego dziadka bardzo dumny i uważałem go za bohatera! On zaś zawsze mówił, że zrobił to, co każdy człowiek powinien był zrobić na jego miejscu. I nie czuł się bohaterem. Często opowiadał też o człowieku, który pewnego razu podszedł do kabiny po zakończonej jeździe i podziękował za bezpieczne dowiezienie do celu. Było to już za czasów trakcji spalinowej, gdy mój dziadek jako maszynista prowadził lokomotywy serii SP45. Choć do jego obowiązków należało bezpieczne prowadzenie pociągów, to samo wspomnienie gestu tego człowieka powodowało, że dziadek się uśmiechał.
Były też jednak historie straszne. Na przykład ta, w której prowadząc “Petuchą” nocny pociąg pospieszny, dziadek nieomal zderzył się ze składem wagonów “lodówek”, oderwanych od jadącego przed nim pociągu towarowego. Wyhamował dosłownie w ostatniej chwili, zderzaki jego parowozu dotknęły wręcz zderzaków wagonu! Klął wtedy strasznie na jeden z posterunków SKP, którego zadaniem miało być zapobieganie takim zdarzeniom poprzez obserwację przejeżdżających składów. Najwyraźniej jednak osoba, która miała tego dnia służbę, zlekceważyła swoje obowiązki. Dziadek zaś, jako przedwojenny jeszcze pracownik PKP uważał, że obowiązek rzecz święta.
Będąc małym chłopcem spacerowałem z nim często po stacji. Wtedy już “rządziły” siódemki i byki z żółtym czołem (dziadek opowiadał mi, że przepis nakazujący malowanie czół lokomotyw na żółto wprowadzono po jakimś wypadku na przejeździe). Przy peronie stały także “żółtki” – śmieszne pojazdy w kolorach żółto-niebieskich, miały bardzo fajnie brzmiący brzęczyk, po którym zawsze zamykały się drzwi. No i pojazdy te wydawały też jeszcze jeden fajny dźwięk, takie “tyku-tyku”. Dowiedziałem się, że dźwięk ten wydaje sprężarka tego pojazdu. Starałem się zapamiętać jak najwięcej szczegółów, gdyż odkąd pamiętam zawsze chciałem być kolejarzem. Od czasu do czasu szliśmy także do lokomotywowni, bądź też slangowo “na szopę”. Tam zobaczyć mogłem uśpione lokomotywy z długimi nosami (czyli SM42) a także zabawną małą lokomotywkę, która jakby na siłę starała się pokazać swoim większym braciom, że ona “też może”. Na burcie miała oznaczenie SM03 i dzięki znajomościom mojego dziadka, udało mi się parę razy przejechać w kabinie tego pojazdu. Uwielbiałem też wyprawy do domku nad jeziorem – obok rzeczonego akwenu znajdował się przystanek o nazwie “Polny”, co ciekawe, umiejscowiony w środku lasu. W ciepłe sobotnie poranki wyruszałem z dziadkiem na stację, wsiadałem do “tyku-tyku” i byłem w swoim świecie. Co prawda plastikowe siedzenia nie były wygodne, ale to śmieszne “bzzz” przy zamykaniu drzwi rekompensowało wszystkie trudy podróży. Nie skłamię jeśli powiem, że na wyprawę nie czekałem po to, by wykąpać się w jeziorze lecz po to, by przejechać się pociągiem.
Z roku na rok stan zdrowia dziadka zaczął się pogarszać. Na początku spacery były krótsze, potem już cały czas siedział w domu, nadal jednak chętnie opowiadał mi o starych czasach. Chodziłem na stację sam, by popatrzeć na wspaniałe pojazdy. Zawsze uważałem, że każdy z nich na mnie patrzy. Że każdy ma duszę. I mówią mi – jesteśmy twoją przyszłością. Oj tak, bardzo chciałem zostać maszynistą. Dosłownie pochłaniałem każdy nowy rozkład jazdy pociągów, które ojciec kupował dla mnie w kasie dworcowej. Dzięki temu wiedziałem, o której i z jakiego kierunku na naszą stację przyjedzie pociąg. Koledzy w szkole śmiali się ze mnie, ale nie przejmowałem się tym. Prawdziwy kolejarz powinien znać rozkład jazdy, by pociągi nie spóźniały się. Interesowałem się także budową tych wspaniałych pojazdów. Za pieniądze zaoszczędzone z kieszonkowego kupowałem w antykwariatach czy też portalach aukcyjnych książki dotyczące taboru kolejowego, a także prowadzenia ruchu, sygnalizacji czy też albumy zdjęciowe. Czasami pokazywałem je dziadkowi. Cieszył się wtedy, choć gdy oglądał stare zdjęcia, płakał. Może z tęsknoty za starymi czasami? A może dlatego, że już nigdy nie mógł zasiąść “za sterami”?
Na czternaste urodziny dostałem od rodziców aparat cyfrowy marki Canon. Wraz z kartą pamięci 512 MB, co dawało jakieś 240 zdjęć. Od tego momentu nie było dnia, w którym po odrobieniu lekcji nie przebywałbym “na szlaku”. Karta pamięci zapisywała wtedy wszystkie pojazdy odjeżdżające z naszej stacji. “Żółtki”, już teraz w innym malowaniu, siódemki, “byki” i “jamniki”, jak nazywano lokomotywy serii ET41. Dzięki dostępowi do internetu mogłem dzielić się moimi zdjęciami z innymi użytkownikami galerii zdjęciowych. Dzięki tym ludziom nauczyłem się poprawnie kadrować, szukać motywu zdjęcia oraz przyswoiłem kilka ważnych zasad fotografowania. Udało mi się nawet zdobyć nagrodę “fotografii roku”. Byłem z siebie bardzo dumny. Oczywiście nowinę tę od razu przekazałem dziadkowi. Leżał wtedy w szpitalu, miał problemy z sercem. Ucieszył się, gdy dowiedział się o moim wyróżnieniu.
Zacząłem także brać udział w imprezach kolejowych. “Łajką z półbipiem”, “Gagarem z bipą” czy też “Ostatni pociąg do Boniewa” to terminy, które laikowi mogą kojarzyć się bardziej z kuchnią francuską niż z koleją, ja zaś dokładnie wiedziałem, co oznaczały. SP42-007, ST44-949 czy też Px48 na stałe wpisały się do mojego słownika. Najbardziej cieszyłem się z możliwości dokumentowania “na kliszy” tego, co przemija. Moim konikiem stały się zwłaszcza wąskotorówki. Postawiłem sobie za cel odwiedzić każdą działającą jeszcze “kolejkę”. Dzięki temu mój album ze zdjęciami szybko zapełnił się fotografiami Mbxd2, Px48, Lxd2 oraz budynków stacyjnych czy też wiat przystankowych, nierzadko będących po prostu wagonami towarowymi. Dzięki tym wyjazdom poznałem szerokie grono miłośników kolei, ludzi takich jak ja. Godzinami mogłem z nimi rozmawiać o zmianach taborowych w Szczecinie, złym rozkładzie jazdy w województwie lubelskim czy też o nowym malowaniu ST44 wykonanym przez lokomotywownię w Zamościu. Albo cieszyć się z jazdy. Cieszyć się dźwiękami, zapachem spalin i podkładów nasączonych smarem, móc przeżywać euforię z tak prozaicznej dla niektórych czynności, jaką była podróż pociągiem.
Wraz z odejściem Dziadka zrewidowałem swój pogląd na pracę na kolei. Naocznie widziałem, że dzieje się coraz gorzej. Coraz mniej pociągów pasażerskich odjeżdżało z naszej stacji – za to coraz więcej z nich w godzinach, w których normalny człowiek jest w pracy albo w szkole. Uznałem, że to “może jednak nie to”. Dalej robiłem zdjęcia, ale już bez jakiegoś wewnętrznego przekonania, bez chęci.
Zacząłem studiować. Administację, tak jak doradził mi ojciec. “Synu, kolej upada a w administacji państwowej praca zawsze będzie!”. Na uczelni poznałem Ją. Była w moim wieku. Nie będę owijał w bawełnę – zakochałem się. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu, odwiesiłem aparat na kołek. Przez 3 lata nawet przez myśl mi nie przeszło, by pojechać na foty. Sprawdzić rozkład. Wybrać się na imprezę kolejową. Nie liczyły się parowozy w Bieszczadach, ostatnie pożegnanie SP32 czy też jazda do Buska Zdroju. Liczyła się tylko Ona. Nie, nie zabraniała mi fotografować, ganiać pociągów, jeździć na imprezy. Po prostu każdą wolną chwilę starałem się spędzać z Nią. Zatraciłem się dla niej… Zaczęliśmy planować wspólną przyszłość. Skończyłem studia, znalazłem nieźle płatną pracę (nieźle w sensie że mogłem przeżyć od 1-go do 1-go nie jedząc tynku ze ścian. Tzn. jadłem ten tynk ale z chlebem!).
I wtedy coś między nami zaczęło się psuć. Nie rozmawialiśmy już tyle co kiedyś, nagle przypomniała sobie o koleżankach, o których jeszcze parę lat wcześniej wypowiadała się w niewybrednych słowach. Zacząłem mieć więcej czasu. I tak oto znów zacząłem robić zdjęcia. Jeździć na imprezy. Zauważyła to i starała się zmienić. Na początku słyszałem tylko “Zamiast ciągle fotografować lepiej byś się mną zajął”. A ja nie miałem ochoty. Wolałem znikać w moim magicznym świecie “byków”, “siódemek” oraz innych, nowych pojazdów. Może gdybym wtedy się opamiętał? Starała się odciągnąć mnie od kolei. A to nowa seksowna bielizna, a to sobotnie wyjście do kina. A ja… zamiast starać się o Nią, wolałem ganiać za “Gagarami, Tamarami i innym szerokotorowym ustrojstwem” na pewnej znanej i lubianej linii kolejowej w Polsce. Naprawdę się starała. Pyszne obiady, drobne prezenty, nieustanne mówienie do mnie “Kocham Cię”. Ja jednak nie widziałem w Niej już nic interesującego. Kolej dawała mi spokój, mogłem godzinami siedzieć na “fotach”. To nic, że nie było ruchu. To nic, że parametr nie rozpieszczał. Ta cisza mi odpowiadała.
Potem zaczęły się groźby. “Jeśli nie zaczniesz spędzać ze mną więcej czasu, to znajdę sobie kogoś, kto będzie mi ten czas poświęcał!”. Nie bałem się tej groźby. Cholera, nawet mi to odpowiadało! Dlatego też gdy pewnego dnia wszedłem do domu i zauważyłem brak jej rzeczy – poczułem ulgę. Wreszcie mogłem jeździć gdzie chciałem, robić co chciałem. Mogłem być sam na sam z koleją. I nikt mi w tym nie przeszkadzał.
Czy Ją skrzywdziłem? Chyba tak. Co prawda oboje popełniliśmy błędy, ale tylko ja nie starałem się ich naprawić. Co więcej, uparcie twierdziłem, że tak jest lepiej. Ona znajdzie sobie kogoś, kto o Nią zadba, ja zaś będę mógł w spokoju dalej zajmować się swoim hobby.
Skąd pomysł na wycieczkę pociągiem? Nie wiem. Po prostu wsiadłem po pracy w autobus, podjechałem na dworzec, kupiłem bilet na pociąg osobowy i ruszyłem w podróż. Jechałem takim samym “tyku-tyku” jak przed laty. No, teraz odgłos był inny, taki nieprzyjemny, warczący. Jakby ostrzeżenie. Może trzeba było wtedy wysiąść? Ruszyliśmy. Krajobraz za oknem przemieszczał się powoli, monotonnie, sennie. Kolejne przystanki, senne stacyjki. Za oknem pomału zaczęło się robić szaro. Nie wiem kiedy zasnąłem. To na pewno nie z powodu plastikowych siedzeń, pamiętających jeszcze moje wyprawy z Dziadkiem. Może to te dźwięki, tak kojące dla mojej duszy?
Obudził mnie hałas. Huk. Uderzenie. Krzyki ludzi. Otworzyłem oczy. Wokół panowały ciemności, ale coś było nie tak. Pociąg nie jechał, ale nie był to zwykły postój. Z niemałym trudem (ból w ręce!) wyciągnąłem telefon i włączyłem wbudowaną latarkę. Przedział zmienił wystrój. O ile gdy ruszaliśmy siedzenia ustawione były w rzędzie, tak teraz leżały bez ładu i składu przede mną. Albo pode mną. Nie byłem w stanie tego określić. Usłyszałem coś, co na początku zdawało mi się płaczem, ale po chwili stwierdziłem, że ktoś krzyczy. Prosi o pomoc. Spróbowałem wstać. O dziwo, udało mi się. Natychmiast pożałowałem tej decyzji, gdyż poczułem olbrzymi ból. Co gorsza, bolało mnie całe ciało. Powoli zaczęło do mnie docierać, że jestem świadkiem i ofiarą jeśli nie katastrofy, to przynajmniej poważnego wypadku. Rozejrzałem się po przedziale. A raczej po tym, co z niego zostało. Na jednym z siedzeń siedziała dziewczyna. Spojrzała na mnie i zapytała, czy mógłbym jej pomóc, bo chce wstać, ale nie bardzo może. Natychmiast ruszyłem by jej pomóc, ale światło latarki od razu pokazało powód tej niemocy. Metalowy element amputował jej nogi poniżej kolan… Przeraziłem się. Jak ja się przeraziłem! O ile wcześniej myślałem, że to jakiś marny koszmar i że zaraz ostrym szarpnięciem za ramię obudzi mnie kierownik pociągu, czułem już, że to nie sen. Że to się dzieje naprawdę. Ale jak? Co? Co się stało? Myśli biegły mi przez głowę. Nie zastanawiając się, rozerwałem swoją koszulkę i zrobiłem dwie opaski uciskowe. Jak najdelikatniej wziąłem nieprzytomną już dziewczynę na ręce i zacząłem iść w stronę tego, co kiedyś było wyjściem z przedziału. Cały czas prosiłem ją, by nie zasypiała i pocieszałem, że wszystko będzie dobrze. Czy mnie słyszała? Mam nadzieję, że tak. Ale wiem, że nie wierzyła w te moje zapewnienia. Spojrzałem w stronę czoła pociągu, ale skręcona masa żelastwa jakby mówiła, że tam już nie mam czego szukać.
Na szczęście na mojej drodze nie stały już żadne drzwi. Te od przedziału po prostu zniknęły, a drzwi wejściowe były otwarte. Czy ktoś je otworzył? A może otworzyły się same? Nie miało to znaczenia, chciałem jak najszybciej opuścić pojazd. Zeskoczyłem na ziemię (i całą delikatność licho wzięło), poczułem straszliwy ból w nogach, ale wiedziałem, że muszę iść. Dziewczyna jęknęła, co uznałem za dobry objaw, żyła. Przeszedłem jeszcze kawałek po czym ułożyłem ją na trawie. Nic więcej nie mogłem dla niej zrobić. W oddali widziałem świata drogi, ruszyłem więc licząc, że uda mi się sprowadzić pomoc. Odwróciłem się jeszcze i zobaczyłem, że w czoło pociągu wbity jest… wagon. Węglarka. Jedna z kilku. Wtedy też znów usłyszałem krzyki. Jęki. Błagania o pomoc. Ludzie! Idę szukać pomocy! Będzie dobrze.
Nie wiem, ile kroków zrobiłem nim poczułem, a w zasadzie przestałem czuć nogi. Po prostu nagle upadłem na ziemię. Wtedy też zorientowałem się, że w moje ciało coś jest wbite. Znów też poczułem ból.
Czy ją kochałem? Cholera, tak! Jak mogłem być tak głupi. Jak mogłem wybrać własną przyjemność nad potrzebę innej osoby. Osoby, która mnie kochała! Och, jak bardzo chciałbym, by teraz była przy mnie, by potrzymała mnie za rękę i powiedziała, że wszystko będzie dobrze. Ale za błędy się płaci. Czasami najwyższą cenę.
Więc leżę tak i czekam na koniec. W oddali migają światła pojazdów służb ratowniczych. Ktoś podbiega do mnie i pyta: “Czy jest pan ranny?”, “Jak się pan nazywa?”. To ratownik. Nazywam się… To już nieistotne. Za ratownikiem stoi dziadek. Uśmiecha się. I mówi. “Chodź ze mną, idziemy na stację”. Nie słyszę już słów ratownika, ogarnia mnie ciemność… Ale wstaję i idę z dziadkiem. Na stację. Tam, gdzie wszystko się zaczęło.

KONIEC

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Zmiany na zamojskiej kolei

marzec 21st, 2015 by Kręzel Michał

W ciągu kilku minionych lat na terenie kolejowym oraz w jego otoczeniu zaszły pewne zmiany. Do połowy bieżącego roku mają zostać udostępnione przewoźnikom i podróżnym nowe przystanki osobowe. Jeszcze trwają niezbędne prace.

Wkrótce zakończone zostaną prace przy dwóch nowych przystankach osobowych: Zamość Starówka oraz Zamość Wschód. Są to obiekty o długości 100 m, wyposażone w oświetlenie, wiaty (po jednej na przystanek), są także przystosowane dla osób niepełnosprawnych. Dodatkowo w ramach zadania, na które PKP PLK zarezerwowało ok. 2 mln zł, wykonane zostaną niezbędne roboty torowe oraz przebudowa urządzeń sterowania ruchem kolejowym. Jak informuje Rynek Kolejowy rzecznik PKP PLK Maciej Dutkiewicz, obiekty mają zostać oddane do użytku jeszcze w pierwszej połowie tego roku.

W inwestycję zaangażował się również samorząd Zamościa. Na zlecenie władz miasta wykonane zostaną dojścia do peronów oraz zagospodarowanie terenów położonych przy nowych obiektach kolejowych.

– Do końca miesiąca planujemy, o ile pozwoli na to pogoda, zakończenie robót związanych z dojściem do peronów – podaje „Rynkowi Kolejowemu” Marek Gajewski, Rzecznik Prasowy Prezydenta Zamościa.

Wcześniej, bo w 2012 r., oddano do użytku dwie kładki widokowe nad torem linii nr 72. Wysokie na 7,5 m budowle, wykonano w ramach wspólnego projektu samorządu Zamościa, Lokalnej Organizacji Turystycznej ”Zamość i Roztocze” oraz Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego Oddział w Zamościu. Kładki zostały nazwane „mostami miłości” i doczekały się nawet poematu (jego fragment można znaleźć tutaj).

Jeszcze wcześniej przywrócono pociągi pasażerskie. Obecnie do Zamościa dociera jeden pociąg TLK oraz 10 pociągów regionalnych. Pociąg dalekobieżny łączy „Padwę Północy” ze Szczecinem. Pociągi regionalne kursują w relacjach Zamość – Lublin (5 pociągów) Lublin – Zamość (4) i Chełm – Zamość (1). Do ich obsługi kierowane są głównie najnowsze i najpojemniejsze spalinowe zespoły trakcyjne serii SA134 i SA137, jakimi dysponują Przewozy Regionalne. Dla podróżnych dojeżdżających jednośladami zamontowano stojaki dla rowerów.

Mimo wielu zmian na stacji Zamość nadal uwagę przykuwają semafory kształtowe.

Źródło: Rynek Kolejowy

Wpisane w Kolej na Lubelszczyźnie | Brak komentarzy »

Wróci ruch pociągów między Parczewem a Łukowem

marzec 21st, 2015 by Kręzel Michał

Jeszcze w tym roku mają się zakończyć prace, które pozwolą przywrócić ruch pociągów między Parczewem a Łukowem. To właśnie tędy biec ma kolejowy objazd, gdy zacznie się remont linii z Lublina do Warszawy.

Prace już trwają, a część z nich dobiega końca. Wyremontowane zostały już dwa mosty: jeden w Parczewie nad Piwonią, a drugi w okolicach Zieleńca.

– Kończy się modernizacja trzech kolejnych mostów na trasie między Bezwolą a Łukowem – informuje Maciej Dutkiewicz, rzecznik spółki PKP Polskie Linie Kolejowe. Gdy gotowe będą mosty, kolejarze zabiorą się za tory. – Po zakończeniu prac pociągi pojadą tędy z prędkością do 120 km/h – zapowiada rzecznik.

Jako pierwsze na odcinek między Parczewem a Łukowem wjadą pociągi towarowe, dla których linia nr 30 ma dość duże znaczenie. Potem mają dołączyć do nich składy pasażerskie.

Obecnie pociągi z Lublina do Łukowa jadą okrężną drogą przez Dęblin. Dystans wynosi 133 km, podróż trwa mniej więcej dwie godziny i kwadrans. Znacznie szybciej będzie można dojechać z Łukowa do Lublina przez Parczew, a sama trasa jest krótsza o 30 kilometrów.

Linia jest sukcesywnie odnawiana już od dłuższego czasu. Na początku zmodernizowano ją tak, by przywrócić ruch pociągów pasażerskich między Lublinem a Lubartowem. Potem szynobusy zaczęły docierać do Parczewa. Dobudowane zostały też nowe perony, dzięki którym pociągi stają bliżej skupisk mieszkalnych.

Na tym nie koniec, bo na linii z Lublina do Lubartowa planowana jest elektryfikacja oraz dobudowa drugiego toru. Wartość tej inwestycji została określona wstępnie na 408 mln zł. Taki projekt został wpisany przez samorząd na listę przedsięwzięć strategicznych dla rozwoju województwa.

Kolejarze przyznają też, że linia numer 30 jest dla nich ważna również z innego powodu. W przyszłości, gdy rozpocznie się remont linii między Lublinem a Otwockiem, ma ona przejąć część ruchu. Taka modernizacja ma się rozpocząć w roku 2017.

– Wyremontowane połączenie Łuków-Lublin będzie trasą objazdową, w szczególności dla ruchu towarowego – potwierdza Dutkiewicz.

Źródło: Dziennik Wschodni

Wpisane w Kolej na Lubelszczyźnie, Kolej w prasie lokalnej | Brak komentarzy »

« Poprzednie wpisy