.::Kolejowy Lublin::.
Aktualności: infrastruktura, wypadki, imprezy, rozkład jazdy, tabor

Średnie ilości naraz byków

listopad 8th, 2016 by Kręzel Michał

Jesień jest fajna. Pod warunkiem, że słońce oświetla piękne żółte liście znajdujące się na drzewach. W innym przypadku nie jest. Zawsze trafia nam się ten drugi przypadek. Zawsze.

Co można robić w smutny, jesienny dzień, gdy prognoza pogody wskazuje, że będzie padać i padać; liści na drzewach już nie ma i w dodatku jest zimno? Siedzieć w domu i pić piwo. Albo whisky jak ktoś ma kominek. Jak nie ma to też, a zresztą, to nie o alkoholu będzie ta historia. Można też czytać książkę. Oglądać telewizję. Oglądać żonę. Może być czyjaś. Mnóstwo rzeczy można robić…
Można też, tak jak nasi dwaj dzielni bohaterowie, tj. ja i caroos, pojechać na “foty” i liczyć na to, że choć nie ma
pogody to będzie ruch – lub przy jego braku trafić choć jakiegoś “bonusa” (i nie chodzi mi tu o chorobę weneryczną).

Do wypadu, pomimo mnóstwa niesprzyjających czynników, nakłonił nas kolega Ricardo* (to nie jest jego prawdziwe imię, ale zrobił nas w balona, więc nie zasługuje na to by występowały tu jego dane). Kolega ów dał znać caroosowi, iż z chęcią wybrał by się z nami na S-Łkę, gdyż codziennie kursuje po niej Vectron PKP Cargo. Faktycznie, coś mi się o oczy obiło na pewnym znanym portalu randko, tfu, społecznościowym. Postanowiliśmy zaryzykować, mimo, że kolega w ostatniej chwili stwierdził, że jednak nie jedzie.

Na parkingu u caroosa w Riczmont pojawiłem się w niedzielę około godziny 8, co dla mnie jest świętokradztwem, bo o tej porze już coś może w obiektyw wpaść, ale to nie ja byłem kierownikiem tej wycieczki. Pierwszy postój – stacja, gdzie jakości strzeże orzeł – uzupełniałem paliwo płynne w samochodzie, kolega zaś odpowiadał za przekąski. Liczyłem, że i kawę dostanę, no ale dobra, hot dog też może być. Deszcz padał. Po dłuższej chwili (w czasie której nie zdarzyło się nic ciekawego) dotarliśmy do znanego i lubianego wiaduktu w Jaźwinach. Po drodze przejechaliśmy przez stację w Pilawie, ale oprócz dwóch zmodernizowanych jednostek KM przy peronie, jeszcze jednej obok peronu i podejrzanego składu nie było nic ciekawego. Z zamyślenia wyrwały mnie słowa kolegi “A PŁUG DZIE ZABRALI?!”. Faktycznie, mocnego punktu każdej wycieczki do tego węzła nie było nigdzie w zasięgu wzroku. Pomyślałem sobie – “Może kolejarze rozpoczęli już akcję ‘ZIMA'”? I odśnieżają już na zapas?

Wiadukt w Jaźwinach ma tą zaletę, że prowadzi donikąd oraz że można siedzieć i obserwować z samochodu tarczę wjazdową posterunku odgałęźnego o nazwie, niespodzianka!, Jaźwiny. Jeśli coś wyjeżdża z Pilawy (albo nadjeżdża od Sufczyna) w stronę Skierniewic, to długa prosta uniemożliwia wręcz przegapienie nadjeżdżającego pociągu. NaSzlakuFM nadawało cały czas, ale raczej stare kawałki, nic w naszych klimatach. Deszcz nie przestawał padać. Będąc przewidującym człowiekiem (ale bez przesady, nie jestem wróż Janusz czy jak mu tam), zabrałem ze sobą książkę, którą zacząłem czytać. Jednak nie robiłem tego bez opamiętania. Co kilka akapitów odrywałem się i patrzyłem w stronę tarcz, gdyż załatwiało to obserwację ruchu z obu kierunków. No, przynajmniej teoretycznie – wiadomo, tarcza to nie semafor a więc nawet mimo pociągu “na podejściu” może wyświetlać “pomarańczowe”. Ale przenosząc wzrok w głąb szlaku mogłem też stwierdzić, czy coś od Pilawy/Sufczyna nie ma zamiaru wjechać “w kadr”. W końcu w oddali pojawiły się światła. Rozpoczęliśmy niespieszne opuszczanie caroosowego pojazdu, gdyż pociąg jechał wolno a z nieba nadal ostro kapało. Naszym pierwszym bohaterem okazał się byk ze składem drewna. Niebieski byk, niebieskie węglarki, ciemno, zimno i do domu daleko – czyli wszystko idzie po naszej myśli. Zdjęcie zrobiłem, zgodnie z zasadą że w takie dni może to być jedyny sfotografowany pociąg. Ach, ten zapach drewna…

imgp4790

Wróciliśmy do pojazdu, deszcz jak gdyby osłabł. Do caroosa zadzwonił Ricardo, który stwierdził, iż w Pilawie widziano czerwonego sputnika z kontenerami, zapewne jadącego w naszą stronę. A poza tym to on może jednak przyjedzie, albo nie, bo i tak będzie już późno. No i jesteśmy wafle, bo linią nr 13 w stronę Mińska Mazowieckiego uciekł nam zielony jamnik ze składem. Faktycznie, coś tam grało, ale nie podali koloru. Poza tym takie ryzyko zawodowe – stoisz blisko węzła to nie dziw się, że innymi liniami coś jeździ a u Ciebie cisza. “Miłośniki na szlaku, maszyny STOP!”.

Sputnik nie kazał na siebie długo czekać. Tak jak w komunikacie – był czerwony, z kolorowym sznurem kontenerów i na upartego można go było uznać za bonus. Nie to, żebym nie miał w tej okolicy zdjęcia sputnika. Mam, nawet ładne. Po prostu w taki dzień każdy pociąg cieszy. Znów nastąpiła powtórka z rozrywki – pociągowi nie spieszyło się, nam też nie, za to deszcz już prawie odpuścił. Powtórzyłem poprzedni kadr używając jednak większej ogniskowej – na nic zdały się uwagi kolegi który powiedział, że “przecież można wykadrować”. No można, ale jak popełnię gniota to mam dobry powód do wyrzutów sumienia.
imgp4791
Sputnik pojechał, wróciłem więc do lektury przerywając sobie tylko okresowym ciamkaniem kanapki. Caroos tym razem był cwany i nie kupił chipsów, nie mogłem mu więc zeżreć połowy paczki i do tego uświnić tapicerki. Miał kabanosy, ale się nie podzielił. Z nerwowego oczekiwania wyrwał nas Ricardo, który dał znać, że w naszą stronę jadą co najmniej trzy pociągi.

Jeden miał być niedaleko, drugi był daleko a trzeci był gdzieś na pewno. I wszystkie od Skierniewic. Wróciłem więc do czytania, okresowo grzebiąc w telefonie. Kolega w tym czasie pochwalił się nowym, fajnym dzwonkiem w telefonie, dzięki czemu ja teraz też mam ten sam dzwonek. Mógł się nie chwalić.

Czas się dłużył, ale w końcu na tarczy pojawił się tak lubiany, zielony kolor. Deszcz już nie padał, wyszedłem więc na
zewnątrz i przymierzyłem się do kadru, jaki stosuję w tym miejscu od dawna. Caroos polazł zaś na drugi koniec wiaduktu, choć ilość krzaków była zdecydowanie większa niż u mnie – ale kto wie, może taki miał pomysł. Jego klisza, jego sprawa.
Bohaterem nr 3 okazał się niebieski byk (hurra) z niebieskimi węglarkami (hip hip hurra) – do tego próżnymi. No nic,
zrobiliśmy zdjęcia i wróciliśmy do samochodu. Pojawił się pomysł, by właśnie sfotografowany skład złapać gdzieś dalej, już za Pilawą.
imgp4792
Ruszyliśmy z kopyta w drogę. W międzyczasie próbowałem czytać książkę, ale nierówne jaźwińskie nieużytki zamienione w drogę gruntową mi to uniemożliwiały. Przejeżdżając przez stację w Pilawie dał się zauważyć brak pługu (ale o tym już chyba pisałem?) oraz “nasz” pociąg czekający pod semaforem wyjazdowym z towarowej części stacji. W sumie dobrze, bo gdyby dyżurny puścił go “w stację” pasażerską, to czekalibyśmy na przejeździe. A co, jakby poszedł przelotem? Wtedy trzeba by poganiać, a wolontariusze ministra finansów czają się na każdym kroku. No, akurat wtedy ich nie było, ale co gdyby byli?

Bez przeszkód dotarliśmy do przecięcia linii z drogą krajową numer 17, czyli wiaduktu. Pociąg jednak nie dotarł. Ba, nie było go nawet na horyzoncie. Sprawę wyjaśnił Ricardo, który dał nam znać, że w tzw. międzyczasie pojechały “Katowice” do Małaszewicz i skutecznie opóźniły wyjazd “naszego” pociągu. Następny odstęp za Pilawą to dopiero Stoczek, ponad 30 km w linii prostej…
Od Małaszewicz w naszą stronę “szła” też jakaś “ruda”, ale była daleko i szanse, że dojedzie za dnia były marne. Tymczasem nic się nie działo. Rozważałem nawet rozszerzenie pasji o zdjęcia autobusów (w końcu staliśmy przy drodze krajowej), ale ostatecznie odpuściłem. To już zbyt poważne zboczenie jak na moje standardy. Po dłuższym czasie zapadła decyzja – jedziemy w stronę Garwolina, drugi z trójki gości (tym razem coś do Puław) powinien już dobijać do Pilawy.

Do stacji w Garwolinie, a w zasadzie w Woli Rębkowskiej dotarliśmy po kilku minutach. Znaleźliśmy nawet bardzo fajny przejazd. Fajny był z ważnego powodu – wokół nie było nic ciekawego. Przejazd zaś, mimo swojego położenia na łuku dawał jako taką nadzieję na coś więcej niż kadr typu “lokomotywa między słupami”. Tu dodatkowo dochodził łuk!
Moje niemrawe poszukiwania lepszego kadru przerwały dalekie światła. Według rozkładu najbliższy pasażerski miał jechać dopiero za jakiś czas, więc niewątpliwie był to nasz gość. Albo jakiś bonus. Ustawiłem się więc na wskazanym przez caroosa miejscu, trochę niefortunnym, ale lepszym niż żadne. Pociąg, składający się z beczek zwracanych do stacji Puławy Azoty, okazał się dosyć krótki, dzięki czemu nie uciąłem składu – a więc zdjęcie mogłem uznać za udane.
imgp4793
Pociąg sobie pojechał, my zaś podjechaliśmy kilkaset metrów w stronę Pilawy, ale tam też nie było czegokolwiek ciekawego. Kolega rozpoczął poszukiwania brnąc w glinie, ja zaś oglądałem śmieszne koty w internecie. Tę jakże zajmującą i ciekawą czynność przerwał mi krzyk caroosa: “Nie siedź tak *****, coś jedzie!”. I faktycznie, coś właśnie wyłoniło się zza łuku.

Bronkowy byk! W nerwach dorwałem się do plecaka, wyciągnąłem aparat, rozpocząłem szaleńczy bieg w stronę torów. Piruet, półpiruet i pół kilograma (albo i lepiej) gliny na butach później “wskakiwałem” na górkę na której stał już kolega. Zdążyłem w ostatniej chwili! No, może nie tak do końca, gdyż udało mi się jeszcze przestawić parametry i dzięki temu doszczętnie nie skopać zdjęcia. Muszę przyznać, że wyszło dokładnie tak samo, jak gdybym miał czas przymierzyć. A nie bardzo miałem. Słowem, nie jest źle.
imgp4794
Caroos udał się na drugą stronę torów, gdyż wypatrzył górkę, która wg niego lepiej nadawała się do naszych celów. Ja
wróciłem zaś do oglądania śmiesznych kotów. I czyszczenia butów z gliny. Znów brutalnie mi przerwano. Odgłos narastał od jakiegoś czasu, ale z jakiegoś powodu nie zwróciłem na niego dostatecznej uwagi. Pozostało mi więc pobiec w stronę drobnej górki zlokalizowanej jakieś 200 metrów od samochodu. Nie zdążyłem jednak. Nie dość, że wpadłem w glinę (też mi niespodzianka!), to jeszcze miejsce nadawało się na szeroki kąt, a nie teleobiektyw, a właśnie ten miałem podpięty do aparatu. Caroos miał równie dużo szczęścia. W czasie, gdy pociąg nadjechał był gdzieś “w krzakach” i tam na czas przejazdu pociągu pozostał. Pociąg nas minął. Znów czyszcząc buty zacząłem nawet trochę żałować, że nie zrobiłem zdjęcia, kolega zaś wrócił na “moją” stronę torów. Po chwili pojawiła się jednostka KM jako osobowy do Dęblina, ale ją sobie odpuściłem.
Wybredny się zrobiłem, nie ma co.

Dalsze długie rozmyślania nad ulubioną serią pojazdów regionalnych przerwało pojawienie się pociągu, a w zasadzie dwóch. Pierwszym był “Gombrowicz” z Przemyśla prowadzony EP07-1054, drugim zaś słyszany na razie (w postaci gongów na przejeździe) Dart jako “Konopnicka” z Wrocławia. Zdjęcia “Gombrowicza” nie będzie. Zrobiłem je, ale ostrość poszła w las, poza tym powtórzyłem kadr z Bronkobyka, a co za dużo to niezdrowo. Za to “Konopnicka” dała mi większe pole do popisu. Nie dość, że jechała z nieobfotografowanej strony, to seria ta jeszcze mi nie zbrzydła. Bam, zdjęcie zrobione.
imgp4796
Caroos zaczął snuć myśli o Rudzie Talubskiej, a właściwie o wieży ciśnień która się tam znajduje. Kto wie czy przy mającym się rozpocząć w przyszłym roku remoncie linii nr 7 nie będzie to jej ostatnia zima? Znów ruszyliśmy ku przygodzie!
Po drodze trochę się pogubiliśmy, ale w końcu dotarliśmy na miejsce. Od razu pojawiła się też możliwość zrobienia zdjęcia, gdyż nadjeżdżał osobowy od strony Dęblina. Ja dałem sobie spokój, kolega zrobił zaś zdjęcie i uznał, że musimy dostać się bliżej wieży. Pojechaliśmy samochodem w stronę stacji, ale od tej strony torów nie było szans na zdjęcie. Same krzaki. Za to z drugiej strony wydawało się to całkiem sensownie wyglądać. Pojechaliśmy więc tam. W międzyczasie Ricardo dał znać, że zbliża się do nas towar od strony Dęblina. Czyli wszystko układało się po naszej myśli! Samochód został na drodze dojazdowej do pola (kto w niedzielę o 13:00 w taki dzień pojedzie robić coś w polu?), my zaś udaliśmy się w stronę torów.

Po drodze sforsowaliśmy rów, który wręcz idealnie nadawał się na zrobienie sobie krzywdy (np. skręcenie kostki), szczęście nas jednak nie opuszczało. Ustawiliśmy się blisko wieży i w zasadzie w tym samym momencie semafor wyjazdowy zaczął świecić na zielono. Kolejnym szczęśliwcem w kadrze okazał się być niebieski byk (no jakże by inaczej), ale za to z ładownymi szutrówkami. A więc coś lepszego niż węglarki.
imgp4797
Z poczuciem, że jeszcze musimy tu wrócić udaliśmy się w drogę powrotną do samochodu. Kierownik wycieczki podjął decyzję, by wybrać się w okolice widocznego na horyzoncie przejazdu. Zgodziłem się, bo nie miałem wyboru, a poza tym parametr zaczynał nikczemnieć. Powoli, ale jednak. No i za chwilę miał pojawić się kolejny pośpiech. Przejazd powitał nas migającymi światłami – czyli znów coś jechało. Niestety, widok w obie strony przesłaniał łuk. Pobiegłem, a w zasadzie pokuśtykałem co sił w nogach w stronę semaforów wjazdowych stacji Ruda Talubska, gdyż widziałem, że tam łuk się kończy – a więc była szansa na jakiekolwiek zdjęcie.

Prosta, która znajdowała się za łukiem okazała się jednak pusta – a semafory świeciły na czerwono. Rozpocząłem bieg z powrotem i krzyknąłem caroosowi, że z tej strony nic nie jedzie. Odkrzyknął, że od strony Dęblina coś “leci”. Czymś okazała się siódemka z beczkami, zapewne relacji Lublin – Płock Trzepowo. Niestety, nie udało mi się dotrzeć do żadnego sensownego miejsca i zdjęcia nie mam. Na domiar złego, po przejeździe pociągu towarowego rogatki nie podniosły się, co oznaczało, że nadciąga pospieszny. Pobiegłem znów w stronę semaforów, jednak i tu nie zdążyłem – pospieszny śmignął obok mnie. Po powrocie do samochodu zapadła decyzja o powrocie do domu. Niby na zegarku jeszcze 15:00 nie było, a parametr już poszedł w las. I nie miał zamiaru wrócić. Spakowaliśmy więc klamoty i ruszyliśmy w stronę domu, dyskutując o wyjeździe na “pielgrzymkowca”, który jedzie 12 listopada.

Czyżby wiadukt w Wólce Orłowskiej? Zobaczymy, czy pogoda pozwoli.

Wpisane w Naszymi oczami

Zostaw komentarz