.::Kolejowy Lublin::.
Aktualności: infrastruktura, wypadki, imprezy, rozkład jazdy, tabor

Objazdy, objazdy!

czerwiec 25th, 2017 by Kręzel Michał

Objazdy po “30-tce” już od dawna rozpalały wyobraźnię sporej części Kolejowej Braci. Pytania o serie lokomotyw jakie będą się na tej linii pojawiać przy obsłudze ruchu pasażerskiego oraz towarowego, dyskusje o dobrych miejscówkach oraz rozważania dotyczące przepustowości linii pojawiały się w rozmowach regularnie od co najmniej dwóch lat. Nie będę ukrywał, że i ja niecierpliwie czekałem na 11 czerwca 2017 roku. Jeszcze dwa lata temu liczyłem na to, że zobaczymy na objazdach SU46, ST44 i inne klasyczne pojazdy. Jak wiadomo, czas brutalnie zweryfikował te nadzieje. Zamiast SU46 mamy SU160, ST44 i SM48 musiały ustąpić miejsca ST48 i zmodernizowanym SM42.

Pomimo “zmiany pokoleń” jaka nastąpiła, oczywistym było, że trzeba udokumentować początki objazdów. Głównie dlatego, że pewna część “30-tki”, tj. od Parczewa do Łukowa już od dawna nie widziała pociągu, co skutkować mogło dużą ilością wypadków na przejazdach i w konsekwencji wielogodzinnymi przerwami w ruchu. Liczyłem, że pierwszego dnia nie będzie jeszcze tak źle.

Kolega Karol, będąc szczęśliwym ojcem dwójki dzieci, postanowił jednak na chwilę odpocząć od tego szczęścia (bo jak wiadomo, co za dużo to niezdrowo) i zaproponował wypad na objazdy. Plan był prosty, zaczynamy od okolic Lublina i zaliczamy wszystkie znane i lubiane miejscówki, które rozpoznaliśmy w (bagatela!) 2009 roku. Nie wiem skąd w nas przeświadczenie, że przez ten czas nic a nic się nie zmieniło… Ale nie uprzedzajmy faktów.

11 czerwca rano ruszyliśmy z Ryk ku miastu wojewódzkiemu. Wieźliśmy się komfortowo samochodem kolegi, gdyż mój nie jeździ chwilowo na “podtlenku azotu”, jak to potocznie mówi się o LPG. Pewnie, moim było by wygodniej i po wertepach by się pojeździło, ale za to za jaką cenę? Do rzeczy jednak! Po drodze zatrzymaliśmy się w McDonaldzie, gdyż kolega musiał zjeść śniadanie. Zacząłem podżerać mu frytki, ale tylko gdy nie patrzył, gdyż wcześniej powiedziałem, że nie jestem głodny. Nie byłem, ale gdybym mu tych frytek skrycie nie podżerał to jeszcze był gotów uznać, że ze mną coś nie tak. Po tej krótkiej i w sumie niewiele wnoszącej dygresji ruszyliśmy dalej.

Nie mając bladego pojęcia od którego miejsca zacząć ten jakże piękny (choć pochmurny) dzień, ruszyliśmy w okolice przystanku w Ciecierzynie. Dotarliśmy na miejsce i uznaliśmy, że jednak to nie to. Trzymając się linii kolejowej ruszyliśmy w stronę Lublina. Kolejne miejsca i przejazdy nie prezentowały jednak kadrowo-motywowego szału. W końcu dotarliśmy do górki przed przystankiem Ponikwoda. Niegdyś widok stamtąd był naprawdę niezły,

teraz, z racji wybudowanego przystanku trzeba było szukać czegoś nowego. Nowe miejsce pojawiło się samo, dojeżdżaliśmy do przystanku i naszym oczom ukazał się piękny widok. No, może przesadzam, ale w sam raz na debiut objazdów. Co prawda tu i ówdzie wystawał krzak, ale nie mieliśmy ani czasu ani większych możliwości temu zaradzić. Nawiązałem kontakt z kolegą Kondziolotem, który od rana trwał na posterunku. Poinformował nas, że pośpiechy w stronę Warszawy jeżdżą z doprzęgniętymi z tyłu lokomotywami elektrycznymi. Karol uznał na początku, że to pewnie po to, by nie tracić czasu w Łukowie na zmianę trakcji, ale szybko wyprowadziłem go z błędu, że w takim razie “elektryk” powinien jechać zaraz za Gamą, a nie na końcu.

Zbliżała się godzina odjazdu pociągu z Lublina, przyjęliśmy więc postawę oczekującą. Pociąg nie kazał na siebie długo czekać i już po chwili mieliśmy pierwszy skład zapisany na kartach pamięci.

Objazdy 2017 można było uznać za rozpoczęte! Co prawda samo zdjęcie nie jest idealne, przeszkadzają mi zwłaszcza krzaki na części składu pociągu, ale nie można mieć wszystkiego! Tymczasem Kondzio dał znać, że teraz pojedzie “Pomarańczarka” od Lubartowa. Zdziwiliśmy się, nie było jej w rozkładzie PLK. Cóż, pociąg był już tak opóźniony, że zniknął z rozkładu… Przenieśliśmy się w okolice Rudnika, w miejsce gdzie w 2009 roku łapaliśmy pociąg specjalny.

Celem naszym była górka po przeciwnej stronie przejazdu, na której miejsce zajął już kolega Kondziolot. Ku naszemu zaskoczeniu, przez chmury nieśmiało zaczęło przebijać się słońce. Nie był to dobry prognostyk. Oznaczało to, że zdjęcia będzie można robić tylko w jedną stronę. Przeszedłem górkę wzdłuż i wszerz, ale w końcu i tak wróciłem w miejsce, w którym przebywali koledzy. Wkrótce usłyszeliśmy narastający huk, dało się też słyszeć kilkukrotne Rp1. Znak, że zbliża się nasz cel. Do końca wahałem się czy wykorzystać obiektyw szerokokątny czy też tele, zwyciężyła jednak opcja nr 1.

Pociąg minął nas, Kondziolot uznał, że wraca do domu, my zaś ruszyliśmy dalej, w stronę Lubartowa. Zmierzając w stronę tego miasta szukaliśmy potencjalnych dobrych miejsc, z których jednak niewiele zostało. No i słońce, chwilowo znów schowało się za chmurami, ale nie wyglądało na to, żeby był to stan permanentny. Zwiedziliśmy miejscówki z pościgu za pociągiem ITK z 2010 roku:

Pociąg Promocyjno-Turystyczny ITK Lubartów 2010

Niestety, duże zakrzaczenie skutecznie nas zniechęciło. Caroos zaproponował, żebyśmy spróbowali zrobić zdjęcie z wiaduktu w Lubartowie. Przystałem na tą propozycję. W międzyczasie okazało się, że jedzie szynobus, jednak pozostały po nim tylko wspomnienia na wyświetlaczach peronowych stacji Lubartów. Kolega chciał się czegoś dowiedzieć od dyżurnego, niestety, pomieszczenie dyżurnego zawierało dużą ilość monitorów oraz ludzi, tak więc szansa na info spadła do zera. Zwiększona obsługa spowodowana była zapewne albo szkoleniem dyżurnych, albo pierwszym dniem objazdów. Porzuciwszy pomysł o pójściu na łatwiznę w temacie informacji ruszyliśmy na wiadukt. W międzyczasie, pomimo głośnych protestów Kolegi, dojadłem resztę frytek. Zahaczyliśmy jeszcze przy okazji o Biedronkę, w której to Caroos zrobił zakupy, ja zaś puściłem “totka” (nie, nadal nie jestem milionerem).

Widok z wiaduktu w stronę stacji w Lubartowie prezentował się marnie, głównie za sprawą przystanku Lubartów Słowackiego, znajdującego się w zasadzie zaraz obok wiaduktu. Nie będzie więc nawet zdjęcia poglądowego, gdyż szkoda mi było kliszy w aparacie. W drugą zaś stronę, w kierunku Parczewa, widok był niezły. Naszą uwagę przykuł semafor, który, jak się okazało, ochraniał posterunek bocznicowy, a przynajmniej tak mi z nomenklatury wychodzi. Bocznica była krótka i w zasadzie jest to tor wyciągowy dla szynobusów kończących podróż w Lubartowie przy przystanku Słowackiego. Zapewne po to, żeby nie blokować torów. Pojawienie się dwóch podejrzanych typów z aparatami wzbudziło zainteresowanie miejscowej społeczności, która tłumnie zaczęła się gromadzić na wiadukcie. Tym razem nie pokusiliśmy się o dowcipy o nadjeżdżającym parowozie, jak to nam się już zdarzało. Pociąg nadjechał spóźniony o całe 15 minut, nie mógł jednak uciec przed naszymi obiektywami.

Następny pociąg nadjechać miał od strony Lublina, co wymusiło na nas konieczność przeniesienia się dalej. Naszym celem zostało Tarło. Po dotarciu na miejsce zorientowaliśmy się ze zgrozą, że w niczym nie przypomina ono samego siebie sprzed 8 lat. No kto by pomyślał? Wróciliśmy więc do Pałecznicy i postanowiliśmy, że poszukamy tam. Co prawda z okna samochodu widać było kilka potencjalnie dobrych miejsc, jednakże okno samochodu sobie, a stan zastany sobie. Wróciliśmy więc w okolice przystanku w Pałecznicy, zostawiliśmy samochód i rozpoczęliśmy marsz w stronę Lubartowa znajdującą się obok torów polną drogą. Okazało się, że tor cały czas idzie po nasypie i w zasadzie nie ma szans na dobrą fotkę. Karol został na nasypie, ja zaś ruszyłem w stronę widocznego w oddali przejazdu. Do godziny odjazdu pociągu z Lubartowa pozostało 5 minut, ja jednak wierzyłem, że mi się uda. No i udało się, głównie dzięki temu, że pociąg był opóźniony o 10 minut… W międzyczasie odezwał się Kondziolot, który dał znać, że coś nietowarowego jedzie w naszą stronę od Lublina. Pewnie luzak… Dotarłem do przejazdu z którego widać było nawet most na Wieprzu. Nie minęła minuta od momentu mojego dotarcia na miejsce, gdy z okolic mostu dało się słyszeć trąbienie a następnie pojawił się stalowy wąż. Albo jak kto woli, TLK 38108 “Gombrowicz”.

Swoją drogą, bardzo podoba mi się widoczny na zdjęciu kontrast. Nowoczesna lokomotywa i linia teletechniczna… Szkoda, że nie na drewnianych słupach, ale to już chyba podchodzi pod zboczenie 😉 Byłem gotowy na to, że na końcu składu znajdować się będzie lokomotywa elektryczna, niestety, zawiodłem się. Nie miałem jednak na to zbyt dużo czasu, gdyż zadzwonił do mnie Caroos, który wracając ujrzał SOKistów i postanowił, że się ze mną podzieli tą informacją. Ostro kombinując wrócił on do samochodu i wtedy okazało się, że to nie SOKiści a zabezpieczający przejazd kolumny rowerzystów strażak. Poinformowałem go o moim położeniu na co stwierdził, że on nie wie gdzie to i że mam wracać do głównej drogi. Cóż było poradzić, plecak na plecy i maszeruję! Kolega nie okazał się jednak takim lebiegą z nawigacji i odnalazł właściwą drogę. Sfotografowany niedawno pociąg miał się krzyżować z inną TLKą, dlatego też nie było czasu na kombinowanie. Przenieśliśmy się w rejon, z którego fotografowaliśmy przeszło 8 lat temu zdawkę z Parczewa.

Miejsce nie zmieniło się nic a nic, nie licząc znacznego zwiększenia ilości drzew i krzewów wszelkiego rodzaju. Dodatkowo wszędzie gdzie okiem nie spojrzeć (nie licząc nieużytków) rosło zboże, co też nie ułatwiało nam “roboty”. Co jak co, ale nie lubię biegać po czyimś polu, zwłaszcza w okolicach południa. Nie wiadomo, czy przypadkiem nie trafi się na jakąś Południcę (na przykład pod postacią wkurzonego chłopa z widłami). Można też, nieostrożnie stąpając i łamiąc kłosy, zrobić coś na kształt kręgów – i łowcy UFO będą mieli używanie. Już widzę te tytuły w gazetach: “Tajemnicze znaki w zbożu pod Lubartowem!”, “Co ONI chcą nam przekazać?”, “Tajemnicze litery, układające się w napis “J*** Rumuny”, czyżby OBCY też byli ksenofobami?” i inne takie. Wracając jednak do sedna – miejsce nijak nie prezentowało się tak, jakbyśmy chcieli. Nie było jednak czasu szukać czegoś innego, musieliśmy działać w warunkach zastanych. Wyszło, jak na moje standardy, całkiem przyzwoicie,

choć kilka dni później Krzysiek Jesionek udowodnił nam, że można lepiej. No nic, jeszcze tam wrócimy!

Ruszyliśmy dalej, szukając miejsca na kolejny pociąg TLK. Mieliśmy dużo czasu, gdyż kolejny planowy pociąg pojawić miał się dopiero za dwie godziny. Ze sobie tylko znanych przyczyn nie potrafiliśmy dodać dwa do dwóch, skleroza też nie boli. Dzięki temu pociąg, o którym wspomniał nam Kondziolot, zaskoczył nas obok przejazdu w Tarle. Pod słońce, na łuku – miejscówka idealna! Okazało się też, że nie jest to luzak jak byśmy chcieli, a pełnoprawny pociąg towarowy… To co, że niebieskie węglarki? Towar na 30-tce! W takim miejscu… Zdjęcie może nie do szuflady, ale na pewno nie to czego oczekiwałem.

Podjęliśmy decyzję po pogoni za tym pociągiem. Bez przesadnego szaleństwa dotarliśmy dosyć szybko na stację w Parczewie, wcześniej jednak objeżdżając ładny kawałek miasta. Nasz uciekinier już tam manewrował… Aha, czyli przynajmniej nie jedzie dalej. Na stacji “działo się”. Oprócz Turbotamary stał jeszcze luźny Kiosk. Skoczyliśmy czym prędzej w okolice przejazdu za głowicą wyjazdową w stronę Lublina i udało nam się uchwycić manewry.

Lokomotywa radośnie manewrowała, my zaś zaczęliśmy planować miejscówkę dla nieuchronnie nadjeżdżających TeeLeK. No, dla jednej, gdyż druga jechała idealnie pod słońce. Udaliśmy się więc na peron i tu niespodzanka! Do listy pociągów należy dopisać jeszcze jedną Turbotamarę ze składem węglarek, także oczekującą na odjazd w stronę Lublina. Kolega przemieścił się na drugą stronę torów, ja zaś stanąłem pod tablicą. Chciałem w kadrze mieć znany i lubiany motyw w postaci kościoła widocznego już na wcześniejszym zdjęciu oraz wspomnianego już przeze mnie składu z drzewem. Pociąg nadjechał opóźniony o jedynie kilka minut, okazało się jednak, że jedzie dalej, krzyżowania nie będzie. Przyznam, że zdjęcie Karola jest lepsze niż moje, choć moje też nie wyszło najgorzej.

Na pociąg czekało dużo osób, nie tylko gapiów. Do widocznego powyżej składu wsiadło 5 osób, reszta czekała na pociąg w drugą stronę. Na peron wysiedli także panowie z SOK, który ruszyli w naszą stronę. Nie mieliśmy jednak czasu na rozmowy, gdyż wspomniany towarowy miał ruszyć zaraz po przyjeździe pociągu w stronę Warszawy. Panom pozostało więc tylko spisać nasze numery rejestracyjne, my zaś ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem pojechaliśmy inną trasą, dzięki czemu zobaczyłem jak wygląda przystanek Parczew Kolejowa (ciekawostka, peron z obu stron osłonięty jest semaforami i nie ma toru odstawczego, zapewne z powodu braku miejsca – obok przepływa jakaś rzeczka). TLKę do Warszawy, z racji oświetlenia sobie odpuściliśmy, intensywnie szukając miejsca na towara. Nasze poszukiwania zaprowadziły nas do Brzeźnicy Bychawskiej. Nie znaleźliśmy tam jednak czegokolwiek ciekawego pod kątem zdjęciowym. Moją uwagę przykuł jedynie budynek dróżnika przekształcony prawdopodobnie w dom. Po prawej zaś rysował się widok nowo otwartej mijanki, sterowanej zapewne jak wszystko z Lubartowa. Zdecydowaliśmy, że wracamy w okolice Pałecznicy. Po drodze zajechaliśmy jeszcze do Tarła, nadal jednak nie dało się tam znaleźć żadnego sensownego miejsca. Skończyło się na tym, że kolejną TLKę złapaliśmy stojąc na skraju peronu przystanku Pałecznica. Jak na złość słońce postanowiło schować się za chmurą i nie oświetlić części składu.

 

Nie złożyliśmy jednak broni, nadal czekając na Turbotamarę. Albo Kiosk. Na cokolwiek towarowego od strony Parczewa. Tymczasem zbliżała się pora przyjazdu szynobusa do Parczewa. Miałem nadzieję, że gdy tylko szynobus zamelduje się w Parczewie i pojedzie dalej, w stronę przystanku Parczew Kolejowa, dla Turbotamary (albo Kiosku) zaświeci się “zielone”… Moje marzenia na jawie przerwane zostały przez ekipę, która przybyła zamontować ławkę na peronie przystanku. I to nie byle jaką! Wykonanie antybezdomne, ławka przedzielona na 4 równe części. Nijak się nie położysz. Może i faktycznie “Polska w ruinie”, skoro bezdomni są nawet na wsiach?

Minęła nas TLKa, ale pod słońce, nie otworzyłem więc nawet drzwi w samochodzie.

Wspominałem coś o szynobusie? Owszem, jechał. Ostatnimi czasy zrobiłem się wybredny i mam dosyć 1542 zdjęcia SA103 lub SA134 w malowaniu lubelskim. SA107 nigdy nie odpuszczę, lubię te pojazdy. Tym razem jechał jednak SA137, który to choć kursuje na Lubelszczyźnie od ponad 2 lat, jeszcze mi się nie trafił. Spójrzmy prawdzie w oczy, nie chciało mi się nigdy jechać na 30-tkę tylko po to by go złapać (mam na myśli czas przed objazdami). Zdjęcie znów zrobiłem z końca peronu, tym razem wybrałem jednak szerszy kąt. Chciałem, by w kadr oprócz pojazdu złapały się słupy teletechniki, znów na zasadzie ciekawego kontrastu. Sam pojazd oceniam pozytywnie, podoba mi się jego wygląd.

Naszym zmaganiom przyglądała się grupka rowerzystów, którzy brali udział w miejscowym Rajdzie Rowerowym. O dziwo, nie pojawiły się żadne komentarze określające nas jako zboczeńców i tym podobnych degeneratów – co w sumie odebrałem bez żadnych emocji. Szynobus dojechał do Parczewa, nie wydarzyło się jednak nic ponad to. Oczekiwanie na szynobus w relacji odwrotnej przebiegło pod znakiem jałowej dyskusji o niczym, dodatkowo czas umilałem sobie głupimi filmami z internetu. Zdjęcie powrotne pojazdu zaplanowałem zrobić na długiej prostej, opadającej przed łukiem w stronę przystanku. Doszedłem do wniosku, że zdjęcie poprzedniej TLKi też wyszło by tam całkiem dobrze.

Słońce zaczęło schodzić coraz niżej, postanowiliśmy więc, że poszukamy miejsca na ostatni pospieszny i wrócimy do domu. Wybór padł na Tarło. Dobrze pamiętałem, że można tam zrobić całkiem przyzwoite zdjęcie pociągu z domkiem znajdującym się obok jednego z przejazdów.

Znów nie wziąłem pod uwagę tego, że “trochę” się tam zmieniło. No i słońce świeciło z kontry, co samo w sobie nie jest jeszcze jakimś wielkim problemem. Kolega postanowił zostać w okolicach przejazdu, ja zaś rozpocząłem wędrówkę w kierunku zaplanowanej miejscówki. Widok który zastałem był zgoła odmienny od tego z powyższego zdjęcia, ale nie było już czasu na kombinatorykę. Nie mam tu na myśli tego, że domek jest opuszczony. Zasadnicza różnica wynikała z ilości zastanej zieleni. Dodatkowo sprawę utrudniał podejrzany zapach, prawdopodobnie padliny. Mógł to też być Sromotnik Bezwstydny zwany też Smrodliwym. Nie chciałem szukać, wybacz mi Czytelniku. Pociąg kazał na siebie czekać 20 minut ponad plan, co jednak mnie nie zdziwiło. Ot, pierwszy dzień, cuda się zdarzają. Dla mnie to nawet lepiej, słońce przemieściło się o stopień – dwa – pięć, dzięki czemu promienie nieśmiało zaczęły patrzeć w czoło pojazdu.

Wróciłem do samochodu i dopiero tam zorientowałem się, że za Gamą jedzie jeszcze jedna lokomotywa… Karol był niepocieszony, nie wyszło mu ciekawe zdjęcie. Moje jest bez dwóch zdań lepsze, przynajmniej ja tak uważam 😛 Tymczasem odezwał się Kondziolot z pytaniem czy czekamy TeeLkę do Chełma, gdyż w składzie powinny jechać ukraińskie wagony a nie chce mu się z domu bez powodu fatygować. Nasza trasa i tak prowadziła przez Lubartów, dlatego też postanowiliśmy właśnie tym pociągiem zakończyć ten wypad. Zajechaliśmy na Orlen znajdujący się zaraz obok wiaduktu znanego z wcześniejszego zdjęcia, kolega zatankował pędodajną ciecz i mogliśmy już w spokoju czekać na ostatni akcent wyjazdu. Jak to tego dnia bywało, pociąg znów kazał na siebie czekać. Na szczęście słońce nie zarzuciło współpracy.

Tym razem przejazdowi nie towarzyszyły tłumy ludzi, jednakże kilka osób się zatrzymało by zobaczyć o co nam chodzi. Mogliśmy rozpocząć powrót do domu. W okolicach Kocka odezwał się Kondziolot, iż towarowy na pewno nie pojechał, gdyż Bystrzyca miała wolne moce dopiero od 20:00.

Wypad uznać można za udany. Co prawda nie zrealizowaliśmy wszystkich celów (takich jak złapanie towarowego), ale objazdy potrwają co najmniej 2 lata, jeszcze będzie okazja. Na pewno wrócimy w gościnne rejony “30-tki”, gdyż nie wszystkie “miejscówki” wykorzystaliśmy a w kilku trzeba się poprawić.

Wpisane w Naszymi oczami

Zostaw komentarz