.::Kolejowy Lublin::.
Aktualności: infrastruktura, wypadki, imprezy, rozkład jazdy, tabor

Wąskim torem przez Ponidzie

czerwiec 6th, 2017 by Kręzel Michał

Konsekwentnie realizuję założenie, by w miarę możliwości być na każdej wąskotorowej imprezie. Zwłaszcza takiej, która nie odbywa się na drugim krańcu naszego kraju. Do tej pory odczuwam żal, że nie dane mi było być w Krośniewicach w 2006 roku (ale wtedy jeszcze myślałem, że to wszystko będzie jeździć wiecznie – o ja naiwny!).

Gdy na pewnym popularnym portalu społecznościowym pokazało się ogłoszenie o imprezie w Jędrzejowie wiedziałem, że tam pojadę. Imprezę organizowało SMK z Krakowa, znane mi już z poprzednich imprez na wąskich i normalnych torach.

Zgłosiłem więc swój udział i zaczęło się odliczanie. Miasto znałem już z wielu poprzednich podróży na Śląsk oraz w Beskid Śląski, mój plan jednak nigdy nie obejmował choćby krótkiej wizyty na stacji Jędrzejów Wąski. Kiedyś miałem ambicje wybrać się by sfotografować planowy pociąg z Umianowic do Pińczowa (albo podsył z Jędrzejowa), ale wiadomo jak to u mnie z tymi sprawami (tzw. słomiany zapał i lenistwo). Impreza miała odwrócić ten niekorzystny trend.

6 maja 2017 roku pogoda nie wydawała się sprzyjać. Dominowała mgła, która skutecznie spowolniła moją podróż do celu. Sprawy nie ułatwiały także wszechobecne remonty drogi krajowej nr 7. Byłem jednak nieustępliwy w drodze do celu, w czym na pewno pomogła mi kawa oraz hot-dog z pewnej sieci stacji. Nie zapłacili za reklamę, to nie napiszę z jakiej. Ale do rzeczy. Nawigacja prowadziła mnie na ulicę Dojazd, oznaczoną jako adres kolejki. Po dotarciu do celu okazało się, że jest to wąska dróżka, z ciągnącym się w nieskończoność z jednej strony płotem a z drugiej rzędem jednorodzinnych domów. Wjechałem przez pierwszą lepszą bramę i voila! To znaczy musiałem jeszcze trochę lawirować między garażami, ale w końcu ujrzałem tory i odstawione wagony. Okazało się, że owszem, dojechałem dobrze, ale od zakrystii. Niemniej napotkany przeze mnie pracownik kolejki stwierdził, że mogę zostawić samochód tam gdzie stoi.

Wyciągnąłem więc cały majdan (znaczy aparat + szeroki kąt, gdyż tele nie wziąłem – za dużo waży i byłem przekonany, że na imprezie tego typu się nie przyda) z bagażnika i udałem się w stronę wiaty peronowej. Pociąg już czekał. To znaczy tylko wagony (pasażerski 3 Aw, brankard, węglarka, platforma, cysterna, brankard), lokomotywy jeszcze nie było. Naszym środkiem trakcyjnym miała być Lxd2-333, czerwona. Co prawda naniesione na nią były reklamy, ale na czas imprezy zostały one zaklejone, co będzie widać na zdjęciach. Wsiadłem do środka wagonu pasażerskiego, zostawiłem swój plecak na jednym z siedzeń (niejako rezerwując sobie miejsce) po czym udałem się na zewnątrz by wykonać kilka zdjęć. Moim pierwszym celem okazała się być brama wjazdowa na parking dla pasażerów, przez którą to powinienem wjechać, ale udało mi się tego nie zrobić.

Pogoda nadal nie chciała zacząć sprzyjać. Godzina odjazdu zbliżała się dużymi krokami, skierowałem się więc do wagonu, w którym zająłem miejsce i rozmyślając o niczym doczekałem odjazdu. Wykonałem oczywiście kilka zdjęć lokomotywy razem ze składem na stacji początkowej, ale nie przypadły mi one do gustu i nie znalazły się ani w niniejszej relacji, ani w galerii w ogóle. Część osób zdecydowała się na jazdę w węglarce a część na platformie, ale ja nie jestem aż takim “hardkorem”. A może po prostu jestem już stary?

Ruszyliśmy. Nie ujechaliśmy daleko, gdyż pierwszy fotostop odbył się jeszcze w parku na terenie miasta. Wysiadłem więc i udałem się za organizatorem – przewodnikiem, najlepiej zorientowanym w kwestii tzw. “miejscówek”. Najpierw wykonałem kilka zdjęć z poziomu gruntu, ale potem, wzorem części osób, wspiąłem się na podejrzaną górkę. Podejrzaną, gdyż nie składała się z ziemi a… chyba jakiegoś rodzaju odpadów. W każdym razie zdjęcie z niej nie wyszło lepiej niż z dołu.

Słońce nadal nie chciało się pojawić, choć coraz intensywniej zaczęło podświetlać chmury. “Wsiadać!”.

Następny fotostop odbył się przy budowanej obwodnicy Jędrzejowa (a właściwie poszerzanej do standardu drogi “S”). Wspięliśmy się grupowo po niepewnym gruncie, pociąg cofnął i od razu do głosu doszła grupa filmująca – “bo niech dalej cofnie”, żeby było, że jedzie z daleka. I na nas nie czeka, czy jak to leciało. Wykonałem kilka zdjęć, zarówno w trakcie cofania jak i najazdu i wybrałem moim zdaniem najlepsze. Pociąg faktycznie na nas nie zaczekał, przejechał pod drogą i zatrzymał się kawałek dalej. Musieliśmy więc grupowo przejść przez jezdnię, wzbudzając zapewne nie małe zdziwienie. W końcu na co dzień nie widzi się tylu zboczeńców fotografujących pociąg (na szczęście nie było podgrupy miłośników “zderzaków” – jeśli rozumiesz drogi Czytelniku o co mi chodzi 😉 ).

Pomknęliśmy dalej (dobre określenie na średnią prędkość na kolejach wąskotorowych) i wkrótce wzdłuż toru pojawiła się ścieżka rowerowa. Ścieżka ta prowadzi w stronę rozlewisk Nidy, ale podoba mi się z jednego ważnego powodu – urywa się nagle przed ścianą lasu. Na razie jednak miała nam towarzyszyć. Kolejny raz zatrzymaliśmy się już w terenie mało zurbanizowanym, niemniej nadal na terenie miasta. Oczywiście o ile jakieś zabudowania przemysłowe nadal można uznać za miasto (czepialskim przypominam instytucję PGR-u). Pociąg znów cofnął i znów do głosu doszła frakcja kamerzystów – “niech ruszy z przytupem i jedzie jak prawdziwy rozkładowy pociąg”. Odpowiedź zaskoczyła jednak wszystkich – “Lokomotywa jest w takim stanie, że teraz da czadu a za chwilę nie dojedziemy do Umianowic”. Zdjęciopstrykowi takiemu jak ja nie przeszkadza wolne tempo nadjeżdżającego pociągu – a kamerujący musieli się z tym pogodzić i już. Zrobiłem więc pamiątkową klatkę i mogłem wsiadać.

Opuściliśmy tereny miejskie i naszym oczom ukazała się bezkresna równina, pełna pól, pojedynczych drzewek i odznaczającej się obok toru ścieżki rowerowej. Pogoda nadal była pod psem, na szczęście pies ten nie musiał załatwiać żadnych potrzeb. Ale i tak było szaro, buro i ponuro. Tym razem fotostop trwał trochę dłużej, gdyż pociąg można było sfotografować z dwóch różnych stron. Do relacji wybrałem jednak dosyć sztampowe zdjęcie. Przyczynę podałem powyżej – marne warunki pogodowe. Zacząłem też żałować, że na imprezę nie wziąłem tzw. “kaloszy”, gdyż moje buty zaczęły powoli zmieniać barwę na mocno ziemistą.

I tu, nim przejdę do dalszej części naszej wycieczki po Ponidziu, mała dygresja. Zapewne zgodzisz się ze mną drogi Czytelniku, że nie ma nic lepszego niż powolna jazda wagonem wąskotorowym, jazda okraszona leniwym bujaniem to w lewo, to w prawo; miarowym stukotem kół na łączeniach szyn. Do tego miarowe buczenie silnika Rumuna czy też dźwięk pracującego parowozu*. Tak właśnie wygląda jazda na większości wąskotorówek w Polsce. I tak wygląda jazda na jędrzejowskiej kolejce.

Następny fotostop dedykowany był osobom z kamerami, gdyż pociąg cofnął dosyć konkretnie, niemniej nadal nie osiągnął on prędkości zbliżonej do rozkładowej (a właściwie szlakowej). I mówimy tu o prędkościach rzędu 20 km/h – ale taki już urok “kolejek”, jadą powoli, dzięki czemu można się rozkoszować jazdą, a nie jak w Pendolino, że “ziuuuu” i już na miejscu. Krajobraz w stosunku do poprzedniego fotostopu zmienił się niewiele, nadal dominowały pola, pojedyncze drzewa (choć akurat w tym miejscu jakby mniej pojedyncze) oraz odcinająca się od gruntu ścieżka rowerowa.

Pojechało, pstrykłem. I tu anegdota. Pociąg nas minął więc jeden ze współimprezowiczów ruszył w jego stronę. I w tym momencie nasłuchał się od jednego z filmujących, który nie był pocieszony faktem, że ktoś mu wlazł w kadr. W sumie miał rację, ujęcie zepsute! Ale taki już urok imprez.

Organizator zaczął nawoływać do pociągu i ruszyliśmy dalej. Kolejny fotohalt miał miejsce w jakiejś wsi, prawdopodobnie Jasionnej. Nie jestem pewny, tak mi wynika z porównania czas wykonania zdjęć z mapą. Fotostop o tyle ciekawy, że znów pod kamery oraz na łuku. Miła odmiana od ciągłej prostej. Ścieżka rowerowa chwilowo gdzieś zniknęła. Stanąłem w szpalerze razem z innymi fotografującymi i wykonałem kilka ujęć, zarówno w czasie cofania jak i jazdy do przodu. I tu kolejna ciekawostka. By pociąg cofnął, pomocnik maszynisty musiał udać się do przedziału maszynowego, gdyż wajcha w kabinie nie działała. Tak więc każdy fotostop z cofaniem składu okupiony był chwilą dłuższego oczekiwania.

Zmierzaliśmy powoli w stronę skrzyżowania z LHSem, dałbym sobie paznokieć u małego palca u nogi uciąć, że słyszałem raz czy drugi trąbę “gagarina”. A może to był “batman”? Nieważne, na razie kolejny fotostop, tym razem miejsce polecone przez maszynistę pociągu. Miejsce nie wyglądało źle – był widok, był łuk, była ścieżka rowerowa – szkoda tylko, że skład chował się za wzniesieniem. Ale czy można mieć wszystko? Mnie za to fascynowało co innego – ilość “skrzyżowań” ścieżki rowerowej z torowiskiem. Zapewne kwestia wykupu gruntów, niemniej wyglądało to ciekawie – a może to sposób na urozmaicenie trasy, w końcu jak rowerzysta będzie cały czas jechał prosto to uśnie?

Zdjęcie zrobione, możemy jechać dalej. Widoki urzekają, pola, pola, LHS, żółty i niebieski “gagar” ciągnące skład węglarek z rudą w stronę huty, pola, pola… Słońca nadal nie widać. Dojeżdżamy do wiaduktu. Stopień zakrzaczenia wyklucza zrobienie zdjęcia z dołu, a przynajmniej tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Wspinamy się więc gromadą na wiadukt, pociąg zaś cofa o parę metrów. Fotostop statyczny. Dobrze, że wziąłem szeroki kąt! Dodatkowo trzeba zastosować kadr pionowy, w poziomym nie ma szans zmieścić całego składu oraz okolicy. Na szczęście nagle pojawia się słońce, co znacząco poprawia nastroje. Próbuję jednak z kadrem poziomym. Szkoda tylko tego krzaka na wagonie. Organizator usiłuje dowiedzieć się o ruchu po “szerokim”, niestety, widziany przez nas pociąg zajął szlak na następne 40 minut…

Widzę ruch na dole a organizator zapowiada, że pociąg cofnie i zrobi najazd. Czym prędzej staczam się z wiaduktu, nie psuję sobie kończyn dolnych, górnych ani aparatu (innych części ciała też nie) i ustawiam się tak, by mieć pociąg wraz z wiaduktem. Na ten sam pomysł wpada garstka osób, tak więc mimo małej ilości miejsca nie ma przepychanek ani włażenia sobie w kadr.

Pociąg mija nas i staje “w krzakach”, dzięki czemu trzeba przeciskać się przez mocno roślinne tereny. 53 kleszcze lubią to, 17 weźmie udział w wydarzeniu. Ja jednak nie zostaję “nosicielem”. Następny przystanek, Motkowice!

Motkowice to dawna stacja, posiadająca bardzo uroczy, zamieszkały budynek stacyjny wraz z oprawą oświetleniową z epoki. Słowem, klimat wąskich torów aż się sączy niczym olej kreozotowy z drewnianych podkładów… Też czujecie ten zapach? Wracając do tematu, decyduję się na kadr taki jak większość – budynek i pociąg w jednym. Wychodzi bardzo sympatycznie, choć estetykę psuje trochę betonowy płot z prawej strony. Przemieszczam się jeszcze w jedno miejsce, gdyż dla kamerzystów przewidziano odjazd pociągu ze stacji. Niestety, jedna z osób wchodzi mi w kadr i z drugiego zdjęcia nici.

Kolejny fotostop przewidziany został na moście nad rzeką Nidą. Jako bardzo bystry człowiek nie potrafiłem dodać dwa do dwóch dzięki czemu zamiast kaloszy miałem zwykłe buty trekkingowe. Niby nieprzemakalne, ale o tym za chwilę. Pociąg dowiózł nas za most, wysiedliśmy a skład zaczął cofać. W tym samym czasie, na horyzoncie przetaczał się niespiesznie pociąg towarowy po LHS… W tym miejscu przydały by się kalosze lub inne nieprzemakalne obuwie. Stąpając nieostrożnie po rozlewiskach wpadłem po kolana w wodę/bagno/rozlewisko/trzęsawisko/sam nie wiem. Skutkiem tego, po raz pierwszy w ciągu tego dnia zrobiło mi się mokro w bucie. Nie muszę chyba dodawać, że parę kroków dalej znów wpadłem po kolano, tym razem drugą nogą? Organizatorzy przewidzieli tę okoliczność i wyposażeni byli w odpowiednie “ogumienie”, mnie pozostało zaakceptować stan zastany i forsować teren, raz po raz nalewając sobie wody do butów. No, ale zdjęcia wymagają ofiary, czyż nie? Zdjęcie wyszło fajnie, zwłaszcza, że słoneczko nadal świeciło.

Pociąg zrobił najazd a jeden z uczestników podpowiedział, że jeśli przejdziemy kawałek to będziemy mieć niezły widok na most z pobliskiego pagórka. Skierowaliśmy więc tam nasze kroki. Przyjąłem to z zadowoleniem, gdyż wyszliśmy na bardziej stabilny grunt i zapadałem się już nie w bagnie, a w błocie, i tylko po kostki. Był to jakiś postęp. Weszliśmy na górę i faktycznie, widok prezentował się nieźle. Pociąg już zawczasu cofnął na most. Trochę szkoda, że nie można było wyeksponować całego składu… No, ale nie było co marudzić, trzeba było robić zdjęcie i odejść by zrobić miejsce dla innych.

Organizator od razu zapowiedział, że nie wracamy do pociągu, tylko idziemy na inną polanę, by stamtąd zrobić zdjęcie pociągu w otoczeniu rozlewisk. Udałem się więc w rzeczony rejon. Szkoda, że po “szerokim” nic nie chciało w tym czasie pojechać… Choć z drugiej strony może i dobrze, słońce zaczęło płatać figle. Pociąg po raz kolejny zrobił najazd na most nad Nidą i dotoczył się do miejsca w którym miał być sfotografowany. Słońce nadal nie chciało wyjść, zrobiłem więc zdjęcie bez niego. Wyszło moim zdaniem całkiem przyzwoicie.

Zeszliśmy z pagórka, pociąg podciągnął kawałek i mogliśmy zrobić zdjęcie pociągu z odbiciem w wodzie. Niestety, jeden z imprezowiczów zmącił wodę, co nie spodobało się innym (ale komentarzy nie przytoczę, gdyż moje wypociny mogą czytać nieletni), swoje dołożył także lekko wiejący wietrzyk. Na szczęście słońce wróciło, dzięki czemu kolejne zdjęcie wyszło całkiem przyzwoicie.

Przeszliśmy jeszcze kawałek do tyłu, by i filmujący mogli nagrać jakieś ujęcie. Co prawda bez odbicia w wodzie, ale chyba też byli zadowoleni. Kontynuowaliśmy jazdę w stronę Umianowic. Przed nami estakada – najdłuższa tego typu konstrukcja w Polsce. Znajduje się zaraz przed stacją w Umianowicach i jest problemem, ale o tym za chwilę. Przejechaliśmy przez estakadę, wysiedliśmy a pociąg cofnął. I znów miałem wodę w butach (który to już raz z rzędu?). Ale nie mogłem narzekać, gdyż plener prezentował się wspaniale! No i tym razem nikt nie zmącił wody, dzięki czemu seria zdjęć wyszła naprawdę udana. Trochę żałowałem, że nie mam innych butów, zdjęcie było by jeszcze lepsze, ale i tak jest bardzo dobrze.

Pociąg zaczął cofać by zrobić najazd dla kamer, ja zaś pobiegłem, by “trochę inaczej objąć temat”. Nie tylko ja wpadłem na ten pomysł, ale znów, pomimo małej ilości miejsca nikt sobie w kadr nie wszedł. Słońce znów odmówiło współpracy, kamerzyści mieli tego dnia pecha. Przyznam, że i ja swego czasu myślałem, żeby na tego typu imprezy brać też kamerę. Dzięki czemu nie dość że zdjęcia kiepskie, to i film do niczego! Pociąg przejechał po estakadzie, a my udaliśmy się pieszo w stronę stacji Umianowice.

Nie zabawiliśmy tam jednak długo, gdyż udaliśmy się w stronę Pińczowa. Zaraz za stacją wypadł następny fotostop, w trakcie którego usłyszałem “co chwilę zatrzymujemy się w krzakach, bez sensu”. Patrząc na dotychczasowe zdjęcia to bez sensu był ten komentarz… Staw obiecywał wiele i to w obie strony. Niestety, by sfotografować pociąg jadący od strony Pińczowa musielibyśmy chyba mieć łódkę – a to znacząco wydłużyło by fotostop. Organizator zdecydował więc, że fotostop odbędzie się tylko w drodze do Pińczowa. I znów żałowałem, że nie mam odpowiednich butów. Co więcej, słońce dalej nie chciało z nami współpracować. Popełniłem więc zdjęcie i udałem się spokojnie w stronę zatrzymującego się pociągu. Desperaci filmowali, choć w moim mniemaniu miejsce średnio nadawało się “pod kamerę”.

Do Pińczowa dotarliśmy już bez postojów. Trochę żałowałem, gdyż widział bym fotostop także na “miejskim” odcinku, ale i tak jechaliśmy już “po planie”. Zaraz po zatrzymaniu pociągu część uczestników pobiegła uzupełnić zapasy “napojów chłodzących”, inni zaś zajęli się fotografowaniem oblotu składu. Ja skorzystałem jednak z okazji i w miłym towarzystwie dyskutowałem na tematy okołokolejowe. Oczywiście zdjęcie pociągu z budynkiem stacyjnym w tle zrobiłem, ale samego oblotu już nie.

Lokomotywa obleciała skład, zainteresowani wrócili z zaopatrzeniem, mogliśmy więc wracać do Umianowic. Na stacji pojawiło się kilku zaciekawionych tubylców, wszakże pociągi rozkładowe przyjeżdżają w niedzielę i są zgoła odmiennego składu… Jak już wspomniałem, odcinek miejski Pińczowa przejechaliśmy bez fotostopu. Okazja nadarzyła się dalej, wśród pól. Otoczenie pozwalało na wyeksponowanie składu choć szkoda, że miejscowy chłop nie zasadził w pobliżu rzepaku 🙁 Zdjęcie, dzięki świecącemu słońcu wyszło przyzwoicie.

Ruszyliśmy dalej, by po kilku a może kilkunastu minutach znaleźć się na stacji “trójkącie” w Umianowicach. Jest to główny punkt coniedzielnej sezonowej wycieczki z Pińczowa. My zaś zaliczyliśmy tu postój z innego ważnego powodu. Do Hajdaszka musieliśmy jechać jak najkrótszym składem, dlatego też nakazano nam opuścić jeden z brankardów oraz wagon pasażerski i przenieść się na inne wagony. W tym czasie załoga pociągu cofnęła pociąg w stronę Pińczowa i odpięła dwa opuszczone już wagony. Wagony zostały “zgubione”, mogliśmy ruszać dalej.

Część imprezowiczów, no dobra, 3 osoby, zdecydowały się zostać. My zaś ruszyliśmy w stronę Hajdaszka. W tę stronę nie planowano fotostopów, zwłaszcza, że słońce, które świeciło, w nieodpowiedni sposób oświetlało scenerię. Dodatkowo ilość krzaków, wykoszonych w zasadzie tylko do granicy skrajni, uniemożliwiała jakiekolwiek kadrowanie. Dojechaliśmy do celu. Od razu okazało się, że rozjazd jest niesprawny, ale kilkadziesiąt uderzeń kilofem czy też łopatą spowodowało, że znów zaczął działać. Pojawił się jednak inny problem. Sprawny był tylko jeden rozjazd, druga głowica już nie, konieczne więc było przepchnięcie wagonów siłą mięśni tak, by lokomotywa zjechała na “ogryzek” i po przepchnięciu wagonów znalazła się na drugim końcu pociągu. Wagony zostały rozpięte, ludzie zwerbowani i zaczęła się operacja. Ja wykpiłem się kontuzją nogi i dzięki temu mogłem robić zdjęcia.

Operacja się udała, pociąg został ponownie zestawiony i skład cofnął pod budynek dworca w Hajdaszku. Każdy dostał chwilę, by zrobić zdjęcie pociągu razem z budynkiem, niestety rosnące obok torów zielsko uniemożliwiło wykonanie lepszego ujęcia składu z budynkiem w tle.

Następnie wszyscy uczestnicy zrobili sobie pamiątkowe zdjęcie.

Mogliśmy wracać do Umianowic. Aby frakcja kamerująca nie czuła się pokrzywdzona, zarządzono pozorowany odjazd pociągu ze stacji. Co prawda zrobiłem zdjęcie, ale nie różni się ono wielce od wersji statycznej z budynkiem. Słońce schowało się za chmurami. Z jednej strony dobrze, zwiększa się możliwość “kombinowania” zdjęcia, a z drugiej – kolory nie te. Kolejny fotostop odbył się zaraz za stacją w Hajdaszku. Patrząc na zdjęcie ten przejazd ma pewien urok. Zapewne niedługo zostanie zaasfaltowany na “amen”.

Jedziemy dalej, kolejnym celem mostek nad lokalnym potokiem. Z mostkiem łączy się ciekawa historia. Parę dni wcześniej w okolicy mocno padało i było zagrożenie, że nie wjedziemy do Hajdaszka właśnie przez ten mostek – miał być podmyty. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Szkoda, że po słońcu pozostało wspomnienie a i ja ustawiłem się trochę bez sensu. Zdjęcie wyszło by dużo lepiej gdybym stał bliżej wody, ale ja zawsze coś zepsuję…

Bez problemów wróciliśmy do Umianowic, do pociągu znów doprzęgnięto brankard i wagon osobowy. Przeszliśmy w stronę wyjazdu ze stacji. Dochodziła godzina 17-ta, czyli godzina przyjazdu do Jędrzejowa, a my nadal byliśmy daleko. Dlatego też okazało się, że ten fotostop będzie ostatnim. Pogoda też nie sprzyjała, zrobiło się pochmurno i nawet od czasu do czasu jakby spadła na mnie kropla… Za “cel” a właściwie motyw obrana została wieża ciśnień, a prawdę mówiąc to co z niej zostało. Pociąg pozorować miał zatrzymanie na przystanku i odjazd. Jak zwykle na przeszkodzie stanęły krzaki. Zdjęcie uważam za udane, zważywszy coraz to bardziej pogarszające się warunki atmosferyczne.

Po wykonaniu zdjęć pojawił się postulat jeszcze jednego najazdu, ale zaczęło mocniej padać i rozpoczęliśmy powrót do Jędrzejowa. I znów trafił nam się pociąg “po szerokim”. Niektórzy robili zdjęcia z okien w przedziale, inni w toalecie, a ja przez otwarte drzwi. Prędkość taka, że krzywdy bym sobie nie zrobił, a może i rozumu by przybyło? Na końcowej stacji pożegnałem się ze znajomymi współimprezowiczami i rozpocząłem powolny, bo w deszczu, powrót do domu.

Imprezę uważam za bardzo udaną. Zdjęcia wyszły ładne, atmosfera pierwsza klasa, buty udało się doprać no i nie wiadomo jak to z estakadą będzie. Wymaga ona remontu, a koszt znacząco przekracza możliwości okolicznych i zainteresowanych gmin i powiatów. Szkoda też, że w czasie zdjęć nie trafił się bonus w postaci czegoś po “szerokim” – tak, wiem, ja to mam wymagania. Z chęcią wrócę do Jędrzejowa, oczywiście o ile będzie jeszcze na to szansa. Tym razem jednak w innym obuwiu.

* Zdecydowanie zbyt mało takich miejsc na kolejowej mapie 🙁

Wpisane w Naszymi oczami

Zostaw komentarz