.::Kolejowy Lublin::.
Aktualności: infrastruktura, wypadki, imprezy, rozkład jazdy, tabor

Pogoń za Bombowcem…

lipiec 31st, 2017 by Kręzel Michał

… zakończona (jak zwykle) klęską. Ale spokojnie, to nie koniec tej opowieści, a jedynie smętne podsumowanie.

Wyprawę na “Węglówkę” miałem w planach już od co najmniej roku. Jako, że złamana noga pokrzyżowała mi plany w 2016 roku, uznałem, że w roku 2017 muszę nadrobić z nawiązką “rozkład jazdy”. Co prawda większy nacisk chciałem położyć na koleje kopalni węgla brunatnego, w tym zamykaną pod koniec tego roku kolej w Turku, ale pojawienie się sprawnego ET40, a właściwie dwóch, skutecznie odwiodło mnie od “krokodyli”. Uznałem też, że na krokodyle jeszcze uda mi się wybrać.

Okazja do odwiedzenia “Magistrali węglowej” pojawiła się w połowie czerwca, gdy wybrałem się w odwiedziny do mieszkającej w Łęczycy rodziny. Z miasta, w którym się urodziłem, do D29-131 mam raptem około 20 kilometrów, czyli tyle, co nic. Uznałem więc, że warto zapolować na ET40.

Sobota 17 czerwca przywitała mnie deszczem. Nie był to bardzo intensywny opad, raczej mżawka, niemniej było to zjawisko upierdliwe. Celem moim był wiadukt w Bałdrzychowie, z widokiem na elewator w Poddębicach. Miejsce może “szału nie robi”, ale da się tak zrobić przyzwoite zdjęcie. Liczyłem, że tam właśnie trafi mi się “Bombowiec”. W 2015 roku niestety słońce nie chciało współpracować

i wydawało się, że i tym razem nie będę miał szczęścia.

Dojechałem na miejsce, wygramoliłem się z samochodu i wziąłem cały sprzęt. Widok nie odbiegał od tego ze zdjęcia powyżej z tą różnicą, że padało. Parametr był na tyle beznadziejny, że zdjęcie ET22 ze składem kontenerów, który pojechał na południe właściwie zaraz po tym jak na ten wiadukt wszedłem, nie udało się. Tak samo nieudane okazało się zdjęcie czeskiej lokomotywy serii 181 ze składem beczek, jadącej na północ.

“Pierwsze koty za płoty”, ale cała sytuacja nie nastawiła mnie optymistycznie. Próbowałem odczarować sytuację jedząc zakupionego dzień wcześniej kabanosa w bułce, ale nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów. Deszcz nadal padał. Niemniej parametr zaczął się stopniowo poprawiać, dzięki czemu następny ekspres kontenerowy, także prowadzony ET22, zapisał się na kliszy – zdjęcie nie jest może wyjątkowo udane, ale wyszło, a to już coś.

Pociąg sobie pojechał, ale nie dane mi było długo cieszyć się ciszą. Coś wyraźnie trąbiło od południa, wydawało mi się, że to gagarin. Najpierw myślałem, że zastosuję kadr z wcześniejszego pobytu w tym miejscu

uznałem jednak, że z racji posiadania “szerokiego kąta”, powinienem spróbować czegoś innego. Wybór padł na wciśnięcie w kadr budynku o charakterze kolejowym, stojącego obok wiaduktu. Pewien znany portal społecznościowy rozwiał moje wątpliwości, w moją stronę zmierzał M62M-003 ze składem węglarek. Dodatkowo, kilkanaście minut za nim miał jechać “prywatny” ET22, ale w tej chwili nie było to moim zmartwieniem. Starannie przymierzyłem, gdyż zza łuku zaczęła wyłaniać się sylwetka lokomotywy. W odpowiednim momencie nacisnąłem spust i choć zdjęcie wyszło tak jak chciałem, to muszę przyznać – zachwycony nie byłem.

Pogoda nie poprawiała się, postanowiłem więc przenieść się na północ, do Dąbia nad Nerem. Na moją decyzję, oprócz pogody, wpłynęła też informacja o tym, że ET40 dopiero rusza z Gdańska oraz to, że na jednej z TeeLeK do Poznania jedzie “rodzyn”, tj. EP08-001.

Dąbie nad Nerem odwiedziłem pierwszy raz ponad 8 lat temu, pamiętałem jednak, że zaraz za stacją znajduje się wiadukt idący “w pola”, a więc taki, na którym nikt mi nie będzie przeszkadzał. Pogoda nadal nie sprzyjała, padała ni to mżawka, ni to deszcz. Dojechałem na miejsce, i niemal od razu od południa pokazały się światła. Okazało się, że światła te należą do “Dragona” Lotosu prowadzącego skład beczek. Jako, że do aparatu podpięty był “szeroki kąt”, musiałem trochę improwizować. Aura nie pomagała, ale zdjęcie zrobiłem.

Dragon sobie pojechał, ja zaś wróciłem wspomnieniami do wydarzeń sprzed 8 lat, gdy na linii trudno było o prywaciarza innego niż Lotos właśnie. Liczyłem, że oprócz Bombowca trafi się jeszcze jakiś “bonus”. W 2009 roku dominowały zielone “byki” z różnorakimi składami, na przykład:

czy też

Niby zielone, ale każdy jakby inny. A teraz co? Niebieski byk w jednym schemacie malowania plus do tego niebieskie węglarki. Standard wszystkich linii kolejowych w Polsce. No i w 2009 roku nastawnia na tej głowicy jeszcze prężnie działała, obecnie zamknięta na cztery spusty i zabita dechami…

Tymczasem na horyzoncie od strony Zduńskiej Woli (czyli od południa) znów pojawiły się światła. Jechał… tak, zgadłeś czytelniku, do bólu niebieski byk z niebieskimi węglarkami.

Tym razem, jak widać na załączonym obrazku, nie robiłem zdjęcia z wiaduktu a udałem się kawałek dalej, by w kadr wepchnąć drzewo z lewej. Moim działaniom przyglądał się idący polną drogą człowiek, którego najpierw wziąłem za bezdomnego (gdyż niósł ogromny) wór, ale potem uznałem, że to musi być jakaś fatamorgana. Jestem na zadupiu, domów wokół brak (nie licząc jednego, ale wydawał się niezamieszkały), a tu ni stąd ni zowąd pojawia się facet wyglądający jak dziad borowy. Nie doszło między nami do żadnej interakcji, nawet wokalnej, facet po prostu poszedł dalej, kilkukrotnie jednak się odwracając. Może to jakiś morderca a w worku miał zwłoki? Albo był to worek na zwłoki? Chyba nigdy się nie dowiem, ale nie jest to dla mnie powód do niepokoju. Wróciłem na wiadukt, gdyż według moich genialnych wyliczeń ET40 powinien był się już do mnie zbliżać. Widok w stronę północną jest zaiste imponujący, prosta ma około 8 kilometrów długości, tak więc pociąg widać już z daleka. Przez dłuższą chwilę jednak nic nie było widać. Wspominałem już, że przestało padać? Nie? No więc owszem, przestało, ale nie miało to znaczenia gdyż buty i spodnie miałem już przemoczone od ciągłego biegania po trawie. Od czasu pamiętnej imprezy w Jędrzejowie nie robiło to jednak na mnie żadnego wrażenia.

Minuty i godziny mijały, a Bombowca nie było widać. Pomału zbliżał się czas przyjazdu do Kutna TLK 18152 “Latarnik”, który to prowadziła EP08-001. Po raz pierwszy pojawiło się u mnie przeczucie, że Bombowiec mi ucieknie. Tymczasem od północy pojawiły się światła, ale zwiastowały one jedynie kolejnego “byka” z … dokładnie, węglarkami.

Sytuacji nie ratował fakt, że był to zmodernizowany ET22. Pociąg sobie pojechał, ja zaś wróciłem do samochodu. Niebieskie “F” podawało wprawdzie, że w moją stronę zmierza luźna Tamara jednego z prywatnych przewoźników, ale była daleko i nie miałem pewności czy jej doczekam. Poszedłem więc do samochodu by choć trochę wysuszyć ubranie oraz rozeznać się w mapie dojazdu do linii “poznańskiej”. W pewnym momencie coś mnie jednak tknęło i opuściłem przytulne wnętrze pojazdu. Wszedłem na wiadukt – i w oddali, od strony Zduńskiej Woli zobaczyłem powoli zbliżające się światła. Okazało się, że była to Tamara firmy Protor ze składem wagonów wiozących szyny. Jako ciekawostkę zanotowałem, że pociąg wjeżdżał z toru bocznego na tor szlakowy. Skład toczył się niemiłosiernie wolno, ale w końcu wjechał mi w kadr.

Ucieszyłem się z tego niespodziewanego “bonusa”, jednakże nie była to lokomotywa o której mowa była w komunikacie. Wróciłem jednak do samochodu, gdyż znudziło mi się już czekanie w pozycji stojącej. Po chwili podjąłem decyzję o przemieszczeniu się na linię D29-3, w okolice Kłodawy. Dzięki tej chwili nieuwagi, wjeżdżając już na wiadukt, mogłem w sumie spokojnym wzrokiem zobaczyć, jak ucieka mi luźna Tamara Bartexu. Nie powiem, ciśnienie mi skoczyło. Mając jednak na uwadze fakt, że miałem złapać “rodzyna”, szybko mi przeszło. Ruszyłem więc w stronę Kłodawy. Zaliczyłem po drodze kilka wiaduktów i przejazdów na “węglówce”, ale wszystkie były do niczego.

Dotarłem na miejsce kilka minut po odjeździe pociągu z Kutna, dzięki czemu nie miałem wiele czasu na kombinowanie. Wymarzył mi się kadr na łuku

na przeszkodzie stało jednak rosnące na polu zboże. Co jak co, wandalem zazwyczaj nie jestem, tak więc musiałem znaleźć inną miejscówkę. Wybór padł na próbę zrobienia zdjęcia z fotogenicznym domkiem dróżnika, znajdującym się przy pobliskim przejeździe.

Nie przewidziałem jednak dwóch rzeczy: Tego, że, powyższe zdjęcie wykonano w zimie, a więc jest mniej roślinności oraz tego, że pociąg z racji remontu szlaku pojedzie torem “niewłaściwym” czy jak kto woli “lewym”. Dzięki temu aby wepchnąć go w “mocny punkt”, musiałem sfotografować go gdy był jeszcze dosyć daleko, ale “podpuszczenie” lokomotywy skutkowało by zbytnim zbliżeniem się jej do krawędzi kadru, co w rezultacie wyglądało by brzydko. Można więc rzec, że zdjęcie EP08-001 mam – i tyle.

Nie zdążyłem nawet dobrze się tym zmartwić, gdy przypomniałem sobie o ET40. Czym prędzej pognałem z powrotem na węglówkę, tym razem na wiadukt DK92 nad tą linią, jednakże nie mogąc zaparkować samochodu w miarę rozsądnym miejscu oraz po otrzymaniu informacji o ekspresie kontenerowym prowadzonym “siódemką” Captrain, zmierzającym Węglówką w stronę Starej Wsi, wróciłem w okolice linii “poznańskiej”. Tym razem moim celem okazał się łuk zaraz przed zjazdem z linii “poznańskiej” na “Węglówkę”, które ma tą zasadniczą wadę, iż nie da się z niego szybko dostać w okolice ów Węglówki – czyli jeśli jakiś pociąg jedzie wiaduktem nad D29-3, to nie da rady go pogonić.

Niemal od razu zaskoczył mnie “Berlin-Warszawa Express” zmierzający w stronę zachodnią, dzięki czemu zdjęcie mi nie wyszło. Nie będę jednak ukrywał, że o ile od strony Poznania miejsce ma potencjał, to od strony Warszawy już niekoniecznie. Niezrażony tą porażką (gdyż EU44 była niebieska do bólu) postanowiłem przeparkować samochód, gdyż okazało się, że ruch na tej polnej drodze znajdującej się przy torach był więcej niż duży – co chwilę jechał jakiś samochód, a kierowcy tylko przyglądali się mi ze zdziwieniem. Jeszcze dobrze nie zaparkowałem, gdy w lusterku ujrzałem świecące w oddali światła. Znaczyło to tylko jedno, od strony Warszawy coś się telepało. Czym prędzej wybiegłem z pojazdu i zacząłem szukać miejscówki. Nie udało mi się to, zdjęcie niby wyczekane a wygląda jak OKP.

Tymczasem od strony północnej części “Węglówki” dało się słyszeć Rp1. Szybki rzut oka w rozkład – jedzie “BWE” do Warszawy. Ale chwila, od strony południowej też coś zjeżdża. Captrain! Czyżby wyścig? Jazda równoległa? Kadr sprzyjał, rosnące przy torach maki i chabry nadawały dodatkowego smaczku całej scenie. Niestety, Captrain ewidentnie czekał pod semaforem. Cóż, musiałem dwa razy “popełnić” ten sam motyw. W głębi duszy jednak się cieszyłem, gdyż zapewne BWE zasłoniło by kontenery a może i lokomotywę. “Husarz” niespiesznie się do mnie zbliżył, miałem więc czas żeby dokładnie wymierzyć.

Gdy tylko ostatnie wagony minęły znajdujący się za moimi plecami semafor SBL, siódemka z kontenerami ruszyła a ja mogłem powtórzyć zdjęcie.

Zadowolony z kolejnego złapanego tego dnia “bonusa” zacząłem zbierać się do drogi powrotnej by złapać główny cel. I w tym momencie, gdy mijały mnie ostatnie kontenery pociągu… na wiadukt w oddali zaczęły wspinać się dwie lokomotywy Lotosu ze składem beczek. Albo jedna, dwuczłonowa… Bombowiec. ET40. Uciekał mi, a ja nie mogłem nic zrobić. Gonitwa wąskimi i krętymi drogami nie gwarantowała dopadnięcia tego pociągu. Dopiero wtedy skoczyło mi ciśnienie (i przyznam, że skacze nawet teraz, gdy piszę te słowa, na samo wspomnienie tej sytuacji). Nie będę przytaczał słów które wtedy padły, są mocno niecenzuralne. Zrezygnowany, ruszyłem w stronę domu. W tym samym momencie od strony Warszawy znów pojawiły się światła. Ruszyłem więc czym prędzej w stronę widocznego w oddali przejazdu, by złapać choć jeszcze jeden pociąg. Okazało się, że mogłem się tak bardzo nie spieszyć, gdyż nadjeżdżał kolejny ET22 ze składem niebieskich węglarek wiozących drewno. Zdjęcie zrobiłem

i uznałem, że poczekam na powrót EP08-001, która, jak mi już było wiadomo z pewnego portalu, miała wracać wieczornym “Gałczyńskim”. Postanowiłem do tego czasu wrócić na “Węglówkę”, gdyż skojarzyłem, że jeżdżą dwie sztuki ET40, a więc może nie wszystko stracone i jeszcze mi “bombowiec” w kadr wpadnie. Wybrałem się więc na kolejny, lokalny wiadukt w miejscowości Bylice. Widok z niego był przeciętny, ale nie miałem czasu na dłuższe przemyślenia gdyż od razu od strony południowej pojawiły się światła. Tym razem niebieski byk ciągnął platformy z workami. Od razu pomyślałem, że to może nawozy z Puław, ale plandeka nie taka.

Pociąg sobie pojechał i nim zdążyłem choć pomyśleć o innym kadrze, w oddali znów coś świeciło światłami. Okazało się, że nadjeżdżał pociąg który fotografowałem kilkanaście minut temu jeszcze na linii “poznańskiej”. Mina maszynisty bezcenna!

Po wykonaniu zdjęcia podszedł do mnie tubylec – burek, który od dłuższego czasu oszczekiwał mnie z bezpiecznej odległości. Po obwąchaniu mnie poszedł sobie dalej co i rusz olewając jakiś krzaczek. Obserwację tego fascynującego zjawiska przerwało mi pojawienie się pociągu z drugiej strony, północnej. Jeszcze bardziej niefotogenicznej. Już z oddali było widać, że lokomotywa jest czerwona, co z jednej strony cieszyło, gdyż nie był to kolejny niebieski ET22, ale z drugiej strony takie malowanie mają tylko Vectrony DB. No i Cargo, ale one się w te rejony nie zapuszczają. I faktycznie, w moją stronę całkiem żwawo pomykał ekspres kontenerowy prowadzony lokomotywą firmy Siemens. Pozostało mi wymierzyć i zrobić kolejne całkiem przeciętne zdjęcie.

Pociąg sobie pojechał a na horyzoncie pojawił się obwoźny sklep w postaci starego Mercedesa Sprintera. Zatrzymał się koło zabudowań za wiaduktem. Zdecydowanym krokiem ruszyłem kupić sobie bułkę i może pęto jakiejś kiełbasy o podejrzanym smaku i wyglądzie, niestety, od północy znów coś nadjeżdżało. Pomyślałem sobie: “to się zaczyna robić nudne”. Nadal jednak naiwnie wierzyłem, że to może jedzie drugi z ET40, tak więc wymierzyłem aparat by bardzo szybko przekonać się, że to kolejny ET22… Tym razem z beczkami. “Aha, czyli pewnie do Płocka”.

Z góry przepraszam za kadr, w tamtym miejscu naprawdę nic się nie da sensownego zrobić.

Tego było już za wiele, postanowiłem ruszyć na południe w poszukiwaniu kolejnej miejscówki. Minąłem linię “poznańską” i klucząc po wsiach dojechałem do wiaduktu, który nie wyróżniał się absolutnie niczym na tle innych wiaduktów na “Węglówce”. Tabliczka głosiła, że znajduję się w miejscowości Adamin. Widok w stronę północy był gorzej jak przeciętny, widok od południa prezentował się lepiej. W oddali majaczył nawet znany i lubiany wiadukt w Dąbiu. Zbyt długo jendak skupiłem się na podziwianiu widoków i dzięki temu uciekł mi Dragon Lotosu z beczkami, jadący na południe. Z racji, jak już wspomniałem, marnego widoku nie przejąłem się tym zbytnio. Mną za to zainteresował się przedstawiciel lokalnej sierści, który przeszedł wzdłuż mojego samochodu dzielnie dzierżąc w ręku butelkę taniego wina – nie widziałem jednak nazwy. Co ciekawe, w tylnej kieszeni spodni miał drugą taką butelkę… Tak, wcisnął prytę do tylnej kieszeni spodni. Widok ten tak mnie zaskoczył, że nie byłem w stanie zrobić zdjęcia. “Żulbert” uznał, że nie stanowię zagrożenia i oddalił się chwiejnym krokiem. Szczerze mu kibicowałem, gdyż w razie “wywrotki” cenny płyn (dla niektórych wręcz fizjologiczny) mógłby się rozlać. A to był by smutny widok. Postanowiłem jednak wrócić do głównego celu wyprawy tj. fotografowania pociągów i poszedłem na wiadukt. Wiadukt jak już wspomniałem dosyć standardowy, choć o dziwo wąski – dwa samochody by się nie minęły, ale to chyba już urok wiaduktów na “Węglówce”. Nie zdążyłem dobrze się rozejrzeć, gdy z północy dało się słyszeć “nawoływanie” byka, a po chwili pojawił się on, w całej okazałości. Nadjeżdżał ze składem kontenerów.

Wykonałem pamiątkowe zdjęcie i uznałem, że do czasu przyjazdu “Gałczyńskiego” zamelinuję się w Dąbiu. Szału ni ma, ale sierści też nie. Coś za coś. Na miejsce dotarłem już po kilku minutach. Na kolejny pociąg nie musiałem długo czekać – szkoda, że po raz kolejny tego dnia jechał niebieski byk z węglarkami…

Pociąg pojechał sobie a tymczasem w moje serce znów wstąpiła nadzieja. Otrzymałem informację, że w Zduńskiej Woli Karsznicach widziano jak do drogi powrotnej w stronę Gdańska szykuje się ET40. Oznaczało to, że przy dobrych wiatrach (i może dobrym oświetleniu!) uda mi się jeszcze złapać “bombę”. Tymczasem musiałem zadowolić się kolejnym ET22 ze składem węglarek.

Przyznam szczerze, że miałem już tych byków “dość”. Uznałem, że kolejnego składu niebieskich węglarek prowadzonego taką lokomotywą już nie będę fotografował. Żałowałem też, że nie wziąłem ze sobą żadnej książki, gdyż zaczęło mi się już dłużyć, a do “Gałczyńskiego” pozostawały nadal 3 godziny. Siedziałem więc na wiadukcie oparty o barierkę i myślałem o wszystkim i o niczym. Dlatego też kolejny pociąg zmierzający na północ nie zaskoczył mnie. Tym razem jechała Skoda Lotosu ze składem beczek – może to ten pociąg miał być prowadzony ET40? Nieważne, zdjęcie zrobiłem w celach stricte dokumentacyjnych.

Wróciłem do siedzenia i obserwowania strony południowej, gdyż spodziewałem się, że ET40 może nadjechać w każdej chwili – a szkoda by było tyle czekać i nie zrobić zdjęcia. Jakież było moje zdziwienie, gdy zza moich pleców zaczęło dobiegać miarowe dudnienie. Odwróciłem się i zobaczyłem w oddali światła. Szybki zoom – oho, jedzie ST40. Lub jak kto woli – 311D. W starym malowaniu. Jaki fajny bonus! Słońce nieśmiało zaczęło wyglądać zza chmur, na szczęście na czas przejazdu pociągu schowało się.

Sfotografowany przed chwilą pociąg nie zdążył jeszcze opuścić stacji w Dąbiu, gdy na horyzoncie po raz kolejny pojawiły się światła. Co gorsza, słońce zaczęło poczynać sobie coraz śmielej, przez co pojawiły się u mnie obawy o sens robienia zdjęcia oraz czekania na “Gałczyńskiego”. Nie byłem zaskoczony, że kolejnym wjeżdżającym mi w kadr pociągiem jest niebieski ET22 ze składem węglarek. Kończyły mi się też pomysły na kadry, a właściwie z racji słońca kadr był tylko jeden.

Złamałem tym samym moje postanowienie o niefotografowaniu niebieskich byków z niebieskimi węglarkami. A chyba powinienem. Powoli traciłem nadzieję na pojawienie się “bombowca”. Nie powiem, ruch dopisywał, ale szkoda, że tabor był raczej monotonny. Ożywiłem się trochę gdy dostrzegłem światła od strony Zduńskiej Woli, cały czas licząc na ET40. Tymczasem nadjeżdżał kolejny już tego dnia ET22, ale tym razem ze składem talbotów. “Zawsze to JAKIEŚ urozmaicenie” – pomyślałem. Nie była to moja jedyna myśl. Dzień wcześniej rozważałem wzięcie kamery, ale dobrze, że tego nie uczyniłem. Powstał by gniot, w którym główną rolę grały by niebieskie ET22. Szaleństwo.

Powoli zbliżał się czas, w którym należało ruszyć 4 litery w celu zapolowania na “Gałczyńskiego”. I w tym momencie wyszło słońce. Świeciło idealnie wzdłuż osi toru na linii “poznańskiej”, co w zasadzie grzebało nadzieje na udane zdjęcie EP08-001. Spakowałem wszystkie klamoty do samochodu i w tym momencie, na horyzoncie znów pojawiły się światła. Nadjeżdżał… kolejny ET22, tym razem też z talbotami. Zaryzykowałem i zrobiłem zdjęcie “z kontry”. Przyznam, że wyszło nieźle, jak na kolejne już zdjęcie z tej samej miejscówki.

Mając serdecznie dosyć niebieskich lokomotyw naszego narodowego przewoźnika towarowego, pożegnałem się z wiaduktem i ruszyłem do Krzewia, gdyż nie wiem czemu uznałem, że tam jest szansa na dobre zdjęcie pomarańczowej “ósemki”. W międzyczasie do stacji w Dąbiu dojeżdżał kolejny “Dragon” Lotosu – ale nie miałem już ochoty się zatrzymywać.

Dotarłem na wiadukt DK91 w Krzewiu i z przerażeniem, a może zwątpieniem odkryłem, że co jak co, ale na dobre zdjęcie “Gałczyńskiego” nie mam co liczyć. Gdyby jechał od strony Kutna, to światełko było by prima sort, ale w obecnej sytuacji jechał raczej pod słońce. Ciężko to jednoznacznie określić, gdyż godzina była już dosyć późna i słońce wisiało nisko nad horyzontem, coraz to bardziej rozciągając cienie. Bez żadnych emocji przyjąłem pojawienie się pociągu towarowego od strony Kutna, gdyż prowadził go ET22… Przynajmniej skład dwuosiowych “szutrówek” trochę poprawił wrażenie.

Pociąg zatrzymał się na stacji w Krzewiu, zapewne po to by przepuścić mający się niedługo pojawić pociąg osobowy, mnie zaś pozostało kombinować kadr na “Gałczyńskiego”. Nie mogłem nic wymyślić a co gorsza w oddali widać już było światła pociągu. Zaryzykowałem więc i zrobiłem jedynie możliwy w tamtym miejscu i czasie kadr. Kadr, z którego absolutnie nie jestem zadowolony, ale zdjęcie wrzucam tu ku przestrodze. Czasami warto odpuścić sobie “rodzyna” czy inny “bonus” – gdy nie ma warunków albo są tak podłe jak na zdjęciu poniżej.

“Gałczyński” pojechał w stronę Kutna, mnie zaś pozostało spakować się i ruszyć w drogę powrotną do Łęczycy. “Bomby” nie złapałem, “świnia” mi nie wyszła – ale wiem, że jeszcze w te wakacje wrócę w te okolice. Będzie szansa poprawić zdjęcia i zmazać tą plamę.

A może jednak “krokodyle”?

Wpisane w Naszymi oczami

Zostaw komentarz