.::Kolejowy Lublin::.
Aktualności: infrastruktura, wypadki, imprezy, rozkład jazdy, tabor

Objazdy, objazdy! II

wrzesień 14th, 2017 by Kręzel Michał

Remont, przepraszam – modernizacja “siódemki” trwa w najlepsze. To znaczy, pierwsza jego faza, czyli zrywanie nawierzchni i demontaż sieci trakcyjnej. Ruch towarowy już w całości kierowany jest na objazdy po liniach: 30-tce, 65-tce, 68-ce czy też 69-tce. Nasz pierwszy wypad na objazdy nie obfitował w ruch towarowy, niemniej sytuacja poprawiła się. Tym razem jednak kolegę Karola zastąpił kolega Konrad, który namówił mnie na wspólny wypad w kierunku pięknego Roztocza. Caroos wyraził na początku zainteresowanie wyjazdem, ale potem z niego zrezygnował.

Kolega nigdy jeszcze nie był w Kanionie, czyli obowiązkowym punkcie każdej wycieczki na Roztocze. Ja byłem już wielokrotnie, ale nie udało mi się tam jeszcze nigdy ustrzelić pociągu jadącego po torze normalnym. Tym razem liczyłem, że nam się poszczęści – w końcu węgiel do Połańca jeździ właśnie tamtędy a kto wie, może i inny “bonus” się trafi? Na przeszkodzie stały dwie rzeczy – brak samochodu (gdyż trwa właśnie naprawa mojego zderzaka, w który w maju pewna pani wjechała) oraz pogoda – gdyż zapowiadało się, że początek września będzie deszczowy. Problem nr 1 wyeliminował Konrad, który zdecydował, że pojedziemy jego samochodem. Problem nr 2 też się rozwiązał, gdyż prognoza wskazywała, że będzie może nie bardzo ciepło, ale przyzwoicie.

Ruszyliśmy więc 2 września rano w stronę Biłgoraja. Od razu napotkaliśmy kilka “wahadeł”, niestety chodzi tu o wahadła na drodze, a nie wahadła z węglem… Po drodze rozmawialiśmy o grze naszych “Orłów” w meczu z Danią (całe szczęście nie oglądałem), poruszaliśmy też inne tematy, nie wchodząc jednak w żadne tematy filozoficzne. Z dyskusji wynikało, że Kondzio liczy na pojawienie się ST45 z towarem, choć miał świadomość, że Roztocze to królestwo ST48. Obowiązkowego postoju na Orlenie po kawę i hot-doga nie było, ostatnio jednak jakoś nie mam ochoty. Podróż przebiegła bez przeszkód i po dojechaniu do Zwierzyńca zostałem mianowany nawigatorem. Dobrze pamiętałem jak dojechać na miejsce tj. do Szozd, dlatego też nie zabłądziliśmy jak to się czasem zdarza. Dojechaliśmy do wsi i od razu nastąpił pierwszy zgrzyt, gdyż przez przejazd przetaczał się właśnie pociąg po “szerokim”, zmierzający w stronę Biłgoraja. Nie próbowaliśmy go gonić, szkoda samochodu. Trudny podjazd sprawił jednak, że prowadząca ów pociąg “turbotamara” znacznie zwolniła bieg. Na wiadukt dotarliśmy mniej więcej równo z lokomotywą, ale nie było sensu ani wyciągać kamery ani też aparatu. Pociąg pojechał sobie, Konrad zaczął montować swój majdan (gdyż posługuje się tylko kamerą), ja zaś sprawdziłem parametr, zaszlochałem i wróciłem do samochodu. Prognoza pogody wskazywała, że będzie pochmurno, ale w miarę przyzwoicie. Tymczasem chmury zeszły do poziomu gruntu, dzięki czemu nawet krótkie przebywanie poza pojazdem skutkowało nabraniem solidnej dawki wody. Temperatura także nie była sprzyjająca, gdyż termometr niby pokazywał 14 stopni – ale wskazanie to dzięki wiatrowi spokojnie można było podzielić na pół. Kondzio stwierdził, że to “jakaś masakra”, ja zaś dałem sobie spokój z wyrażaniem opinii. Liczyłem, że pogoda jak najszybciej się “przetrze”. I faktycznie, po chwili przestało padać a ja mogłem otworzyć drzwi. Nie minęła minuta, gdy zaczęło mi się wydawać, że słyszę coś od strony Biłgoraja. Powiedziałem o tym Konradowi, który potwierdził, że chyba coś jedzie. Wygramoliłem się więc z pojazdu i przygotowałem do strzału. Pierwszym pociągiem tego dnia okazał się być… ST40s ze składem węglarek. Jechało, pstrykłem, szału ni ma.

Pociąg sobie pojechał, my zaś rozpoczęliśmy oczekiwa… Coś zatrąbiło od strony Zwierzyńca. I nie był to “Vader”, gdyż na pewno zdążył już minąć przejazd. Czyli coś po normalnym! I faktycznie, po chwili ukazały się światła. Nadjeżdżał pierwszy “objazdowy”, dwie turbotamary ciągnęły skład węglarek. Aha, czyli “Połaniec”. Konrad odpalił kamerę, ja zaś ustawiłem się do strzału w jedynym na całym wiadukcie w Kanionie miejscu, z którego zdjęcia zawsze wychodzą na 110%. Pamiętając, że ST44 LHS zazwyczaj okropnie męczą się z podjazdem, byłem pod wrażeniem prędkości, z jaką lokomotywy wciągały skład pod górę. Poczekałem, aż stalowy wąż ułoży się w kształt litery “S” (a właściwie odwróconej litery “S”) i nacisnąłem spust w aparacie. Zdjęcie wyszło elegancko, tak jak chciałem.

Dodatkowo strzeliłem jeszcze raz, by mieć numer drugiej maszyny. Konrad także był zadowolony z filmu. Wróciliśmy do samochodu i zaczęliśmy dyskusję o kolejnej “miejscówce” w trakcie tego wypadu. W końcu ileż można zrobić zdjęć z wiaduktu w Kanionie? Dyskusja trwała dłuższą chwilę, po czym kolega zaproponował kawę z termosu. W tym momencie zaczęło mi się wydawać, że coś znów walczy z podjazdem od strony Biłgoraja. Podzieliłem się tym wrażeniem ze współwypadowiczem i ruszyłem, by sprawdzić jak wygląda kolejny potencjalny kadr. Podczas mojego ostatniego pobytu w tym miejscu zrobiłem już zdjęcie pociągu jadącego z tamtej strony, ale tym razem liczyłem, że będzie to pociąg po torze normalnym. W międzyczasie pojawił się kolega, który od razu rozstawił sprzęt. W samą porę! Ledwie skadrował a na horyzoncie pojawiły się światła. Po torze normalnym! Przybliżyłem – ST45. W trakcji podwójnej! Konrad odpalił kamerę. Pociąg jechał wolno, bardzo wolno. W pewnym momencie wydawało mi się, że się zatrzymał. Po chwili ruszył jednak dalej. Dobrze, że mamy to na taśmie! Starannie zaplanowałem kilka kadrów i czekałem, aż pociąg wjedzie w pierwszy z nich. Ciach! Zdjęcie nr 1 zrobione. Ciach! Zdjęcie nr 2, inny kadr, zrobione. Jeszcze tylko drugie zdjęcie, potrzebne by mieć numer drugiej maszyny. Szybko zniknąłem z Konradowi z kadru, gdyż myślałem, że będzie obracał kamerę.

Już po tym zdjęciu mogłem uznać wypad za udany. Konrad wspomniał, że w sumie możemy się już zbierać z tego miejsca, gdyż on też ma już pożądany materiał. Zaczęliśmy więc głośno rozmyślać o następnej miejscówce. Padały różne propozycje – Biłgoraj, Ciosmy, Huta Krzeszowska… Niestety, infobox Lubelskakolej.net milczał na temat ewentualnych pociągów jadących w naszą stronę. Podano tylko informację, że dwa turbofiaty które złapaliśmy to miał do Werbkowic. Dyskusję po raz kolejny przerwał sygnał “Rp1” dobiegający od strony Szozd. Pokuśtykałem więc na wiadukt, gdyż o ile Konrad może filmować z różnych miejsc, o tyle moje pole manewru jest mocno ograniczone. Mogłem co prawda wrócić do samochodu po “szeroki kąt”, jednakże całość jako kompozycja “nie widziała mi się”. Naszym oczom ukazał się tymczasem ST40s, a właściwie duet tych lokomotyw, z pokaźnym składem węglarek. Powtórzyłem więc kadr z poprzedniego zdjęcia, tak samo wyczekując aż pociąg malowniczo “zawinie się” na łukach.

Pociąg już prawie mnie minął, gdy na horyzoncie znów pojawił się światła! Oznaczało to ni mniej ni więcej, że po normalnym też coś jedzie! Przybliżyłem – kolejne dwie turbotamary zmierzały w moją stronę z ładownym “Połańcem”. Próbowałem się dodzwonić do Konrada (gdyż został na górce), ale nie odbierał. Obawiałem się, że odwrócił kamerę i nie obserwuje tego, co się dzieje za plecami. Turbotamary tymczasem raźno zmierzały w pod górę, jak gdyby te 2800 ton “na haku” nie stanowiło dla nich większego problemu. Przymierzyłem, powtarzając po raz trzeci ten sam kadr. Na szczęście w ostatniej chwili pojawił się ciągnik, który wymusił na mnie delikatną korektę kompozycji – ale można powiedzieć, że wzbogacił kadr.

No i turbotamara jechała ładniejszym “dziobem” do przodu, co też ma według mnie wpływ na odbiór tego zdjęcia. Szkoda, że nie jechały te dwie minuty wcześniej, mielibyśmy wyścig.

Tego dobrego było już za wiele, postanowiliśmy ruszyć się dalej. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy przystanku w Szozdach, gdyż kolega postanowił zrobić drobne rozpoznanie. Wrócił do samochodu nie znajdując czegokolwiek ciekawego i powiedział mi, że od dawna planuje odwiedzić “miejscówkę” znajdującą się niedaleko od aktualnego miejsca. Ruszyliśmy więc przez wieś, odprowadzani wzrokiem przez wiejski monitoring, a następnie przez pola i lasy. Tu naprawdę przydał by się mój samochód, dla niego takie warunki to spacerek. Udało nam się jednak dotrzeć na miejsce bez urwania jakiegokolwiek ważnego elementu tudzież przedziurawienia miski olejowej, co uznałem za pewnego rodzaju sukces. Miejsce prezentowało się świetnie. To znaczy patrząc w kierunku Zwierzyńca, w stronę Biłgoraja było w najlepszym przypadku kiepsko. Nie zdążyłem jednak dokładnie się rozejrzeć, gdy od strony Roztoczańskiego Parku Narodowego pojawiły się trzy światła, które dodatkowo zbliżały się w szybkim tempie. Wyciągnąłem aparat i zrobiłem dwie foty. Pierwsza wyszła świetnie, druga gorzej – ale prezentuję tylko drugą. Dlaczego? Postanowiłem, że pierwszy kadr pokażę przy okazji bardziej okazałego składu – gdyż pociągiem, który wjechał mi w kadr okazała się SM42 z dwoma wagonami socjalnymi…

Poza tym, to zdjęcie, choć gorsze, złe nie jest. Jak na standardy OKP oczywiście.

Rozpoczęło się kolejne tego dnia oczekiwanie. Dodatkowym minusem tego miejsca był fakt, że telefony komórkowe mogły służyć za zaawansowane kalkulatory, aparaty fotograficzne, krokomierze – słowem robiły wszystko, tylko nie można z nich było zadzwonić. Nawet siła czterech sieci nie dała rady. Komplikowało to mocno sprawę, byliśmy odcięci od informacji – jakże istotnych w naszym “fachu”. Przedłużający się marazm sprawił, że poszedłem szukać grzybów. Nie dane mi było jednak dobrze się rozejrzeć, gdyż od strony Biłgoraja coś paskudnie zatrąbiło. Słyszałem już ten sygnał dźwiękowy, ale nie mogłem dodać dwa do dwóch, a właściwie przypomnieć sobie która z naszych wspaniałych modernizacji ma taką trąbę. Liczyłem, że to może prywaciarz – i z taką myślą dobiegłem na miejscówkę. Okazało się, że miejsce jest tragiczne, ale nie było czasu szukać innego. Od Kanionu z górki, dlatego też nasz kolejny “kadrowicz” pojawił się bardzo szybko. Dwa “turbofiaty” (albo jak kto woli “paskudy”) ze zwrotem węglarek, pewnie znów “Połańca”. Wycelowałem i popełniłem gniota, mimo wszystko szkoda było nie zrobić zdjęcia.

Jeszcze nie umilkły echa przejazdu tego pociągu, a znów zaczęło mi się wydawać, że w naszą stronę zmierza coś od Biłgoraja. I faktycznie: przeciągłe, czysto gagarinowe Rp1 oznajmiło, że tym razem jedzie coś po LHS-ie. Przeszedłem więc na drugą stronę torów, ale miejsce ani trochę nie zaczęło prezentować się lepiej. Wielka szkoda, ponieważ w naszą stronę zmierzały dwa “zielone” ST44 – coraz rzadszy widok na “szerokim”. Wycelowałem, strzeliłem, żałuję, że w takim miejscu.

“No, to teraz coś po normalnym od Szczebrzeszyna i możemy jechać dalej”. Żeby jeszcze coś chciało pojechać… Odkryłem, że przechodząc przez przejazd i idąc do lasu, w kilku miejscach jest szansa złapać zasięg – czyli zasięgnąć informacji z boxa. Niestety, moje odkrycie nie zawsze się sprawdzało, tak więc nadal nie wiedzieliśmy “Co i gdzie jedzie?”. Miało to swój urok – powrót do starych czasów, gdy człowiek czekał na szlaku nie wiadomo na co. Albo bonus pojechał, albo nie. Mamy jednak XXI wiek i ta “technika polowania” jest już przestarzała. Z żalu wypiłem ciepłe piwo – i zrobił się ruch. Żartuję, co prawda pojechał kolejny pociąg, ale nie dość że na ST40s, to do tego znów od Biłgoraja…

Tym razem, jak widać, nie próbowałem wymyślić koła, ot standardowe zdjęcie, chyba tylko po to, żeby było czym zapchać galerię. Pociąg sobie pojechał, nie sprawdziły się jednak przepowiednie Konrada, że “teraz pojedzie coś po normalnym, bo one tak jeżdżą w parach”. Znowu nastała błoga cisza. Udało mi się “wdzwonić” na boxa, ale nie znalazłem tam jakiejkolwiek przydatnej informacji. W międzyczasie, niedaleko nas zaczął kręcić się traktor, którego kierowca ładował drzewa na przyczepkę. Nie robił sobie nic z naszej obecności, jedynym kto się do nas pofatygował był towarzyszący mu pies. Czworonóg nie znalazł jednak nic ciekawego i też sobie poszedł. Tymczasem od strony Zwierzyńca jakby… Jakby… Konrad odpalił kamerę, ja zaś ustawiłem się w pozycji do strzału – i “zza węgła” wyjechał szerokotorowy “gagarin”, a właściwie duet tych maszyn. Niestety, miejsce dużo bardziej nadawało się na pociąg normalnotorowy, niemniej nie mogłem narzekać. Poczekałem, aż skład zacznie delikatnie wchodzić w łuk i nacisnąłem spust aparatu.

I kolejny skład na kliszy. Oraz taśmie. Nadal brakowało nam jednak pociągu po torze normalnym. Po raz kolejny próbowałem “wdzwonić” się na boxa, ale tym razem mi się nie udało. Telefon uparcie udawał, że nie widzi nadajników. Także “NaSzlakuFM” uparcie milczało. Żałowałem, że nie wziąłem ze sobą książki, na pewno umiliła by czas oczekiwania. Gdy po raz kolejny dało się słyszeć Rp1 od strony Szozd, nie miałem już chęci na zrobienie zdjęcia. “No ileż można?! Dawać coś po normalnym od Szczebrzeszyna!”. Jechał jamnik z mieszanym składem. Niestety, miejsce było jakie było, tak więc nie udało się pokazać całego, dosyć pokaźnego zresztą składu. Samo zdjęcie też nie jest bardzo szałowe.

Kolega zaczął kręcić nosem, gdyż on, wzorem mojej skromnej osoby, obrał jeden stały punkt – generalnie celował cały czas w stronę Szczebrzeszyna. Z tego powodu każdy pociąg od Biłgoraja, choć nie był niemile widziany, to jednak mógłby jechać od granicy. W międzyczasie wydawało mi się, że w oddali słyszę gong rogatek dobiegający od strony Zwierzyńca. Jako, że najbliższy przejazd z rogatkami znajdował się 3 kilometry dalej, w Zwierzyńcu Towarowym, uznałem, że mi się przesłyszało. Konrad jednakże potwierdził, że “gdzieś coś dzwoniło”. Box nadal uparcie milczał, poszedłem więc na grzyby. Nie znalazłem ani jednego, w zamian za to coś znów zatrąbiło od strony Kanionu. Tym razem nadjechał… luźny Traxx LOTOSU!

Mogło to oznaczać dwie rzeczy: albo trafi nam się niedługo jakiś pociąg z Klemensowa, albo będziemy mieć mniej szczęścia i maszyna o ile jedzie do Klemensowa, to zostanie tam na noc. Z drugiej jednak strony pamiętałem, że podczas ostatniego wypadu Traxx zwiastował wyłącznie dobre wieści, gdyż przyprowadził skład do ZT w Bodaczowie i zaraz wracał luzem. Przekazałem tę poniekąd dobrą wiadomość Konradowi, ale on uznał, że moja radość jest przedwczesna – poczekamy, zobaczymy. NaSzlakuFM podało tymczasem, że coś od strony Zwierzyńca miało ruszyć zaraz po tym jak się węgiel od Biłgoraja dotelepie… Czym prędzej pobiegłem wzdłuż torów, przedzierając się przez chaszcze, potykając raz i drugi (ale na szczęście bez następstw), ponieważ za wszelką cenę chciałem zmienić kadr. Niestety, po dobiegnięciu mniej więcej do drugiego łuku “eSki” widocznej na poprzednim zdjęciu zorientowałem się, że miejsce… nie wygląda tak dobrze jak to z daleka wyglądało. Odległe, ale narastające dudnienie uświadomiły mi jednak, że albo tu – albo wcale. Nadjechały dwie turbotamary (albo jamniki) ze składem próżnych węglarek. Zdjęcie wyszło nieźle, choć myślałem, że będzie lepsze.

Po przejeździe pociągu zorientowałem się, że mam za plecami coś na kształt górki. Dlaczego nie wypatrzyłem jej wcześniej? Nie wiem. Cóż, będzie powód by wrócić tam ponownie. Tymczasem musiałem szybko przemieścić się na miejsce naszego stałego bazowania, gdyż od miejsca gdzie stałem do Szczebrzeszyna były raptem 3 kilometry. Niby dużo, ale tajemniczy głos mógł być jedynym pociągiem w tym kierunku tego dnia. Pobiegłem więc przez las, to znaczy biegłem przez pierwsze 400 metrów, bo potem nie byłem już w stanie. Nie pokonał mnie ból nogi a marna kondycja. Udało mi się jednak dotrzeć z powrotem na wymarzone miejsce. Kolejny pociąg pojawił się dosłownie po minucie – ST45 ze składem węglarek. Przymierzyłem, wyczekałem… I voila!

Miałem swoje upragnione zdjęcie, a Konrad – upragniony film. W sumie to powinniśmy już zacząć powrót do domu, ale ten Traxx nie dawał mi spokoju. Przekonałem więc kolegę, że powinniśmy jeszcze trochę zaczekać. Poza tym wypatrzyłem lepszy kadr w przypadku, gdyby coś od Szczebrzeszyna zechciało pojechać po “szerokim”. Box informował, że pociąg który nas minął to zwrot węglarek z Bełżca oraz o postoju dwóch turbofiatów z miałem do Werbkowic na stacji w Zamościu. Tymczasem na przejeździe zatrzymał się rowerzysta, spojrzał na nas, zapytał: “Panowie, tu jakiś film kręcą?”, ale po naszym zaprzeczeniu pojechał sobie dalej. W poszukiwaniu zaginionego sygnału GSM zacząłem oddalać się coraz bardziej od przejazdu, ale krótkie Rp1 od strony Zwierzyńca przywróciło mnie do porządku. Miałem okazję wykorzystać kadr który wymyśliłem. Co prawda tabor, tj. dwie sztuki ST40s to nie jest szczyt marzeń, ale na bezrybiu…

Zdjęcie wyszło dokładnie tak jak chciałem. Trochę szkoda, że nie pojechały klasyczne zielone gagariny z żółtym czołem. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Tymczasem parametr jakby zaczął trochę lecieć w dół. Na szczęście było to tylko chwilowe, a na horyzoncie widać było nawet niebieskie niebo. Gdyby tylko jeszcze jeden pociąg chciał pojechać od Szczebrzeszyna. Oczywiście w słoneczku! W sumie to pojechał, ale nie od Szczebrzeszyna i nie w słońcu… Kolejny zwrot “Połańca”. “Niezawodny” kadr, ale i tabor nie porywa.

Nadal wierzyłem, że Lotos wkrótce nadjedzie. W końcu od pojawienia się go minęły już dwie godziny, a więc jeśli miał już wracać z Klemensowa, to czas był najwyższy. Niestety, znów zaczęła dominować cisza, przerywana jedynie smętnie wiejącym wiatrem. Przyznam, że pojawiły się dyskusje o zakończeniu tej przygody i powrocie do Koziego Grodu. W słowo weszło nam jednak NaSzlakuFM które doniosło, że coś jedzie od Biłgoraja i będzie się krzyżować z Lotosem w Szczebrzeszynie. A więc było na co czekać! Niestety, nie dość, że miejsce było nieszczególne, to dodatkowo tu i ówdzie zaczęło przebijać się słońce. Szkoda, że teraz a nie jak ST45 z Bełżca jechał! Teraz słońce przebijało się idealnie na zbliżający się od zachodu “pociąg widmo”. Przeszedłem więc przez przejazd by znaleźć pomysł na jakiś kadr. Niestety, pomysłu brak, tak więc musiałem powtórzyć kadr z pierwszego “Połańca”. Pociągiem okazała się być zmodernizowana stonka Lotosu ze składem wagonów NACCO. Szkoda, że nie jechała od strony Zwierzyńca. Zdjęcie zrobiłem, a jakże, ale jestem trochę zawiedziony. Gdyby chociaż słońce nie utrudniło sprawy…

Nie byłbym sobą, gdybym nie wlazł Konradowi w kadr, dzięki czemu film będzie ucięty… Na szczęście kolega wykazał się dużą dozą wyrozumiałości. Pozostało czekać na Lotos-a od strony Szczebrzeszyna. Moje genialne obliczenia wskazywały, że pojawi się on za około 40 minut. W międzyczasie słoneczko sobie poszło, a co gorsza parametr zaczął niebezpiecznie lecieć w dół. O ile ja w aparacie mogłem jeszcze trochę “pokręcić”, to dla kolegi osiągane wartości stawały się pomału wartościami granicznymi. Nie mogliśmy jednak odpuścić pociągu o którym wiedzieliśmy. Niestety, zasięg telefonu nie chciał się pojawić, nie mogliśmy więc podzielić się ze światem informacją o Traxxie. W końcu nadjechał… Ciągnąc cysterny. Czyli nie pociąg z Klemensowa, a z Bortatycz. To dlatego tyle mu się zeszło!

Mogliśmy spakować się i ruszyć do domu. Wracaliśmy przez Zamość, gdyż pomimo dłuższej odległości droga zdawała się być szybszą alternatywą niż będąca w ciągłym remoncie droga do Wysokiego. Przed Zwierzyńcem tknęło mnie, żeby spojrzeć na Boxa, ale ostatecznie tego nie zrobiłem. Mijając Szczebrzeszyn zobaczyłem niezmodernizowaną “tamarę” prowadzącą mieszany skład w stronę Biłgoraja… Nie było szans żeby ją gdzieś dogonić. Zajrzałem na Boxa a tam: jedzie rzeczona tamara, jedzie stonka Lotosu, jedzie Lotos. Czyli gdyby nie brak internetu, to mielibyśmy kolejny fajny skład. Dowiedzieliśmy się także o pociągu z Werbkowic, ale w Zamościu miał już być po zmroku. Wracając, w Krasnymstawie trafił nam się jeszcze skład talbotów TradeTrans prowadzonych dwoma ST45, które miały poważny problem by z tym pociągiem jechać po szlaku, ale warunki nie pozwalały już na zrobienie zdjęcia.

To był bardzo udany wypad, zarówno pod względem ruchu (więcej pociągów na normalnym niż na szerokim!) oraz pod względem zdjęć. Nowa miejscówka zaliczona, będzie co opowiadać. No i to na pewno nie jest ostatni wyjazd na objazdy po Roztoczu.

Z tego miejsca chciałbym podziękować koledze za współudział w wypadzie.

Wersja ruchoma -> LINK

Wpisane w Naszymi oczami

Zostaw komentarz