.::Kolejowy Lublin::.
Aktualności: infrastruktura, wypadki, imprezy, rozkład jazdy, tabor

Retrospekcja – Krokodyle z Adamowa

wrzesień 9th, 2017 by Kręzel Michał

Choć wyprawa w celu zarchiwizowania “na kliszy” pociągów przemierzających szlaki (to chyba za duże słowo) znajdujące się na terenie Kopalni Węgla Brunatnego “Adamów” w Turku miała miejsce w lipcu 2015 roku, to z nieznanych mi powodów nie została opisana. Zapewne winne jest tu moje lenistwo, gdyż kolej kopalni “Adamów” jest bardzo ciekawa z kilku powodów: przede wszystkim sieć torów jest niewielka, skupiona na obszarze około 6 kilometrów. Wikipedia podaje, że jej długość wynosi 30 kilometrów, ale to dane jeszcze z czasów, gdy pracowały wszystkie odkrywki. Obecnie ruch odbywa się tylko na jednym, krótkim odcinku sieci. Po drugie, napięcie zasilania w sieci trakcyjnej wynosi 2,4 kV. Po trzecie, jeżdżą po niej lokomotywy serii LEW EL2 zwane “krokodylami”. No i po czwarte – sieć nie jest połączona w żaden sposób z siecią PKP. Jedyne połączenie sieci ze światem możliwe było poprzez Kaliską Kolej Dojazdową, po której zostały jedynie wąskie tory, a ruch zamarł. Stacja styczna znajdowała się na terenie elektrowni w Turku.

Wyprawa w okolice Adamowa była wynikiem spontanicznej decyzji, gdyż od dawna planowałem “zapolować” na gady kursujące po liniach KWB Konin, ale okazało się, że do Turku mam bliżej. Zaopatrzyłem się więc w trochę niezbędnej wiedzy geograficznej, prowiant oraz w kamerę, gdyż uznałem, że warto nie tylko robić zdjęcia, ale też i coś na taśmie nagrać. Decyzji tej miałem potem trochę żałować – ale nie uprzedzajmy faktów.

Wyruszyłem 1 lipca, w środę, około godziny 7:30 rano z Łęczycy. Słoneczko raźno przygrzewało a i droga się nie dłużyła, dzięki czemu do celu, Turku, dotarłem po 50 minutach. Odpaliłem nawigację i skierowałem się w stronę miejscowości Chlebów. Przejeżdżając przez Turecką Strefę Inwestycyjną zauważyłem, że po torach wąskotorówki prowadzących do elektrowni nie pozostał nawet ślad. Minąłem elektrownię i po raz pierwszy zetknąłem się z celem mojego wypadu – koleją. Wiaduktem szła linia do odkrywki Władysławów, zamkniętej już parę lat temu. By na tym wiadukcie spotkać pociąg, a właściwie lokomotywę luzem, trzeba mieć bardzo dużo szczęścia. Rzadko zapuszcza się na nią samotna EL2 by dokonać inspekcji szlaku pod kątem ubytków w sieci i torze. Mnie zaszczyt ten nie “kopnął”, pojechałem więc dalej. Linia do odkrywek “Koźmin” w Bogdałowie i “Adamów” biegła po prawej stronie drogi. Niestety, pierwsze wrażenie nie było pozytywne – cały czas krzaki i drzewa… Niezrażony jednak tym faktem minąłem znajdujące się w Chlebowie dwa przejazdy i pognałem dalej, w stronę miejscowości Warenka. Pognałem to może za duże słowo, gdyż droga nie należała do kategorii DDP (Dróg Dużych Prędkości) a raczej miała status “lokalnej”. Z ograniczeniami do 40 km/h i innymi niespodziankami.

W Warence zobaczyłem, że w prawo odbija jeszcze bardziej lokalna, ale nadal asfaltowa (co w tamtych okolicach nie jest tak oczywiste) droga – i skręciłem tam. Widok nie był taki zły. Ptaszki ćwierkały, chrząszcze chrzęściły, w oddali majaczył komin elektrowni, drzewa stanowiące całkiem przyjemne tło tego krajobrazu oraz światła pociągu jadącego w moim kierunku. W ŻYCIU TAK SZYBKO NIE ROZSTAWIAŁEM CAŁEGO MAJDANU, czyli kamery na statywie. Zupełnie niepotrzebnie, pociąg nie osiąga kosmicznej prędkości, określił bym ją raczej jako mocno wąskotorową (co można zauważyć na filmie, do którego link znajdzie się na końcu mej opowieści).

Spokojnie odpaliłem kamerę, oddaliłem się na parę kroków i czekałem na strzał.

Widoczny na zdjęciu semafor osłania rozjazd do odkrywki “Adamów” oraz bazy taboru zwanej lokomotywownią. Pociąg sobie pojechał, ja zaś uznałem to za dobry początek dnia. Wyłączyłem kamerę i postanowiłem ruszyć dalej, w stronę odkrywki “Koźmin”.

Mijając bramę kopalni żałowałem, że nie napisałem maila z prośbą o możliwość wejścia i zrobienia zdjęć na terenie lokomotywowni. Cóż, jak zwykle mam problemy z myśleniem… Pojechałem więc w stronę “Koźmina”. Linia tym razem znajdowała się po lewej stronie szosy. Na początku pojawiła się polanka wraz z niewielkim wzgórzem, niestety bez możliwości zrobienia z niego zdjęcia – gdyż było pod słońce. Potem linia wjeżdżała w las i stan ten utrzymywał się aż do ładowni. Niestety, zaraz za skrajnią zaczynała się roślinność, tak więc zrobienie tam zdjęcia o ile nie było niemożliwe, to raczej nie przedstawiało by większej wartości artystycznej. Ot, czoło lokomotywy “w krzokach”. Dlatego też, gdy dotarłem już do ładowni (co nie było prostą sprawą, gdyż od kopalni droga zrobiła się dużo bardziej teoretyczna) i ujrzałem ruszający pociąg, pod mym nosem dało się słyszeć ciche przekleństwo. Postanowiłem jednak nie wracać w okolice Warenki ani Chlebowa, a przyjąć bitwę na warunkach przeciwnika. Niestety, z racji teoretyczności drogi nie byłem wstanie dużo “odsadzić” pociągu, dlatego też gdy dotarłem już na wspomnianą wcześniej polankę, pozostało mi tylko wyskoczyć z samochodu i wycelować. Kamery nie zdążyłbym rozstawić. Zdjęcie wyszło… Po prostu wyszło.

Trochę szkoda, że tak a nie inaczej, gdyż okazało się to być moim pierwszym i ostatnim zdjęciem z odcinka do ładowni “Koźmin”. Teraz wykonanie takiego zdjęcia jest już niemożliwe, odkrywka jest zamknięta. Muszę jednak przyznać, że ciężko było by tam zrobić lepsze zdjęcie. Chyba, że po południu albo w pochmurny dzień. Ale tego dnia po południu wszystkie pociągi jeździły już z “Adamowa”. Niepocieszony tym faktem ruszyłem do Chlebowa gdyż liczyłem na to, że teraz pojedzie jakiś pociąg od strony elektrowni. Dotarłem w okolice skrzyżowania z lokalną drogą, przekroczyłem przejazd i rozłożyłem się w okolicy domu mieszkalnego. Siedzący na ławce starszy pan nie wydawał się ani trochę zaskoczony moim widokiem. Będąc człowiekiem kulturalnym (choć kilka osób pewnie ma inne zdanie) zapytałem, czy mogę tu poczekać na pociąg. Pytanie było zasadne, teren ewidentnie należał do rzeczonego jegomościa. Pan nie widział jednak jakichkolwiek problemów najpewniej orientując się, że i rejestracja z zamorskich krain a i człowiek z tych krain ma obłęd w oczach. Wycelowałem więc kamerę w stronę elektrowni, choć miałem dziwne przeczucie, że zostanę wyrolowany. Tak też się stało. Nieodległe trąbnięcie zza pleców uświadomiło mi, że coś zbliża się do mnie od strony kopalni. Kompozycja była bardziej niż przeciętna, dlatego też nawet nie zawracałem sobie głowy odwracaniem kamery. Za motyw służył mi betonowy płotek. Cóż mogę powiedzieć – jechało, pstrykłem.

Czy jestem zadowolony ze zdjęcia? Nie. Ale 100% satysfakcji to chyba tylko w reklamach. No i zawsze 9-ciu na 10-ciu dentystów poleca, a nie wszyscy. Swoją drogą, jeśli dentysta poleca pastę do zębów, to musi być ona niedobra. Gdyby była dobra to by jej nie polecał, bo miał by przez nią mniej pracy. Policzyłem, że tym razem MUSI mi dopisać szczęście i następny pociąg pojedzie od strony elektrowni. Tymczasem zainteresowały się mną dzieci z pobliskiego domu, które podbiegły i zaczęły zadawać pytania o cel mojej wyprawy. Odpowiedziałem im zgodnie z prawdą i aktualnym stanem mojej wiedzy na wszystkie ich pytania, zostały jednak przywołane do porządku przez nadal siedzącego na ławce człowieka. “Nie przeszkadzajcie panu!” – zagrzmiał. Widok w stronę elektrowni rysował się całkiem nieźle, choć lepiej wyglądał by na jesień/w zimie, bez liści na drzewach. W lipcu widać było – komin, chłodnie kominowe i ruch w oddali. Tym razem byłem gotowy, ale jak znów widać na filmie – nie było pośpiechu. Pociąg zmierzał dostojnie w moją stronę, ja zaś mniej dostojnie wycelowałem w jego stronę i strzeliłem.

Tak drogie dzieci powstają chmury

Zdjęcie mogło wyjść lepiej, tak więc do tego miejsca będę się musiał przymierzyć w czasie kolejnego wypadu tam. Pomijam już, że chyba obróbka lekko leży i zdjęcie jest zwyczajnie zbyt żółte (ale już nie chce mi się go poprawiać), ale mogłem odejść dalej od torów i pokazać wszystko szerzej. Inna sprawa, że wtedy chyba chłodnie kominowe by się nie załapały, ale mam nadzieję, że w listopadzie tego problemu nie będzie – o ile do listopada będzie tam coś jeszcze jeździć. Pożegnałem towarzystwo i udałem się w stronę kopalni, na kolejny przejazd. Ten był dla odmiany przejazdem na wskroś polnym, w dodatku widok od strony elektrowni prezentował się gorzej jak biednie. Nie dane mi było jednak zbyt długo utyskiwać z tego powodu, gdyż na horyzoncie… pojawiły się światła! Noż w gorszym miejscu już nie mógł się trafić… Cóż było robić? Kamera została w samochodzie, ja zaś wycelowałem aparat. Trochę szkoda, że miejsce takie a nie inne, ponieważ w moim kierunku zmierzała jedyny zmodernizowany w ZNLE Gliwice “Krokodyl”. Pantografy połówkowe, inny układ świateł – jakbym widział tuningowanego EN57.

Widok w drugą stronę nie przedstawiał się znacząco lepiej, głównie za sprawą słupów stojących zaraz obok torów. Wymuszało to stosowanie dłuższej ogniskowej a i tak słupy pałętały się w kadrze. Dla filmowca nie jest to problem, dla zdjęciopstryka takiego jak ja – już tak. Tego dnia byłem akurat hybrydą jednego i drugiego – raczej ze szkodą dla obu kierunków artystycznych. Używanie kamery wymuszało pewne kadry, które bez tej kamery wyglądały by zupełnie inaczej, ale jak się chce upiec dwie pieczenie na jednym rożnie. Koślawym…

Ale do rzeczy. Cieszyło mnie jedno, w Adamowie lokomotywa jest zawsze na początku składu. Na sieci KWB Konin nie jest już tak różowo, lokomotywa potrafi pchać skład a na przednim wagonie zamontowana jest kamera i dzwonek. Dodatkowym “ficzerem” był leżący przy torach węgiel brunatny. Uznałem jednak, że zabranie takiej pamiątki było by cokolwiek ryzykowne. Udałem się do samochodu, by posłuchać wieści dziwnej treści w radiu i odpocząć, gdyż od rana w zasadzie cały czas byłem na nogach. Z samochodu idealnie widziałem prostą biegnącą od strony kopalni. Dzięki temu, gdy pojawił się kolejny pociąg, nie dałem się zaskoczyć. Kamera zaczęła nagrywać na długo przed tym, jak maszynista zdał sobie sprawę z mojej obecności. Mogłem też w spokoju odpowiednio skadrować zdjęcie. Nie to, żebym wymyślił coś ciekawego, ale to wszystko przez kamerę – bałem się ją zostawiać bez opieki.

Pociąg w końcu się do mnie dotoczył:

Sformułowanie jest niedoskonałe, gdyż parę milimetrów ogniskowej tu było, można wręcz powiedzieć, że do końca niewiele brakowało. Pociąg minął mnie niespiesznie, mogłem więc wrócić do samochodu. Osobom szczególnie zainteresowanym (albo chcącym w tym miejscu zakończyć tę nudną podróż), polecam obejrzenie filmu i przyjrzenie się pracy wózka lokomotywy – nazwa “krokodyl” nie jest przypadkowa, widać jak “kłapią paszczą”. Napotkany “lokals” ostrzegł mnie, że na dziś planowana jest przerwa technologiczna, tak więc w godzinach popołudniowych ruch może na parę godzin “zamrzeć”. Na razie się na to jednak nie zapowiadało. Na horyzoncie pojawiły się kolejne światła. Tym razem uznałem, że zdjęcie zrobię bez jakichkolwiek słupów. Ot, ciasny (ale własny) kadr z samym tylko pociągiem. Od pomysłu do realizacji.

Muszę przyznać, że wyszło fajnie. To znaczy, moim zdaniem. Film jak to film, pociąg jedzie, stuka i zagłusza chrząszcze chrzęszczące i ptaki ćwierkające.

Uznałem, że potencjał miejsca został wyczerpany, ruszyłem więc dalej, w stronę następnego przejazdu. Tutaj sytuacja przedstawiała się dużo lepiej. To znaczy, patrząc w stronę kopalni, bo od elektrowni widok był… przeciętny. Na szczęście słońce chwilowo uciekło pod chmury, dlatego też można było bez obaw robić zdjęcia w obie strony. Tylko żeby coś jeszcze chciało pojechać! Na razie panowała błoga cisza. Ptaki ćwierkały a chrząszcze chrzęściły, po nieodległej drodze co chwilę przemykał jakiś samochód. Torów od strony elektrowni w zasadzie nie było widać, dlatego też okupowałem okolice przejazdu. W końcu, po ponad godzinie oczekiwania, na horyzoncie pojawił się skład. Miejsce praktycznie niefotogeniczne, ale co było zrobić? Odpaliłem kamerę i wycelowałem.

Coś jak szlak do odkrywki “Koźmin”, tylko więcej miejsca z lewej. Po wykonaniu pamiątkowej fotografii i nagraniu filmu udałem się w stronę rozciągających się pól, by pociąg od strony kopalni ująć szerzej. Wydawało mi się, że na przejeździe od którego zacząłem przygodę z tą linią, stoi gość bez koszulki i robi zdjęcia pociągu który dopiero co dojechał do tego przejazdu. Na początku uznałem, że to fatamorgana (albo halucynacje i śmierć z niedożywienia).

Bezsensowna anegdotka!

Siedzą razem baba i chłop, żeby uchronić się przed mroźnym łotewskim zimnem. Kobita pyta: – Kochasz bardziej mnie czy zimnioka? – Ciebie. Kobieta nie wierzy i pyta dlaczemu. – Bo zimniok to tylko marzenie, a ty jesteś naprawdę. Ale chłopa nie ma. Jest tylko halucynacja z niedożywienia. I śmierć. Takie jest życie.

Koniec anegdotki.

U mnie było trochę jak w tym dowcipie z Radia Erewań. Nie było zimno tylko ciepło, kobit nie było – w sumie krokodyli też nie. A i zimnioków nie widziałem.

Jako, że cień był w miarę daleko uznałem, że nie będzie mi się chciało biec w przypadku, gdy pociąg jadący z prędkością “TeŻeWe”* pojawi się na horyzoncie. Czas dłużył się niemiłosiernie, słoneczko przygrzewało konkretnie, dlatego też, gdy kolejny pociąg pojawił się na horyzoncie, byłem już konkretnie opalony.

Halucynacja w postaci gościa znów się pojawiła, ale na zdjęciu go nie ma. Kadr wyszedł tak jak sobie wymarzyłem, to znaczy – szału nie ma, ale wyciągnąłem z miejscówki maksimum moich zdolności. Aparat mocno się przygrzał, na zdjęciu przeglądanym na wyświetlaczu niebo przybrało kolor ni to fioletowy, ni to różowy. Na szczęście na monitorze komputera barwy są już odpowiednie.

Dzień był jeszcze daleki od chylenia się ku końcowi, ja zaś uznałem, że jeszcze jeden pociąg – i wystarczy. Długo nie musiałem czekać, raptem po pół godzinie na horyzoncie pojawił się kolejny skład. Pojawiła się także fatamorgana gościa bez koszulki, która zrobiła zdjęcie pociągu i zniknęła w czeluściach ciemnego Audi 80 (tak przynajmniej wynikało z sylwetki pojazdu). Ja zaś odpaliłem odpowiednio wcześniej kamerę, przymierzyłem i też zrobiłem zdjęcie.

Spakowałem manatki i rozpocząłem powrót do domu.

Wyjazd uważam za całkiem udany, zdjęcia i filmy wyszły bardzo dobrze. Opaliłem się, nie spotkałem ochrony – co dziwne, bo ja ich widziałem, oni mnie też musieli – w końcu stojący w zielonym polu gość w białej koszulce MUSI być widzialny z daleka. Może uznali mnie za niegroźnego wariata? Albo spotkali tego bez koszulki i było im dość jak na jeden dzień…

Tymczasem droga mojego powrotu prowadziła przez Dąbie nad Nerem. Zgadłeś, drogi Czytelniku, zajechałem na wiadukt za stacją. Po prawdzie to liczyłem na jakiegoś sowitego bonusa w postaci “prywaciarza” – i w sumie nie przeliczyłem się. Trafiła mi się Skoda CTL ze składem węglarek.

Kamera oczywiście też swoje nagrała. Poczekałem godzinę, w międzyczasie trafił mi się jeszcze “byk” z pudernicami.

Czekałem potem kolejną godzinę, ale słońce coraz śmielej zaczęło zaglądać do wykopu i uznałem, że wystarczy.

Linia kopalni Adamów jest “krótka i nieszczególnie fotogeniczna” – jak powiedział klasyk, ale odwiedzić ją warto. Niedługo pozostaną tylko zdjęcia i filmy.

Film z “krokodylami” -> http://www.youtube.com/watch?v=59CxfeCCcak&t=309s

Film z dwoma składami z “Węglówki”: oba pociągi na końcu filmu -> https://www.youtube.com/watch?v=OLCcy5mclU

*”TeŻeWe” w skali H0 oczywiście.

Wpisane w Naszymi oczami

Zostaw komentarz