.::Kolejowy Lublin::.
Aktualności: infrastruktura, wypadki, imprezy, rozkład jazdy, tabor

Objazdy, objazdy! II i 1/2

październik 16th, 2017 by Kręzel Michał

Pierwszy wypad objazdowy na linię 30 nie obfitował w ruch pociągów towarowych. No dobra, jeden towar pojechał, ale złapany w marnym miejscu i w niedostatecznych warunkach oświetleniowych. Słowem – można było lepiej. Pomimo mało fotogenicznego taboru postanowiłem wtedy, że jeszcze raz na tę linię wrócę. Jak pomyślałem, tak zrobiłem.

16 września zapowiadał się ładnie, z rana miało świecić słońce, po południu wszelkie prognozy groziły opadami przelotnego deszczu. Nie martwiło mnie to jednak, i tak planowałem złapać jakiegoś towarka w Tarle, ewentualnie w Ciecierzynie. Z racji marnego dojazdu z Dęblina (i Ryk), kolega Caroos nie chciał mi towarzyszyć. Także kolega Kondziolot uznał, że a) pogoda marna; b) tabor nie lepszy.

Po dokładnym przestudiowaniu rozkładu jazdy doszedłem do wniosku, że nie będę siedział w terenie cały dzień, a jedynie do godziny 15-tej. Nie miałem tylko pomysłu od czego zacząć. W okolicach Rudnika byliśmy już za pierwszym razem i choć wiadukt Obwodnicy kusił, to nie miałem bardzo pomysłu jak się na niego dostać. Swoje dołożyło także spore zakrzaczenie tego miejsca. Przypomniałem sobie o górce w Ciecierzynie, z której TEORETYCZNIE powinien być widok na łuk przed przystankiem. Dobre i to. Ruszyłem z domu tak, by na miejsce dotrzeć na kilkanaście minut przed przyjazdem TLK 13108 “Pomarańczarka”. Na miejsce dotarłem jednak szybciej niż myślałem, zaparkowałem samochód obok boiska, wziąłem plecak i ruszyłem.

Na boisku trwały właśnie przygotowania do meczu, tj. dwóch gentlemanów malowało linie, ale nie przejęli się oni faktem, że przemaszerowałem obok murawy. Ja tymczasem im bliżej byłem wybranej górki, tym w sumie dalej. Z daleka wydawała się niższa a podejście dużo mniej strome. Na szczęście z boku nie było tak źle, widać, że ktoś zorganizował sobie tam tor motocrossowy. Udało mi się wejść nie spadając przy tym ani razu, nie ubrudziłem butów, nic mnie też nie ugryzło. Z góry widok prezentował się… nieźle. Do “imponująco” sporo mu jednak brakowało – a mam tu na myśli widok w stronę przystanku w Ciecierzynie, w stronę Lublina widoki były marne, właściwie to wcale ich nie było. Szukałem wymarzonego kadru i w tym czasie nadjechał… szynobus. Widać, jak dokładnie przejrzałem rozkład! Cóż było począć, kadr od strony Lublina wyszedł by marnie (a i słoneczko jakby chciało się przebić), musiałem więc zrobić zdjęcie gdy szynobus był już na łuku.

“Szerszeń” – gdyż tak “ochrzciłem” ten pojazd, pojechał sobie dalej, ja zaś rozpocząłem kombinowanie kadru na niechybnie zbliżający się w moją stronę pociąg TLK. Nie miałem złudzeń, że prowadzić go będzie coś innego jak SU160, choć po cichu marzyłem, że trafi się jakiś “bonus”. Tymczasem jakby zaczęło kropić. Nie było to intensywne, ale parę kropel mi na głowę, ręce i aparat spadło. Podbiłem więc ISO do 400 i czekałem. Trochę żałowałem, że nie zajmuję się też fotografowaniem autobusów, gdyż przy widocznym przystanku zatrzymywały się takie perełki jak Autosan H9-21, ale myślę, że takie zboczenie było by już ponad siłę moich znajomych i przyjaciół. Moje poczynania obserwowała wiewiórka, która skakała sobie pomiędzy gałęziami nieodległego drzewa. Moja fantazja kazała mi myśleć, że ów zwierz jest wściekły i tylko czeka, żeby mnie zagryźć. Odsunąłem jednak od siebie tą niedorzeczną myśl… W końcu z oddali dało się słyszeć “trąbienie”, pozostało mi więc wycelować.

Nie zostałem zaskoczony, SU160 + 5 pudeł. Szczerze mówiąc myślałem, że będzie ich mniej. No nic, wycelowałem, strzeliłem.

Pociąg sobie pojechał, ja zaś postanowiłem ruszyć dalej, gdyż zaraz po przyjeździe powyższego pociągu do Lublina ruszał inny, w stronę Łukowa. Udało mi się zejść nie robiąc sobie krzywdy, ale powrót nie przebiegał już obok boiska, a wzdłuż polnej drogi prowadzącej obok nasypu kolejowego. Na boisku panowała jeszcze pozorna cisza, ale obok zaczęli gromadzić się autochtoni oraz trampkarze starsi, gdyż niedługo miał zacząć się mecz UKS DYS – ORZEŁ URZĘDÓW. Z kronikarskiego obowiązku pragnę tylko zanotować, że zwyciężyli gospodarze z wynikiem 6:2.

Wsiadłem do samochodu i ruszyłem w dalszą drogę, odprowadzany spojrzeniami zaciekawionej gawiedzi. Nie ujechałem jednak daleko. Moim następnym celem była prosta za przystankiem, na której już kiedyś, a dokładnie 7 lat temu, łapaliśmy z caroosem pociąg specjalny.

Zostawiłem samochód na poboczu i ruszyłem w stronę miejscówki. Nie zdążyłem jednak do niej dojść, gdyż moim oczom ukazał się… namiot. Ze stojącym obok rowerem. Pomysł na kadr legł w gruzach a jednocześnie pojawił się nowy – wrzucę w kadr namiot i rower! Oczywiście nie dosłownie. Do przyjazdu pociągu miałem jeszcze kilkanaście minut, dlatego też zacząłem kombinować. W tym czasie z namiotu wyłonił się jegomość, który najprawdopodobniej dopiero co się obudził. Zlustrował okolicę, zauważył mnie, zbladł, ale zachował twarz. Zaczął mi się przypatrywać, ja jednak skupiony byłem na decyzjach typu “uciąć kawałek tego drzewka, ale za to mieć całą gałąź innego?” i podobnych dyrdymałach. Nasz jegomość zaczął się pakować (widocznie myślał, że przyszedłem pobrać opłatę za postój roweru w polu), na szczęście jednak w oddali dało się słyszeć kolejną “Gamę” (hurra), po czym wśród krzaków mignął mi pędzący w moją stronę skład. Biwakowicz nie zdołał się spakować, dzięki czemu załapał się wraz z namiotem i rowerem na zdjęcie.

Nie zwracając już uwagi na bicyklowego wagabundę ruszyłem do samochodu, gdyż moim kolejnym celem była górka w Tarle. Byliśmy już tam z okazji rozpoczęcia objazdów, niestety jednak zdjęć z tego miejsca nie możemy zaliczyć do udanych. Będąc, dzięki Krzyśkowi Jesionkowi, bogatszym o wiedzę, że “można tam lepiej”, znalazłem miejsce z którego on zrobił zdjęcie. Był tylko jeden problem. Właściwie to dwa. Pierwszym było to, że pogoda była diametralnie różna – zaczęło mocno padać, na dworze zrobiła się wręcz szarówka. Dwa – trzeba było fotografować z błotnistego pola. Dlatego też, gdy na horyzoncie, a właściwie końcu prostej pojawiły się światła widzianego wcześniej “szerszenia”, odpuściłem sobie, oddając się konsumpcji czipsów solonych i kabanosów. Potem zacząłem przeglądać pewien popularny portal społecznościowy, co o mało nie doprowadziło do przegapienia… pociągu towarowego jadącego od Łukowa! Wybiegłem z samochodu co sił złorzecząc na fakt, że wcześniej nie poszukałem odpowiedniej miejscówki. Wbiegłem na świeżo zaorane pole, dzięki czemu moje buty oraz spodnie nie znały już znaczenia słowa “czyste”. Udało mi się jednak znaleźć miejsce, które choć nie było w pełni satysfakcjonujące, to musiało wystarczyć.

Zdjęcie nie do końca wyszło tak jak planowałem, dlatego od razu postanowiłem, że wrócę tu gdy pogoda będzie lepsza. Tymczasem zająłem się poszukiwaniem trochę bardziej dogodnego kadru, gdyż w niedługim czasie miał pojawić się kolejny pociąg TLK. Poszukiwania przybrały formę wędrowania po miedzy, ale udało mi się znaleźć trochę lepsze miejsce – a przynajmniej tak mi się wydawało. Deszcz nie chciał przestać padać, dodatkowo zawiewający wiatr skutecznie zniechęcał mnie do dalszego oczekiwania. Pozytywne nastawienie zapewnił mi jednak sms od znajomego, który napisał, że “ruch powinien być”. W końcu się doczekałem, na horyzoncie, na szczycie wzgórza, pojawiły się trzy światła. “Znowu Gama”… Machnąłem ręką, gdyż i tak nie miałem wpływu na rodzaj kursującego taboru. Kolejne zdjęcie wpadło na kliszę.

I znowu, widział bym to inaczej, ale z racji warunków pogodowych i tak nie wyszło źle. Nastał jednak czas pożegnań z tym miejscem, zwłaszcza, że nie było możliwości zrobienia zdjęcia pociągowi jadącemu od strony Lublina. Przemieściłem się znów w sumie niedaleko, tym razem w okolice mostu na rzece Wieprz. Niestety, pogoda nadal nie sprzyjała, dlatego też odpuściłem sobie marsz w jego kierunku. Sam dojazd do polnego przejazdu był nie lada wyczynem, gdyż asfalt kończył się zaraz za wsią, a do skrzyżowania z torami pozostawało jakieś 500 metrów. 500 metrów gliny. Samochód jechał jak po lodzie, ale udało mi się dojechać na w miarę stabilny grunt. Pomimo siąpiącej z nieba wody poszedłem na rekonesans przejazdu, tym razem decydując się na kadr z drugiej strony torów. W tym momencie z okolic Lubartowa dobiegł mnie dźwięk przypominający przejazd ciężkiego pociągu towarowego – a do TLKi pozostawało jeszcze kilkanaście minut. “Czyżby kolejny towar?” Tymczasem znikąd pojawiło się wiekowe białe Audi 80, którego pasażerowie i kierowca byli szczerze zdziwieni widokiem człowieka na tym odludziu. Muszę przyznać, że i ja byłem zdziwiony, gdyż droga za przejazdem prowadzi w tzw. stronę niczego. “Może kogoś utopili?” – i znów moja wyobraźnia dała o sobie znać. Nie stałem się jednak kolejną ofiarą morderczego gangu, usłyszałem za to trąbienie – zbliżała się TLKa.

Zdjęcie wyszło… Wyszło.

Starałem się ratować sytuację, wpychając w kadr komin lubartowskiej ciepłowni (nie to, żeby polepszył on jakoś znacząco odbiór zdjęcia). Cały czas nurtował mnie słyszany wcześniej dźwięk – dlatego też wróciłem do samochodu tylko na chwilę. Deszcz nie przestawał padać, ale myśl o tym, że może jakiś “prywaciarz” szykuje się właśnie do odjazdu z Lubartowa (a dzień wcześniej w Jaszczowie widziano 311D), nie pozwalał myśleć o tym, że byłem już bardziej mokry niż suchy. W końcu nadjechał…

O ile lokomotywy zawierały w sobie dużą ilość plastiku, to dużym szokiem były dla mnie wagony. Prawie każdy był brązowy! Na początku myślałem, że trafiłem na jakiś zaginiony pociąg Cargo, który ma w swoim składzie wagony w starym schemacie malowania, ale słowackie napisy szybko sprowadziły mnie na ziemię. Nie ma jednak tego złego – zdjęcie, choć tylko przyzwoite, stanowi całkiem fajny dokument pociągu pośrodku niczego, z majaczącym w oddali kominem lubartowskiego PEC.

Zabrałem manatki i ślizgając się po polnej drodze pojechałem do Tarła, na sławny już przejazd, gdzie oczekiwałem przyjazdu kolejnego pociągu TLK od strony Łukowa. Kombinowałem kadr ze stojącym obok przejazdu domkiem, trochę odmienionym od naszego ostatniego pobytu, gdyż konstrukcja się nadpaliła. Niestety, nie bardzo mogłem wymyślić jak to pokazać, dlatego też wróciłem na drugą stronę torów i zacząłem kombinować kadr z elektrycznym pastuchem. W międzyczasie wykonałem kilka salt, gdyż podłoże składało się z błota w bardzo dużej ilości. A jak jest z błotem – wiadomo, łatwo się poślizgnąć. Z oddali nieśmiało oszczekiwał mnie typowy kundel, także mieszkająca niedaleko autochtonka wyległa do płotu by podziwiać moje starania. Starania, które moim zdaniem były mizerne, gdyż i mizernym okazał się ich efekt. Zdjęcie jest, pociąg jedzie, teletechnikę też wepchnąłem – ale wielkiego “szału ni ma”.

Postanowiłem przejść się w miejsce, w którym byliśmy 7 lat temu. Miejsce, z którego “teoretycznie” rozpościera się piękny widok na łuk oraz pole, na którym stałem wcześniej. O coś takiego:

Oczywiście marzenia sobie a rzeczywistość sobie. Miejsce W NICZYM nie przypominało dawnej miejscówki. Wszędzie rosły dorodne drzewka, krzaczki i bardzo wysoka trawa, dzięki czemu spodnie i buty, choć już zdążyły wyschnąć, znów nabrały sporo wilgoci. Wycofałem się więc trochę w górę i zaplanowałem kadr. W oddali, od strony… Parczewa, dało się słyszeć trąbienie. Uznałem, że to niemożliwe, gdyż za chwilę miał się pojawić TLK w stronę Łukowa. Pomyślałem jednak, że to mogą nie być przysłuchy, gdyż mijanka w Brzeźnicy Bychawskiej jest na tyle blisko, by słyszeć znajdujący się tam pociąg. Tymczasem od strony Lubartowa dał się słyszeć miarowy stukot pociągu przejeżdżającego przez most na Wieprzu. Pociąg pojawił się po kolejnych kilku minutach, miałem więc czas jeszcze raz obmyślić genialny moim zdaniem kadr.

Zdjęcie wyszło tak jak chciałem, nie miałem jednak czasu rozwodzić się nad nim, gdyż pamiętałem o dziwnych sygnałach od strony Parczewa. Brnąc przez trawę, przemieszczałem się z powrotem w stronę przejazdu, strasząc zające, sarny i kuropatwy. Bażanta widziałem jednego, w dodatku z daleka, a na domiar złego nie przejmował się moją osobą. Może był wściekły?

Po cichu liczyłem, że słyszany pociąg to jakiś prywaciarz, dowolny posiadający ST44/M62 albo ST43 (no co, człowiek może mieć marzenia, nie?). Zmieniłem obiektyw na bardziej pasujący w danej chwili “szeroki kąt”, a za motyw obrałem sobie wspomniany wcześniej nadpalony dom. Uznałem, że po tym zdjęciu wracam do domu, jednakże głos z niebieskiej “F-ki” oznajmił mi, że lubelską Ponikwodę minął właśnie skład z węglarkami. To nic, że znowu duet ST48 z SM42, w wyobraźni widziałem go już w miejscu pociągu uchwyconego na poprzednim zdjęciu – no i chciałem mieć efekt wijącego się na łuku składu. Tymczasem nic się nie działo. Myślałem, że pociąg z Brzeźnicy już dawno ruszył, ale w eterze panowała złowroga cisza. Właściwie to już chciałem wracać z powrotem w stronę łuku, gdy z okolic nieodległego przejazdu dało się słyszeć “Rp1”. Nie zostałem jednak wielce zaskoczony. O ile cieszyłem się, że kolejny pociąg towarowy wjeżdża mi w kadr, to SM42 z krótkim składem węglarek… No nic, dobre i to, ale spodziewałem się czegoś więcej…

Pociąg sobie pojechał, ja zaś zacząłem rozważać powrót do domu. Przede wszystkim, TLKa od strony Łukowa miała przyjechać za około godzinę – a pogoda cały czas nie rozpieszczała. Chęć powrotu zgasiła jednak we mnie kolejna informacja, “wungiel już w Lubartowie”. A więc musiałem czekać. W międzyczasie przeszedłem się do samochodu po zaopatrzenie, ale ze smutkiem stwierdziłem, że już nie mam. Po raz kolejny się poślizgnąłem, jednakże znów udało mi się uchronić przed wylądowaniem na niezbyt stabilnym i czystym gruncie. Wróciłem w miejsce, z którego fotografowałem stonkę z węglarkami, przedzierając się po drodze przez krzaki dzikiej róży i jeżyny.

Pociąg, opóźniony o całe 10 minut, przyjechał niedługo potem. Powtórzyłem kadr z domkiem, tym razem wywalając drzewo.

Pozostało już tylko czekać na “węgiel” w stronę Łukowa. Wróciłem więc w miejsce, z którego dobrze było widać łuk. Kiedyś było też stamtąd widać most na Wieprzu, ale obecnie Natura zbyt mocno zawładnęła tym miejscem by było to możliwe. Poszukując kadru idealnego udało mi się poślizgnąć na mokrej trawie i zjechać na 4 literach parę metrów w dół wykopu. Pozbierałem się jednak, gdyż w oddali niósł się już dźwięk pociągu przekraczającego most na Wieprzu. Po kilku minutach pojawił się i ostatni aktor tej wyprawy – ST48, SM42 i pokaźny skład węglarek. Przez chwilę żałowałem, że nie mam ze sobą kamery – tak ładnie pracowały w czasie podjazdu pod górę.

Z drugiej jednak strony taki deszcz to nie są warunki dla sprzętu którym dysponuję, filmy wyszły by przeciętnie. Zrobiłem więc zdjęcie, z którego jestem zadowolony, pociąg sobie pojechał a ja ruszyłem w stronę domu.

Straciłem już nadzieję, że objazdy staną się normalne, tj. trafi się niezmodernizowany ST44 PKP Cargo (o Rumunach już nawet nie wspominam). Cały czas plastik i plastik. Takie czasy… Wypad na D29-68 w celach wyjazdowych okazał się kompletną klapą, mimo zapowiadanych 4 pociągów towarowych “za dnia”. Pozostaje czekać na pierwszy śnieg – ale tym razem chyba znów zaliczyć objazdy na Roztoczu. Tabor niby ten sam, ale klimat jakby inny.

Wpisane w Naszymi oczami

Zostaw komentarz