.::Kolejowy Lublin::.
Aktualności: infrastruktura, wypadki, imprezy, rozkład jazdy, tabor

Nie do końca nieoczekiwane spotkanie

wrzesień 8th, 2017 by Kręzel Michał

… albo jak kto woli, polowanie na Bombowiec II.

Z racji sierpniowej przerwy świątecznej postanowiłem wziąć parę dni urlopu i udać się mego miasta rodzinnego – Łęczycy. Jak postanowiłem tak i zrobiłem – i już 15 sierpnia pojawiłem się na Magistrali Węglowej w okolicy mostu nad Nerem by przetestować drona. Testy wyszły pomyślnie:

http://www.youtube.com/watch?v=IrP3AA5EgyY

http://www.youtube.com/watch?v=PFnHNraj01M&t=7s

Udało mi się zrobić także całkiem przyjemne zdjęcie:

Zainteresowanych informuję, że to nie ja pilotowałem drona. Właściciel ów pojazdu nie ma do mnie aż takiego zaufania. W sumie słusznie, z moimi zdolnościami jak nic zaraz bym go popsuł. Albo zrzucił komuś na głowę :-> A że to dziadostwo waży 1,5 kg i potrafi wznieść się na 500 metrów…

Jako, że tego dnia po raz kolejny nie udało mi się złapać “bombowca” – no, w sumie się udało, ale zdjęcie nie nadaje się do pokazania szerszemu gronu, postanowiłem następnego dnia znów uderzyć na “Węglówkę”. Tym razem za cel obrałem sobie znany już z poprzedniego wypadu wiadukt w Bałdrzychowie. Miejsce to wydawało się najlepsze z trzech powodów – po pierwsze, nie miałem tam jeszcze zdjęcia pociągu “ze słońcem”. Dwa – miałem ze sobą kamerę, a śladowy ruch samochodów i ludzi sprzyja filmowaniu. A po trzecie – nie chciało mi się szukać innej “miejscówki”.

Z domu wyruszyłem kilka minut po godzinie siódmej rano. Toczyłem się niespiesznie, gdyż kanał “Co i gdzie jedzie?” milczał na temat ruchu na magistrali Śląsk – Porty. Minąłem Poddębice i zamierzałem skręcić w lewo, w stronę Bałdrzychowa, gdy na wiadukcie Węglówki nad DK72 zobaczyłem pędzący na południe skład węglarek. Ewentualna pogoń już na samym początku uniemożliwiona została przez poruszający się przede mną samochód typu “eLka”. Wyprzedziłem ten pojazd w dogodnym miejscu ale niestety – po dotarciu do drogi prowadzącej na wiadukt zobaczyłem, że nie mam szans. Czarny jak noc ET22 (w malowaniu CTL) mijał właśnie słupy, które zazwyczaj służą za kompozycję. Nie przejąłem się jednak zbytnio tym faktem, gdyż pociąg miał nieoświetlone czoło. I wyszło moje zorganizowanie, mogłem sprawdzić jak w tym miejscu świeci słońce o tej porze. Postanowiłem jednak rozeznać się w miejscówce – i w oddali zobaczyłem światła jakiegoś pociągu stojącego w stacji Poddębice. Z daleka wydawało się, że może to być coś z serii 181/182/183. Moje rozmyślania i ciszę poranka przerwało trąbienie czegoś, co Skodą nie było. Na “właściwym” torze pojawiły się 3 światła. Czoło nadal nie było oświetlone, ale postanowiłem, że jednak spróbuję zrobić zdjęcie. Kamera została w samochodzie i nie miałem czasu jej rozstawić. Pierwszym “kadrowiczem” tego dnia okazał się ET22 ze składem kontenerów – swoją drogą, strasznie dużo pociągów kontenerowych jeździ po “Węglówce”. Chyba czas zmienić nazwę, Magistrala Kontenerowo-cysternowa. Albo beczkowa, bo cystern też się sporo kręci.

Ale może wróćmy do pociągu. Jako, że miałem “podpięty” teleobiektyw, nie pokusiłem się o zdjęcie z silosami, a wersję okrojoną.

Zdjęcie wyszło nienajgorzej (głównie dlatego, że nic nie zepsułem), ale brakowało tego czegoś. Uznałem, że dopóki słońce się nie przekręci (na nieboskłonie), nie warto marnować okazji w tym miejscu. Przeniosłem się kilka kilometrów na południe, do Choszczewa, gdyż od dawna planowałem kadr z wiatrakami w tle – i choć jeden taki miałem, to w pochmurny dzień. Popędziłem więc w to miejsce niczym lud pracujący miast i wsi na najnowszą promocję Crocsów do sklepu pewnej niemieckiej sieci handlowej albo po Świeżaki do innej, z owadem w logo. W drodze na stacji Otok widziałem piękny, wielokolorowy skład kontenerów z niebieskim ET22 skierowany na południe, ale z tego co wypatrzyłem, pantograf lokomotywy był opuszczony. Uznałem, że nie ma sensu zjeżdżać na stację, gdyż w każdej chwili coś może pojechać.

Anegdotka!

Przeczytałem wczoraj (07.09.2017) informację, że w jednym z polskich miast, mężczyzna lat kilkudziesięciu, wybił w zaparkowanym samochodzie szybę, gdyż zobaczył na siedzeniu pasażera ów “świeżaka”. Mężczyzna bardzo się oburzył, gdyż to nie był “świeżak”, a prawdziwy kalafior.

Koniec anegdotki, wracamy do przynudzania.

Dotarłem na miejsce i przystąpiłem do rozkładania całego majdanu, co nie uciekło uwadze “lokalsów”. Kilka osób obserwowało mnie zza płotów, inni zaś wylegli na drogę – ale trzymali się na dystans. A wiadomo co to za wariat z kamerą i aparatem? Tymczasem na pierwszego, a w zasadzie drugiego “kadrowicza” nie musiałem długo czekać. Okazał się nim elektrowóz serii 181 ze składem węglarek. Czym prędzej odpaliłem kamerę i przystąpiłem do kadrowania. Niestety, nadal podpięte było “tele”, tak więc nie miałem dużego pola manewru. Ale i tak wyszło nieźle. Film też się udał, na końcu opowieści dam link do całości (gdyż jestem leniwy i nie chce mi się dzielić i dublować filmów).

Pociąg sobie pojechał, zdziwieni tubylcy oczekujący na przejeździe też, a ja poszedłem po rozum do głowy (i go nie znalazłem, ale to opowieść na inny raz) i wróciłem się do samochodu po “szeroki kąt”. W międzyczasie posiłkowałem się grupą zrzeszającą obserwatorów żelaznych szlaków, dzięki czemu nie zwracałem uwagi na otoczenie. Tymczasem zza pleców, pod słońce, pojechał ET22 ze składem węglarek. Ale wszystko w jednostajnie niebieskich barwach, tak więc mogłem odżałować. Dalej beztrosko przeglądałem grupę, co nieomal nie kosztowało mnie utraty zdjęcia nr 3.

“Ektron” DB jechał tak cicho, że wypatrzyłem go kątem oka. Nie zdążyłem uruchomić kamery a jedynie zrobić zdjęcie. Tym razem do kadru dorzuciłem belę słomy.

Nauczony doświadczeniem przestałem gapić się w ekran telefonu, zacząłem za to nasłuchiwać. Oprócz brzęczenia much i kojącego szumu nieodległych wiatraków nie słyszałem jednak nic ciekawego. Od czasu do czasu jakiś autochton przejechał samochodem, lokalsi przestali się mną interesować, oprócz jednego psa, który z bardzo bezpiecznej odległości oszczekiwał mnie od dobrych 20 minut, jednak i on w końcu dał sobie spokój. Z “nasłonecznionej” nadjechał E6ACT ze składem beczek, ale nawet nie próbowałem robić zdjęcia ni nakręcić filmu. Szkoda kliszy. Obserwowałem jedynie słuszny kierunek i nie przeliczyłem się – w końcu coś znów nadjeżdżało od strony stacji Otok. Tym razem byłem gotowy, choć prawdę mówiąc nie do końca, gdyż spóźniłem się z odpaleniem kamery. “Kadrowiczem nr 3” ET22 ze składem beczek. Powtórzyłem kadr “Vectrona”, ponieważ nie miałem innego pomysłu.

“Pożegnań nastał czas”. Wróciłem więc do Bałdrzychowa, gdyż słońce na nieboskłonie zajęło już właściwą pozycję. Tak przynajmniej wydawało mi się z moich genialnych obliczeń. Moje obliczenia mają jednak to do siebie, że nie zawsze są do końca poprawne. Tym razem o mały włos a nie miał by już znaczenia, gdyż o mało nie uczestniczyłem w kolizji. Udało się jednak przeżyć, nie zabić kogokolwiek, nie rozbić samochodu i dotrzeć do wiaduktu. Słońce świeciło już prawie dobrze, no, może trochę nie doświetlało czoła. Ale nie był to wielki problem, gdyż nastał czas posuchy. W sumie to stwierdzenie też nie jest do końca prawdziwe, gdyż od południowej strony jechał pociąg za pociągiem – niestety, miejsce już zarosło i nie byłem w stanie wykombinować nic sensownego. Dodatkowo słońce też nie pomagało. Mogłem się więc tylko obejść smakiem. Czekałem i czekałem – i się doczekałem.

Nadjechał… ET22 ze składem kontenerów. Pocieszające było jedynie to, że słoneczko ładnie go oświetlało, ja miałem podpięty kąt szeroki a i numer loka jak się okazało niezły – 012. Jeden z najstarszych jeżdżących “byków”. Tak, wiem, szkoda, że nie ET22-003. Zdjęcie wyszło tak jak tego oczekiwałem. Film też wyszedł nieźle.

Kontenery sobie pojechały, ja zaś zatrzymałem nagrywanie i zajrzałem “na grupę”. Tam jakaś dobra dusza doniosła, że widziała ET40 zmierzającego ze składem beczek na południe. I znów zacząłem liczyć – wyszło mi, że pociąg powinien być u mnie za godzinę. Jak zwykle to u mnie bywa, rozpocząłem już myślenie życzeniowe i zacząłem sobie wyobrażać, jak to pięknie ten pociąg będzie wyglądał w tym oświetleniu. Tymczasem inna dusza poinformowała, że ze Zduńskiej Woli do drogi na północ szykuje się drugi ET40. Szkoda, że pod słońce! Niestety, 012 okazał się być jedynie podpuchą, gdyż od południa co chwilę coś jechało, a z północy nie chciało. Zawziąłem się jednak i postanowiłem, że nie ruszam się stąd aż do przyjazdu bombowca. Nie chciałem się drugi raz zrobić w bambuko. Uciekły mi naprawdę niezłe sztuki. 2 x Captrain na EU07, Elektryczna Gama, trafił się nawet ET41 (rzadkość w tych stronach). Godziny mijały, Bombowca ni widu, ni słychu. Grupa także milczała. Z żalu zacząłem się obżerać prowiantem a potem kręcąc się bez celu wpadłem w pokrzywy – ale to podobno zdrowe. Moje zblazowanie zaczęło sięgać zenitu – i wtedy zza pleców wyjechał mi ET40 ze składem beczek. O dziwo nie był to uciekinier z poprzedniego dnia, gdyż dzień wcześniej popełniłem kiepskie zdjęcie ET40-55 jadącego na południe, a tu miałem do czynienia z ET40-52. Nie zdążyłem jednak zacząć żałować, gdyż ledwie ostatnie beczki pociągu schowały się na łuku stacji, na horyzoncie pojawiły się trzy światła. Nadjeżdżał bombowiec…

Co z tego, jak słońce zdążyło już przejść na drugą stronę torów? Nie ma jednak co narzekać, zdjęcie wyszło całkiem przyzwoicie – choć jak wiadomo, do końca nie jestem z niego zadowolony. Słoneczko mogło by jednak oświetlać właściwy bok.

Mam to na taśmie! O właśnie, filmami przestałem się przejmować, dzięki czemu kamera nagrywa ze stałą ogniskową. Unikam dzięki temu kopnięć w statyw, niewłaściwych ruchów i innych śmiesznych rzeczy, które negatywnie wpływają na proces nagrywania. Ot na filmie jedzie, bez zbędnych bajerów, zbliżeń, oddaleń.

Zadowolony z takiego obrotu spraw postanowiłem przenieść się w inne miejsce. Nie zdążyłem jednak porządnie się spakować, gdy z okolic stacji znów coś dało o sobie znać. Miejscówkę miałem już wykorzystaną, ale uznałem, że jeszcze jedno zdjęcie nie zaszkodzi. Zwłaszcza, że słońce schowało się za chmurami… Liczyłem na jakiegoś “prywaciarza” – Captrain albo inny wynalazek – a trafił mi się niebieski ET22. Z niebieskimi węglarkami… Przynajmniej nie były tak nudne jak dotychczas – nie dość, że dłuższe, to jeszcze załadowane drzewem, a nie węglem. Cóż było robić? Wycelowałem aparat i odpaliłem kamerę.

Po raz kolejny odpuściłem sobie kadr z silosami. Można powiedzieć, że już mi się “przejadł”. W dodatku chwilę przed przejazdem “Bombowca” przyjechał ciągnik który zabrał pozostawione na polu bele słomy. Nie mógł poczekać? Tym razem nie chciałem już czekać na kolejny pociąg, ruszyłem więc na północ, w miejsce które miałem odwiedzić w czerwcu, ale nie udało mi się znaleźć do niego dojazdu. Miejscem tym był kolejny wiadukt nad linią. W międzyczasie widziałem, że na południe “leci” skład złożony z ET22 i wagonów do przewozu rolowanej blachy. Ale byłem za daleko żeby cokolwiek zdziałać. Wiadukt zlokalizowany jest jeszcze bardziej pośrodku niczego niż ten w Dąbiu nad Nerem. Jako, że samochód ma duży prześwit i napęd na cztery koła, nie miałem problemu żeby tam dotrzeć. Wiadukt fajny, ledwo się trzymający, zlokalizowany wśród bezkresnych pól. Szkoda tylko, że linia idzie w wykopie i z obu stron miałem przekrój dzikiej roślinności Polski. Brakowało tylko Barszczu Sosnkowskiego, choć znając moje zdolności to i lepiej, poparzył bym się od samego patrzenia. Pojechałem więc kilkaset metrów na południe, do zlokalizowanego w szczerym polu przejazdu. Na przejeździe wisiała wesoła kartka, że jeśli do końca września 2015 nikt się nie zgłosi do opieki nad nim, to przyjedzie PLK i przejazd zlikwiduje. 16 sierpnia 2017 roku jeszcze istniał. Fakt faktem, 200 metrów dalej jest kolejny przejazd z drogą prowadzącą do hodowli drobiu/świń/innego inwentarza. Od strony hodowli nadciągał kombajn, ale kierowca był tak znudzony, że nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Nie minęło więcej jak 4 Gołoty jak kombajn zabrał się do pracy, dzięki czemu zmuszony byłem obserwować, gdyż zmysł słuchu wyłapywał jedynie <tu proszę odpalić sobie jakiś filmik z pracującym kombajnem typu “Bizon”>. Portal z literą “F” w nazwie, a właściwie “grupa wsparcia”, nie dostarczyły jednak jakichkolwiek informacji. W dodatku po słońcu nie było już śladu. Dużo bardziej pasował mi kadr na coś z południa, tak więc brak słońca nie był problemem. Problemem był całkowity bezruch.

Tymczasem zainteresował się mną człowiek, który przybył po ziarno zbierane przez kombajn. Nie zdziwił się wielce gdy podałem mu cel pobytu w tym miejscu, gdyż okazało się, że miejsce to regularnie odwiedza: a) “jakiś fotograf pociągów” z Łodzi i b) “jakiś fotograf ptaków” – też z Łodzi. Porozmawialiśmy chwilę o ruchu na linii, autostradach, po czym oddalił się by odebrać ziarno z kombajnu.

Nagle coś zatrąbiło. Dźwięk dobiegał z północy. Nie zdążyłem nawet dobrze obrócić kamery gdy na horyzoncie, pod wiaduktem pojawiły się światła. Nadjeżdżał E6ACT Lotosu ze składem beczek. Gdy maszynista dostrzegł, że filmuję, bardzo ładnie mnie ostrzegł. Myślę, że można to zakwalifikować jako “TurboDymoRp1”.

Zdjęcie, jak na warunki zastane, wyszło całkiem nieźle.

Ledwie zdążyłem przenieść się na drugą stronę przejazdu gdy znów dało się zauważyć światła pociągu nadjeżdżającego z północy. A wagony poprzedniego majaczyły jeszcze na horyzoncie! (Fakt, że już ze 2 semafory SBL ode mnie). Kamera w ruch, aparat też, kolejne zdjęcie na kliszy.

Tym razem nawet “SpokoRp1” nie było, ale nie jestem Łowcą Rp1, to się nie przejmuję.

Zaczęło się robić coraz ciemniej, a radar pogodowy wskazywał na zbliżające się opady deszczu. Były co prawda relatywnie daleko, ale szły idealnie w moim kierunku. Tymczasem znów zapanował bezruch – nie licząc kombajnu, który przejechał na drugą stronę torów i zaczął pracę na polu niedaleko mnie. Dzięki temu nie dość, że nic nie słyszałem, to dodatkowo okresowo leciały w moją stronę tumany kurzu i kawałków słomy. Twardo stałem jednak na stanowisku. No, przesadzam, przeniosłem się na drugą stronę przejazdu i to akurat na czas, by nie dać się oszukać w miarę krótkiemu składowi “dumpcarów” prowadzonych “siódemką” Wiskolu. Przyznam, że parametr nie był już jednym z najlepszych, choć do podłości jeszcze mu brakowało. Zdjęcie wyszło więc nieźle, film też daje radę (moim skromnym zdaniem). Pociąg sobie pojechał, kombajn też odjechał w nieznane – serio, pojechał w stronę wiaduktu, w stronę bezkresu pól…

Łudziłem się jeszcze, że na wysokości oddalającego się pociągu zobaczę światła zwiastujące skład od południa. Zamiast tego musiałem iść zamknąć okna w samochodzie, gdyż zaczęło padać. Złożyłem więc cały majdan i wróciłem do domu. Następnym razem, zapewne w listopadzie, wybiorę się już w inny rejon Magistrali Węglowej, choć kadr od strony południowej nadal kusi.

W piątek moja kuzynka wyruszała w podróż do Gdyni. O dosyć podłej porze, gdyż było to po 7 rano, a pogoda nie sprzyjała. Mimo to wziąłem ze sobą aparat. Wypatrzyłem w rozkładzie krzyżowanie TLK którym miała jechać z pociągiem osobowym do Łodzi. Stacja w Łęczycy przeszła drobną rewitalizację, która oprócz remontu budynku stacyjnego objęła też perony. Dzięki temu pociągi osobowe przyjmowane są przy peronie pierwszym a nie drugim – jak kiedyś. Nieznacznie utrudniło mi to wykonanie zdjęcia. Kiedyś było to proste:

A teraz? Las słupów, do tego tabor jakby brzydszy.

Ja wiem, dla pasażerów to akurat zmiana na plus (przynajmniej w segmencie pociągów regionalnych), ale pod względem naszym – fotograficznym… Jak dla mnie na minus. Ale nie uciekniemy od postępu.

Następnym razem, w listopadzie trzeba chyba zaliczyć te nieszczęsne “krokodyle” – niby mówią, że będą jeździć też w przyszłym roku, ale kto wie? Lepiej pojechać i mieć niż żałować.

Tymczasem obiecany film:

https://www.youtube.com/watch?v=b7O6hxGbP_0

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Pogoń za Bombowcem…

lipiec 31st, 2017 by Kręzel Michał

… zakończona (jak zwykle) klęską. Ale spokojnie, to nie koniec tej opowieści, a jedynie smętne podsumowanie.

Wyprawę na “Węglówkę” miałem w planach już od co najmniej roku. Jako, że złamana noga pokrzyżowała mi plany w 2016 roku, uznałem, że w roku 2017 muszę nadrobić z nawiązką “rozkład jazdy”. Co prawda większy nacisk chciałem położyć na koleje kopalni węgla brunatnego, w tym zamykaną pod koniec tego roku kolej w Turku, ale pojawienie się sprawnego ET40, a właściwie dwóch, skutecznie odwiodło mnie od “krokodyli”. Uznałem też, że na krokodyle jeszcze uda mi się wybrać.

Okazja do odwiedzenia “Magistrali węglowej” pojawiła się w połowie czerwca, gdy wybrałem się w odwiedziny do mieszkającej w Łęczycy rodziny. Z miasta, w którym się urodziłem, do D29-131 mam raptem około 20 kilometrów, czyli tyle, co nic. Uznałem więc, że warto zapolować na ET40.

Sobota 17 czerwca przywitała mnie deszczem. Nie był to bardzo intensywny opad, raczej mżawka, niemniej było to zjawisko upierdliwe. Celem moim był wiadukt w Bałdrzychowie, z widokiem na elewator w Poddębicach. Miejsce może “szału nie robi”, ale da się tak zrobić przyzwoite zdjęcie. Liczyłem, że tam właśnie trafi mi się “Bombowiec”. W 2015 roku niestety słońce nie chciało współpracować

i wydawało się, że i tym razem nie będę miał szczęścia.

Dojechałem na miejsce, wygramoliłem się z samochodu i wziąłem cały sprzęt. Widok nie odbiegał od tego ze zdjęcia powyżej z tą różnicą, że padało. Parametr był na tyle beznadziejny, że zdjęcie ET22 ze składem kontenerów, który pojechał na południe właściwie zaraz po tym jak na ten wiadukt wszedłem, nie udało się. Tak samo nieudane okazało się zdjęcie czeskiej lokomotywy serii 181 ze składem beczek, jadącej na północ.

“Pierwsze koty za płoty”, ale cała sytuacja nie nastawiła mnie optymistycznie. Próbowałem odczarować sytuację jedząc zakupionego dzień wcześniej kabanosa w bułce, ale nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów. Deszcz nadal padał. Niemniej parametr zaczął się stopniowo poprawiać, dzięki czemu następny ekspres kontenerowy, także prowadzony ET22, zapisał się na kliszy – zdjęcie nie jest może wyjątkowo udane, ale wyszło, a to już coś.

Pociąg sobie pojechał, ale nie dane mi było długo cieszyć się ciszą. Coś wyraźnie trąbiło od południa, wydawało mi się, że to gagarin. Najpierw myślałem, że zastosuję kadr z wcześniejszego pobytu w tym miejscu

uznałem jednak, że z racji posiadania “szerokiego kąta”, powinienem spróbować czegoś innego. Wybór padł na wciśnięcie w kadr budynku o charakterze kolejowym, stojącego obok wiaduktu. Pewien znany portal społecznościowy rozwiał moje wątpliwości, w moją stronę zmierzał M62M-003 ze składem węglarek. Dodatkowo, kilkanaście minut za nim miał jechać “prywatny” ET22, ale w tej chwili nie było to moim zmartwieniem. Starannie przymierzyłem, gdyż zza łuku zaczęła wyłaniać się sylwetka lokomotywy. W odpowiednim momencie nacisnąłem spust i choć zdjęcie wyszło tak jak chciałem, to muszę przyznać – zachwycony nie byłem.

Pogoda nie poprawiała się, postanowiłem więc przenieść się na północ, do Dąbia nad Nerem. Na moją decyzję, oprócz pogody, wpłynęła też informacja o tym, że ET40 dopiero rusza z Gdańska oraz to, że na jednej z TeeLeK do Poznania jedzie “rodzyn”, tj. EP08-001.

Dąbie nad Nerem odwiedziłem pierwszy raz ponad 8 lat temu, pamiętałem jednak, że zaraz za stacją znajduje się wiadukt idący “w pola”, a więc taki, na którym nikt mi nie będzie przeszkadzał. Pogoda nadal nie sprzyjała, padała ni to mżawka, ni to deszcz. Dojechałem na miejsce, i niemal od razu od południa pokazały się światła. Okazało się, że światła te należą do “Dragona” Lotosu prowadzącego skład beczek. Jako, że do aparatu podpięty był “szeroki kąt”, musiałem trochę improwizować. Aura nie pomagała, ale zdjęcie zrobiłem.

Dragon sobie pojechał, ja zaś wróciłem wspomnieniami do wydarzeń sprzed 8 lat, gdy na linii trudno było o prywaciarza innego niż Lotos właśnie. Liczyłem, że oprócz Bombowca trafi się jeszcze jakiś “bonus”. W 2009 roku dominowały zielone “byki” z różnorakimi składami, na przykład:

czy też

Niby zielone, ale każdy jakby inny. A teraz co? Niebieski byk w jednym schemacie malowania plus do tego niebieskie węglarki. Standard wszystkich linii kolejowych w Polsce. No i w 2009 roku nastawnia na tej głowicy jeszcze prężnie działała, obecnie zamknięta na cztery spusty i zabita dechami…

Tymczasem na horyzoncie od strony Zduńskiej Woli (czyli od południa) znów pojawiły się światła. Jechał… tak, zgadłeś czytelniku, do bólu niebieski byk z niebieskimi węglarkami.

Tym razem, jak widać na załączonym obrazku, nie robiłem zdjęcia z wiaduktu a udałem się kawałek dalej, by w kadr wepchnąć drzewo z lewej. Moim działaniom przyglądał się idący polną drogą człowiek, którego najpierw wziąłem za bezdomnego (gdyż niósł ogromny) wór, ale potem uznałem, że to musi być jakaś fatamorgana. Jestem na zadupiu, domów wokół brak (nie licząc jednego, ale wydawał się niezamieszkały), a tu ni stąd ni zowąd pojawia się facet wyglądający jak dziad borowy. Nie doszło między nami do żadnej interakcji, nawet wokalnej, facet po prostu poszedł dalej, kilkukrotnie jednak się odwracając. Może to jakiś morderca a w worku miał zwłoki? Albo był to worek na zwłoki? Chyba nigdy się nie dowiem, ale nie jest to dla mnie powód do niepokoju. Wróciłem na wiadukt, gdyż według moich genialnych wyliczeń ET40 powinien był się już do mnie zbliżać. Widok w stronę północną jest zaiste imponujący, prosta ma około 8 kilometrów długości, tak więc pociąg widać już z daleka. Przez dłuższą chwilę jednak nic nie było widać. Wspominałem już, że przestało padać? Nie? No więc owszem, przestało, ale nie miało to znaczenia gdyż buty i spodnie miałem już przemoczone od ciągłego biegania po trawie. Od czasu pamiętnej imprezy w Jędrzejowie nie robiło to jednak na mnie żadnego wrażenia.

Minuty i godziny mijały, a Bombowca nie było widać. Pomału zbliżał się czas przyjazdu do Kutna TLK 18152 “Latarnik”, który to prowadziła EP08-001. Po raz pierwszy pojawiło się u mnie przeczucie, że Bombowiec mi ucieknie. Tymczasem od północy pojawiły się światła, ale zwiastowały one jedynie kolejnego “byka” z … dokładnie, węglarkami.

Sytuacji nie ratował fakt, że był to zmodernizowany ET22. Pociąg sobie pojechał, ja zaś wróciłem do samochodu. Niebieskie “F” podawało wprawdzie, że w moją stronę zmierza luźna Tamara jednego z prywatnych przewoźników, ale była daleko i nie miałem pewności czy jej doczekam. Poszedłem więc do samochodu by choć trochę wysuszyć ubranie oraz rozeznać się w mapie dojazdu do linii “poznańskiej”. W pewnym momencie coś mnie jednak tknęło i opuściłem przytulne wnętrze pojazdu. Wszedłem na wiadukt – i w oddali, od strony Zduńskiej Woli zobaczyłem powoli zbliżające się światła. Okazało się, że była to Tamara firmy Protor ze składem wagonów wiozących szyny. Jako ciekawostkę zanotowałem, że pociąg wjeżdżał z toru bocznego na tor szlakowy. Skład toczył się niemiłosiernie wolno, ale w końcu wjechał mi w kadr.

Ucieszyłem się z tego niespodziewanego “bonusa”, jednakże nie była to lokomotywa o której mowa była w komunikacie. Wróciłem jednak do samochodu, gdyż znudziło mi się już czekanie w pozycji stojącej. Po chwili podjąłem decyzję o przemieszczeniu się na linię D29-3, w okolice Kłodawy. Dzięki tej chwili nieuwagi, wjeżdżając już na wiadukt, mogłem w sumie spokojnym wzrokiem zobaczyć, jak ucieka mi luźna Tamara Bartexu. Nie powiem, ciśnienie mi skoczyło. Mając jednak na uwadze fakt, że miałem złapać “rodzyna”, szybko mi przeszło. Ruszyłem więc w stronę Kłodawy. Zaliczyłem po drodze kilka wiaduktów i przejazdów na “węglówce”, ale wszystkie były do niczego.

Dotarłem na miejsce kilka minut po odjeździe pociągu z Kutna, dzięki czemu nie miałem wiele czasu na kombinowanie. Wymarzył mi się kadr na łuku

na przeszkodzie stało jednak rosnące na polu zboże. Co jak co, wandalem zazwyczaj nie jestem, tak więc musiałem znaleźć inną miejscówkę. Wybór padł na próbę zrobienia zdjęcia z fotogenicznym domkiem dróżnika, znajdującym się przy pobliskim przejeździe.

Nie przewidziałem jednak dwóch rzeczy: Tego, że, powyższe zdjęcie wykonano w zimie, a więc jest mniej roślinności oraz tego, że pociąg z racji remontu szlaku pojedzie torem “niewłaściwym” czy jak kto woli “lewym”. Dzięki temu aby wepchnąć go w “mocny punkt”, musiałem sfotografować go gdy był jeszcze dosyć daleko, ale “podpuszczenie” lokomotywy skutkowało by zbytnim zbliżeniem się jej do krawędzi kadru, co w rezultacie wyglądało by brzydko. Można więc rzec, że zdjęcie EP08-001 mam – i tyle.

Nie zdążyłem nawet dobrze się tym zmartwić, gdy przypomniałem sobie o ET40. Czym prędzej pognałem z powrotem na węglówkę, tym razem na wiadukt DK92 nad tą linią, jednakże nie mogąc zaparkować samochodu w miarę rozsądnym miejscu oraz po otrzymaniu informacji o ekspresie kontenerowym prowadzonym “siódemką” Captrain, zmierzającym Węglówką w stronę Starej Wsi, wróciłem w okolice linii “poznańskiej”. Tym razem moim celem okazał się łuk zaraz przed zjazdem z linii “poznańskiej” na “Węglówkę”, które ma tą zasadniczą wadę, iż nie da się z niego szybko dostać w okolice ów Węglówki – czyli jeśli jakiś pociąg jedzie wiaduktem nad D29-3, to nie da rady go pogonić.

Niemal od razu zaskoczył mnie “Berlin-Warszawa Express” zmierzający w stronę zachodnią, dzięki czemu zdjęcie mi nie wyszło. Nie będę jednak ukrywał, że o ile od strony Poznania miejsce ma potencjał, to od strony Warszawy już niekoniecznie. Niezrażony tą porażką (gdyż EU44 była niebieska do bólu) postanowiłem przeparkować samochód, gdyż okazało się, że ruch na tej polnej drodze znajdującej się przy torach był więcej niż duży – co chwilę jechał jakiś samochód, a kierowcy tylko przyglądali się mi ze zdziwieniem. Jeszcze dobrze nie zaparkowałem, gdy w lusterku ujrzałem świecące w oddali światła. Znaczyło to tylko jedno, od strony Warszawy coś się telepało. Czym prędzej wybiegłem z pojazdu i zacząłem szukać miejscówki. Nie udało mi się to, zdjęcie niby wyczekane a wygląda jak OKP.

Tymczasem od strony północnej części “Węglówki” dało się słyszeć Rp1. Szybki rzut oka w rozkład – jedzie “BWE” do Warszawy. Ale chwila, od strony południowej też coś zjeżdża. Captrain! Czyżby wyścig? Jazda równoległa? Kadr sprzyjał, rosnące przy torach maki i chabry nadawały dodatkowego smaczku całej scenie. Niestety, Captrain ewidentnie czekał pod semaforem. Cóż, musiałem dwa razy “popełnić” ten sam motyw. W głębi duszy jednak się cieszyłem, gdyż zapewne BWE zasłoniło by kontenery a może i lokomotywę. “Husarz” niespiesznie się do mnie zbliżył, miałem więc czas żeby dokładnie wymierzyć.

Gdy tylko ostatnie wagony minęły znajdujący się za moimi plecami semafor SBL, siódemka z kontenerami ruszyła a ja mogłem powtórzyć zdjęcie.

Zadowolony z kolejnego złapanego tego dnia “bonusa” zacząłem zbierać się do drogi powrotnej by złapać główny cel. I w tym momencie, gdy mijały mnie ostatnie kontenery pociągu… na wiadukt w oddali zaczęły wspinać się dwie lokomotywy Lotosu ze składem beczek. Albo jedna, dwuczłonowa… Bombowiec. ET40. Uciekał mi, a ja nie mogłem nic zrobić. Gonitwa wąskimi i krętymi drogami nie gwarantowała dopadnięcia tego pociągu. Dopiero wtedy skoczyło mi ciśnienie (i przyznam, że skacze nawet teraz, gdy piszę te słowa, na samo wspomnienie tej sytuacji). Nie będę przytaczał słów które wtedy padły, są mocno niecenzuralne. Zrezygnowany, ruszyłem w stronę domu. W tym samym momencie od strony Warszawy znów pojawiły się światła. Ruszyłem więc czym prędzej w stronę widocznego w oddali przejazdu, by złapać choć jeszcze jeden pociąg. Okazało się, że mogłem się tak bardzo nie spieszyć, gdyż nadjeżdżał kolejny ET22 ze składem niebieskich węglarek wiozących drewno. Zdjęcie zrobiłem

i uznałem, że poczekam na powrót EP08-001, która, jak mi już było wiadomo z pewnego portalu, miała wracać wieczornym “Gałczyńskim”. Postanowiłem do tego czasu wrócić na “Węglówkę”, gdyż skojarzyłem, że jeżdżą dwie sztuki ET40, a więc może nie wszystko stracone i jeszcze mi “bombowiec” w kadr wpadnie. Wybrałem się więc na kolejny, lokalny wiadukt w miejscowości Bylice. Widok z niego był przeciętny, ale nie miałem czasu na dłuższe przemyślenia gdyż od razu od strony południowej pojawiły się światła. Tym razem niebieski byk ciągnął platformy z workami. Od razu pomyślałem, że to może nawozy z Puław, ale plandeka nie taka.

Pociąg sobie pojechał i nim zdążyłem choć pomyśleć o innym kadrze, w oddali znów coś świeciło światłami. Okazało się, że nadjeżdżał pociąg który fotografowałem kilkanaście minut temu jeszcze na linii “poznańskiej”. Mina maszynisty bezcenna!

Po wykonaniu zdjęcia podszedł do mnie tubylec – burek, który od dłuższego czasu oszczekiwał mnie z bezpiecznej odległości. Po obwąchaniu mnie poszedł sobie dalej co i rusz olewając jakiś krzaczek. Obserwację tego fascynującego zjawiska przerwało mi pojawienie się pociągu z drugiej strony, północnej. Jeszcze bardziej niefotogenicznej. Już z oddali było widać, że lokomotywa jest czerwona, co z jednej strony cieszyło, gdyż nie był to kolejny niebieski ET22, ale z drugiej strony takie malowanie mają tylko Vectrony DB. No i Cargo, ale one się w te rejony nie zapuszczają. I faktycznie, w moją stronę całkiem żwawo pomykał ekspres kontenerowy prowadzony lokomotywą firmy Siemens. Pozostało mi wymierzyć i zrobić kolejne całkiem przeciętne zdjęcie.

Pociąg sobie pojechał a na horyzoncie pojawił się obwoźny sklep w postaci starego Mercedesa Sprintera. Zatrzymał się koło zabudowań za wiaduktem. Zdecydowanym krokiem ruszyłem kupić sobie bułkę i może pęto jakiejś kiełbasy o podejrzanym smaku i wyglądzie, niestety, od północy znów coś nadjeżdżało. Pomyślałem sobie: “to się zaczyna robić nudne”. Nadal jednak naiwnie wierzyłem, że to może jedzie drugi z ET40, tak więc wymierzyłem aparat by bardzo szybko przekonać się, że to kolejny ET22… Tym razem z beczkami. “Aha, czyli pewnie do Płocka”.

Z góry przepraszam za kadr, w tamtym miejscu naprawdę nic się nie da sensownego zrobić.

Tego było już za wiele, postanowiłem ruszyć na południe w poszukiwaniu kolejnej miejscówki. Minąłem linię “poznańską” i klucząc po wsiach dojechałem do wiaduktu, który nie wyróżniał się absolutnie niczym na tle innych wiaduktów na “Węglówce”. Tabliczka głosiła, że znajduję się w miejscowości Adamin. Widok w stronę północy był gorzej jak przeciętny, widok od południa prezentował się lepiej. W oddali majaczył nawet znany i lubiany wiadukt w Dąbiu. Zbyt długo jendak skupiłem się na podziwianiu widoków i dzięki temu uciekł mi Dragon Lotosu z beczkami, jadący na południe. Z racji, jak już wspomniałem, marnego widoku nie przejąłem się tym zbytnio. Mną za to zainteresował się przedstawiciel lokalnej sierści, który przeszedł wzdłuż mojego samochodu dzielnie dzierżąc w ręku butelkę taniego wina – nie widziałem jednak nazwy. Co ciekawe, w tylnej kieszeni spodni miał drugą taką butelkę… Tak, wcisnął prytę do tylnej kieszeni spodni. Widok ten tak mnie zaskoczył, że nie byłem w stanie zrobić zdjęcia. “Żulbert” uznał, że nie stanowię zagrożenia i oddalił się chwiejnym krokiem. Szczerze mu kibicowałem, gdyż w razie “wywrotki” cenny płyn (dla niektórych wręcz fizjologiczny) mógłby się rozlać. A to był by smutny widok. Postanowiłem jednak wrócić do głównego celu wyprawy tj. fotografowania pociągów i poszedłem na wiadukt. Wiadukt jak już wspomniałem dosyć standardowy, choć o dziwo wąski – dwa samochody by się nie minęły, ale to chyba już urok wiaduktów na “Węglówce”. Nie zdążyłem dobrze się rozejrzeć, gdy z północy dało się słyszeć “nawoływanie” byka, a po chwili pojawił się on, w całej okazałości. Nadjeżdżał ze składem kontenerów.

Wykonałem pamiątkowe zdjęcie i uznałem, że do czasu przyjazdu “Gałczyńskiego” zamelinuję się w Dąbiu. Szału ni ma, ale sierści też nie. Coś za coś. Na miejsce dotarłem już po kilku minutach. Na kolejny pociąg nie musiałem długo czekać – szkoda, że po raz kolejny tego dnia jechał niebieski byk z węglarkami…

Pociąg pojechał sobie a tymczasem w moje serce znów wstąpiła nadzieja. Otrzymałem informację, że w Zduńskiej Woli Karsznicach widziano jak do drogi powrotnej w stronę Gdańska szykuje się ET40. Oznaczało to, że przy dobrych wiatrach (i może dobrym oświetleniu!) uda mi się jeszcze złapać “bombę”. Tymczasem musiałem zadowolić się kolejnym ET22 ze składem węglarek.

Przyznam szczerze, że miałem już tych byków “dość”. Uznałem, że kolejnego składu niebieskich węglarek prowadzonego taką lokomotywą już nie będę fotografował. Żałowałem też, że nie wziąłem ze sobą żadnej książki, gdyż zaczęło mi się już dłużyć, a do “Gałczyńskiego” pozostawały nadal 3 godziny. Siedziałem więc na wiadukcie oparty o barierkę i myślałem o wszystkim i o niczym. Dlatego też kolejny pociąg zmierzający na północ nie zaskoczył mnie. Tym razem jechała Skoda Lotosu ze składem beczek – może to ten pociąg miał być prowadzony ET40? Nieważne, zdjęcie zrobiłem w celach stricte dokumentacyjnych.

Wróciłem do siedzenia i obserwowania strony południowej, gdyż spodziewałem się, że ET40 może nadjechać w każdej chwili – a szkoda by było tyle czekać i nie zrobić zdjęcia. Jakież było moje zdziwienie, gdy zza moich pleców zaczęło dobiegać miarowe dudnienie. Odwróciłem się i zobaczyłem w oddali światła. Szybki zoom – oho, jedzie ST40. Lub jak kto woli – 311D. W starym malowaniu. Jaki fajny bonus! Słońce nieśmiało zaczęło wyglądać zza chmur, na szczęście na czas przejazdu pociągu schowało się.

Sfotografowany przed chwilą pociąg nie zdążył jeszcze opuścić stacji w Dąbiu, gdy na horyzoncie po raz kolejny pojawiły się światła. Co gorsza, słońce zaczęło poczynać sobie coraz śmielej, przez co pojawiły się u mnie obawy o sens robienia zdjęcia oraz czekania na “Gałczyńskiego”. Nie byłem zaskoczony, że kolejnym wjeżdżającym mi w kadr pociągiem jest niebieski ET22 ze składem węglarek. Kończyły mi się też pomysły na kadry, a właściwie z racji słońca kadr był tylko jeden.

Złamałem tym samym moje postanowienie o niefotografowaniu niebieskich byków z niebieskimi węglarkami. A chyba powinienem. Powoli traciłem nadzieję na pojawienie się “bombowca”. Nie powiem, ruch dopisywał, ale szkoda, że tabor był raczej monotonny. Ożywiłem się trochę gdy dostrzegłem światła od strony Zduńskiej Woli, cały czas licząc na ET40. Tymczasem nadjeżdżał kolejny już tego dnia ET22, ale tym razem ze składem talbotów. “Zawsze to JAKIEŚ urozmaicenie” – pomyślałem. Nie była to moja jedyna myśl. Dzień wcześniej rozważałem wzięcie kamery, ale dobrze, że tego nie uczyniłem. Powstał by gniot, w którym główną rolę grały by niebieskie ET22. Szaleństwo.

Powoli zbliżał się czas, w którym należało ruszyć 4 litery w celu zapolowania na “Gałczyńskiego”. I w tym momencie wyszło słońce. Świeciło idealnie wzdłuż osi toru na linii “poznańskiej”, co w zasadzie grzebało nadzieje na udane zdjęcie EP08-001. Spakowałem wszystkie klamoty do samochodu i w tym momencie, na horyzoncie znów pojawiły się światła. Nadjeżdżał… kolejny ET22, tym razem też z talbotami. Zaryzykowałem i zrobiłem zdjęcie “z kontry”. Przyznam, że wyszło nieźle, jak na kolejne już zdjęcie z tej samej miejscówki.

Mając serdecznie dosyć niebieskich lokomotyw naszego narodowego przewoźnika towarowego, pożegnałem się z wiaduktem i ruszyłem do Krzewia, gdyż nie wiem czemu uznałem, że tam jest szansa na dobre zdjęcie pomarańczowej “ósemki”. W międzyczasie do stacji w Dąbiu dojeżdżał kolejny “Dragon” Lotosu – ale nie miałem już ochoty się zatrzymywać.

Dotarłem na wiadukt DK91 w Krzewiu i z przerażeniem, a może zwątpieniem odkryłem, że co jak co, ale na dobre zdjęcie “Gałczyńskiego” nie mam co liczyć. Gdyby jechał od strony Kutna, to światełko było by prima sort, ale w obecnej sytuacji jechał raczej pod słońce. Ciężko to jednoznacznie określić, gdyż godzina była już dosyć późna i słońce wisiało nisko nad horyzontem, coraz to bardziej rozciągając cienie. Bez żadnych emocji przyjąłem pojawienie się pociągu towarowego od strony Kutna, gdyż prowadził go ET22… Przynajmniej skład dwuosiowych “szutrówek” trochę poprawił wrażenie.

Pociąg zatrzymał się na stacji w Krzewiu, zapewne po to by przepuścić mający się niedługo pojawić pociąg osobowy, mnie zaś pozostało kombinować kadr na “Gałczyńskiego”. Nie mogłem nic wymyślić a co gorsza w oddali widać już było światła pociągu. Zaryzykowałem więc i zrobiłem jedynie możliwy w tamtym miejscu i czasie kadr. Kadr, z którego absolutnie nie jestem zadowolony, ale zdjęcie wrzucam tu ku przestrodze. Czasami warto odpuścić sobie “rodzyna” czy inny “bonus” – gdy nie ma warunków albo są tak podłe jak na zdjęciu poniżej.

“Gałczyński” pojechał w stronę Kutna, mnie zaś pozostało spakować się i ruszyć w drogę powrotną do Łęczycy. “Bomby” nie złapałem, “świnia” mi nie wyszła – ale wiem, że jeszcze w te wakacje wrócę w te okolice. Będzie szansa poprawić zdjęcia i zmazać tą plamę.

A może jednak “krokodyle”?

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Ruszyły prace na linii Lublin – Stalowa Wola

lipiec 12th, 2017 by Kręzel Michał

Rozpoczęły się prace przy modernizacji linii kolejowej łączącej Lublin ze Stalową Wolą. To znaczący i największy projekt Programu Operacyjnego Polska Wschodnia. Dzięki inwestycji wartej 367 mln zł i elektryfikacji 100 km trasy, skróci się czas podróży. Będą komfortowe przystanki i wyższy poziom bezpieczeństwa na przejazdach.

Wykonawca demontuje sieć trakcyjną na odcinku pomiędzy stacjami: Lublin a Lublin Zemborzyce. Pociągi kursują po jednym torze. Zdemontowanych zostało już około 3 km sieci. Wbito 50 fundamentów pod nowe słupy. Rozpoczną się prace przy wymianie torów. Zgromadzono ponad 22 tysiące podkładów oraz prawie 1100 ton szyn. Na pierwszym odcinku modernizowanej linii roboty potrwają do marca 2018 r. Później wykonawca przystąpi do elektryfikacji linii oraz wymiany torów. W tym czasie do sierpnia 2018 r., zgodnie z zapowiedziami, wstrzymany zostanie ruch pociągów od stacji Lublin Zemborzyce do Kraśnika. Następnie prace, będą prowadzone na kolejnych odcinkach trasy. Zakończenie projektu przewidziano w lipcu 2019 r.

Dzięki modernizacji i elektryfikacji trasy Lublin – Stalowa Wola pociągi pasażerskie będą jeździły z prędkością 120 km/h. Skróci się czas przejazdu na 100 kilometrowej trasie. Pasażerowie zyskają także lepszą komunikację, bowiem na linii wybudowane zostaną dwa nowe przystanki w Zaklikowie i Charzewicach. 20 przystanków zostanie zmodernizowanych i dostosowanych do oczekiwanego standardu obsługi. Zlikwidowane zostaną bariery architektoniczne dla osób niepełnosprawnych.

Większe bezpieczeństwo na trasie zapewni przebudowa 75 przejazdów kolejowo-drogowych oraz remont 46 i przebudowa 24 obiektów inżynieryjnych. Montaż nowoczesnych urządzeń sterowania ruchem kolejowym usprawni przejazd pociągów.

Projekt jest największą inwestycją finansowaną w ramach Programu Operacyjnego Polska Wschodnia. Wartość projektu to 367 mln zł. Dofinansowanie ze środków UE wynosi 85%.

Źródło: Kurier Kolejowy

Wpisane w Kolej na Lubelszczyźnie | Brak komentarzy »

Objazdy, objazdy!

czerwiec 25th, 2017 by Kręzel Michał

Objazdy po “30-tce” już od dawna rozpalały wyobraźnię sporej części Kolejowej Braci. Pytania o serie lokomotyw jakie będą się na tej linii pojawiać przy obsłudze ruchu pasażerskiego oraz towarowego, dyskusje o dobrych miejscówkach oraz rozważania dotyczące przepustowości linii pojawiały się w rozmowach regularnie od co najmniej dwóch lat. Nie będę ukrywał, że i ja niecierpliwie czekałem na 11 czerwca 2017 roku. Jeszcze dwa lata temu liczyłem na to, że zobaczymy na objazdach SU46, ST44 i inne klasyczne pojazdy. Jak wiadomo, czas brutalnie zweryfikował te nadzieje. Zamiast SU46 mamy SU160, ST44 i SM48 musiały ustąpić miejsca ST48 i zmodernizowanym SM42.

Pomimo “zmiany pokoleń” jaka nastąpiła, oczywistym było, że trzeba udokumentować początki objazdów. Głównie dlatego, że pewna część “30-tki”, tj. od Parczewa do Łukowa już od dawna nie widziała pociągu, co skutkować mogło dużą ilością wypadków na przejazdach i w konsekwencji wielogodzinnymi przerwami w ruchu. Liczyłem, że pierwszego dnia nie będzie jeszcze tak źle.

Kolega Karol, będąc szczęśliwym ojcem dwójki dzieci, postanowił jednak na chwilę odpocząć od tego szczęścia (bo jak wiadomo, co za dużo to niezdrowo) i zaproponował wypad na objazdy. Plan był prosty, zaczynamy od okolic Lublina i zaliczamy wszystkie znane i lubiane miejscówki, które rozpoznaliśmy w (bagatela!) 2009 roku. Nie wiem skąd w nas przeświadczenie, że przez ten czas nic a nic się nie zmieniło… Ale nie uprzedzajmy faktów.

11 czerwca rano ruszyliśmy z Ryk ku miastu wojewódzkiemu. Wieźliśmy się komfortowo samochodem kolegi, gdyż mój nie jeździ chwilowo na “podtlenku azotu”, jak to potocznie mówi się o LPG. Pewnie, moim było by wygodniej i po wertepach by się pojeździło, ale za to za jaką cenę? Do rzeczy jednak! Po drodze zatrzymaliśmy się w McDonaldzie, gdyż kolega musiał zjeść śniadanie. Zacząłem podżerać mu frytki, ale tylko gdy nie patrzył, gdyż wcześniej powiedziałem, że nie jestem głodny. Nie byłem, ale gdybym mu tych frytek skrycie nie podżerał to jeszcze był gotów uznać, że ze mną coś nie tak. Po tej krótkiej i w sumie niewiele wnoszącej dygresji ruszyliśmy dalej.

Nie mając bladego pojęcia od którego miejsca zacząć ten jakże piękny (choć pochmurny) dzień, ruszyliśmy w okolice przystanku w Ciecierzynie. Dotarliśmy na miejsce i uznaliśmy, że jednak to nie to. Trzymając się linii kolejowej ruszyliśmy w stronę Lublina. Kolejne miejsca i przejazdy nie prezentowały jednak kadrowo-motywowego szału. W końcu dotarliśmy do górki przed przystankiem Ponikwoda. Niegdyś widok stamtąd był naprawdę niezły,

teraz, z racji wybudowanego przystanku trzeba było szukać czegoś nowego. Nowe miejsce pojawiło się samo, dojeżdżaliśmy do przystanku i naszym oczom ukazał się piękny widok. No, może przesadzam, ale w sam raz na debiut objazdów. Co prawda tu i ówdzie wystawał krzak, ale nie mieliśmy ani czasu ani większych możliwości temu zaradzić. Nawiązałem kontakt z kolegą Kondziolotem, który od rana trwał na posterunku. Poinformował nas, że pośpiechy w stronę Warszawy jeżdżą z doprzęgniętymi z tyłu lokomotywami elektrycznymi. Karol uznał na początku, że to pewnie po to, by nie tracić czasu w Łukowie na zmianę trakcji, ale szybko wyprowadziłem go z błędu, że w takim razie “elektryk” powinien jechać zaraz za Gamą, a nie na końcu.

Zbliżała się godzina odjazdu pociągu z Lublina, przyjęliśmy więc postawę oczekującą. Pociąg nie kazał na siebie długo czekać i już po chwili mieliśmy pierwszy skład zapisany na kartach pamięci.

Objazdy 2017 można było uznać za rozpoczęte! Co prawda samo zdjęcie nie jest idealne, przeszkadzają mi zwłaszcza krzaki na części składu pociągu, ale nie można mieć wszystkiego! Tymczasem Kondzio dał znać, że teraz pojedzie “Pomarańczarka” od Lubartowa. Zdziwiliśmy się, nie było jej w rozkładzie PLK. Cóż, pociąg był już tak opóźniony, że zniknął z rozkładu… Przenieśliśmy się w okolice Rudnika, w miejsce gdzie w 2009 roku łapaliśmy pociąg specjalny.

Celem naszym była górka po przeciwnej stronie przejazdu, na której miejsce zajął już kolega Kondziolot. Ku naszemu zaskoczeniu, przez chmury nieśmiało zaczęło przebijać się słońce. Nie był to dobry prognostyk. Oznaczało to, że zdjęcia będzie można robić tylko w jedną stronę. Przeszedłem górkę wzdłuż i wszerz, ale w końcu i tak wróciłem w miejsce, w którym przebywali koledzy. Wkrótce usłyszeliśmy narastający huk, dało się też słyszeć kilkukrotne Rp1. Znak, że zbliża się nasz cel. Do końca wahałem się czy wykorzystać obiektyw szerokokątny czy też tele, zwyciężyła jednak opcja nr 1.

Pociąg minął nas, Kondziolot uznał, że wraca do domu, my zaś ruszyliśmy dalej, w stronę Lubartowa. Zmierzając w stronę tego miasta szukaliśmy potencjalnych dobrych miejsc, z których jednak niewiele zostało. No i słońce, chwilowo znów schowało się za chmurami, ale nie wyglądało na to, żeby był to stan permanentny. Zwiedziliśmy miejscówki z pościgu za pociągiem ITK z 2010 roku:

Pociąg Promocyjno-Turystyczny ITK Lubartów 2010

Niestety, duże zakrzaczenie skutecznie nas zniechęciło. Caroos zaproponował, żebyśmy spróbowali zrobić zdjęcie z wiaduktu w Lubartowie. Przystałem na tą propozycję. W międzyczasie okazało się, że jedzie szynobus, jednak pozostały po nim tylko wspomnienia na wyświetlaczach peronowych stacji Lubartów. Kolega chciał się czegoś dowiedzieć od dyżurnego, niestety, pomieszczenie dyżurnego zawierało dużą ilość monitorów oraz ludzi, tak więc szansa na info spadła do zera. Zwiększona obsługa spowodowana była zapewne albo szkoleniem dyżurnych, albo pierwszym dniem objazdów. Porzuciwszy pomysł o pójściu na łatwiznę w temacie informacji ruszyliśmy na wiadukt. W międzyczasie, pomimo głośnych protestów Kolegi, dojadłem resztę frytek. Zahaczyliśmy jeszcze przy okazji o Biedronkę, w której to Caroos zrobił zakupy, ja zaś puściłem “totka” (nie, nadal nie jestem milionerem).

Widok z wiaduktu w stronę stacji w Lubartowie prezentował się marnie, głównie za sprawą przystanku Lubartów Słowackiego, znajdującego się w zasadzie zaraz obok wiaduktu. Nie będzie więc nawet zdjęcia poglądowego, gdyż szkoda mi było kliszy w aparacie. W drugą zaś stronę, w kierunku Parczewa, widok był niezły. Naszą uwagę przykuł semafor, który, jak się okazało, ochraniał posterunek bocznicowy, a przynajmniej tak mi z nomenklatury wychodzi. Bocznica była krótka i w zasadzie jest to tor wyciągowy dla szynobusów kończących podróż w Lubartowie przy przystanku Słowackiego. Zapewne po to, żeby nie blokować torów. Pojawienie się dwóch podejrzanych typów z aparatami wzbudziło zainteresowanie miejscowej społeczności, która tłumnie zaczęła się gromadzić na wiadukcie. Tym razem nie pokusiliśmy się o dowcipy o nadjeżdżającym parowozie, jak to nam się już zdarzało. Pociąg nadjechał spóźniony o całe 15 minut, nie mógł jednak uciec przed naszymi obiektywami.

Następny pociąg nadjechać miał od strony Lublina, co wymusiło na nas konieczność przeniesienia się dalej. Naszym celem zostało Tarło. Po dotarciu na miejsce zorientowaliśmy się ze zgrozą, że w niczym nie przypomina ono samego siebie sprzed 8 lat. No kto by pomyślał? Wróciliśmy więc do Pałecznicy i postanowiliśmy, że poszukamy tam. Co prawda z okna samochodu widać było kilka potencjalnie dobrych miejsc, jednakże okno samochodu sobie, a stan zastany sobie. Wróciliśmy więc w okolice przystanku w Pałecznicy, zostawiliśmy samochód i rozpoczęliśmy marsz w stronę Lubartowa znajdującą się obok torów polną drogą. Okazało się, że tor cały czas idzie po nasypie i w zasadzie nie ma szans na dobrą fotkę. Karol został na nasypie, ja zaś ruszyłem w stronę widocznego w oddali przejazdu. Do godziny odjazdu pociągu z Lubartowa pozostało 5 minut, ja jednak wierzyłem, że mi się uda. No i udało się, głównie dzięki temu, że pociąg był opóźniony o 10 minut… W międzyczasie odezwał się Kondziolot, który dał znać, że coś nietowarowego jedzie w naszą stronę od Lublina. Pewnie luzak… Dotarłem do przejazdu z którego widać było nawet most na Wieprzu. Nie minęła minuta od momentu mojego dotarcia na miejsce, gdy z okolic mostu dało się słyszeć trąbienie a następnie pojawił się stalowy wąż. Albo jak kto woli, TLK 38108 “Gombrowicz”.

Swoją drogą, bardzo podoba mi się widoczny na zdjęciu kontrast. Nowoczesna lokomotywa i linia teletechniczna… Szkoda, że nie na drewnianych słupach, ale to już chyba podchodzi pod zboczenie 😉 Byłem gotowy na to, że na końcu składu znajdować się będzie lokomotywa elektryczna, niestety, zawiodłem się. Nie miałem jednak na to zbyt dużo czasu, gdyż zadzwonił do mnie Caroos, który wracając ujrzał SOKistów i postanowił, że się ze mną podzieli tą informacją. Ostro kombinując wrócił on do samochodu i wtedy okazało się, że to nie SOKiści a zabezpieczający przejazd kolumny rowerzystów strażak. Poinformowałem go o moim położeniu na co stwierdził, że on nie wie gdzie to i że mam wracać do głównej drogi. Cóż było poradzić, plecak na plecy i maszeruję! Kolega nie okazał się jednak takim lebiegą z nawigacji i odnalazł właściwą drogę. Sfotografowany niedawno pociąg miał się krzyżować z inną TLKą, dlatego też nie było czasu na kombinowanie. Przenieśliśmy się w rejon, z którego fotografowaliśmy przeszło 8 lat temu zdawkę z Parczewa.

Miejsce nie zmieniło się nic a nic, nie licząc znacznego zwiększenia ilości drzew i krzewów wszelkiego rodzaju. Dodatkowo wszędzie gdzie okiem nie spojrzeć (nie licząc nieużytków) rosło zboże, co też nie ułatwiało nam “roboty”. Co jak co, ale nie lubię biegać po czyimś polu, zwłaszcza w okolicach południa. Nie wiadomo, czy przypadkiem nie trafi się na jakąś Południcę (na przykład pod postacią wkurzonego chłopa z widłami). Można też, nieostrożnie stąpając i łamiąc kłosy, zrobić coś na kształt kręgów – i łowcy UFO będą mieli używanie. Już widzę te tytuły w gazetach: “Tajemnicze znaki w zbożu pod Lubartowem!”, “Co ONI chcą nam przekazać?”, “Tajemnicze litery, układające się w napis “J*** Rumuny”, czyżby OBCY też byli ksenofobami?” i inne takie. Wracając jednak do sedna – miejsce nijak nie prezentowało się tak, jakbyśmy chcieli. Nie było jednak czasu szukać czegoś innego, musieliśmy działać w warunkach zastanych. Wyszło, jak na moje standardy, całkiem przyzwoicie,

choć kilka dni później Krzysiek Jesionek udowodnił nam, że można lepiej. No nic, jeszcze tam wrócimy!

Ruszyliśmy dalej, szukając miejsca na kolejny pociąg TLK. Mieliśmy dużo czasu, gdyż kolejny planowy pociąg pojawić miał się dopiero za dwie godziny. Ze sobie tylko znanych przyczyn nie potrafiliśmy dodać dwa do dwóch, skleroza też nie boli. Dzięki temu pociąg, o którym wspomniał nam Kondziolot, zaskoczył nas obok przejazdu w Tarle. Pod słońce, na łuku – miejscówka idealna! Okazało się też, że nie jest to luzak jak byśmy chcieli, a pełnoprawny pociąg towarowy… To co, że niebieskie węglarki? Towar na 30-tce! W takim miejscu… Zdjęcie może nie do szuflady, ale na pewno nie to czego oczekiwałem.

Podjęliśmy decyzję po pogoni za tym pociągiem. Bez przesadnego szaleństwa dotarliśmy dosyć szybko na stację w Parczewie, wcześniej jednak objeżdżając ładny kawałek miasta. Nasz uciekinier już tam manewrował… Aha, czyli przynajmniej nie jedzie dalej. Na stacji “działo się”. Oprócz Turbotamary stał jeszcze luźny Kiosk. Skoczyliśmy czym prędzej w okolice przejazdu za głowicą wyjazdową w stronę Lublina i udało nam się uchwycić manewry.

Lokomotywa radośnie manewrowała, my zaś zaczęliśmy planować miejscówkę dla nieuchronnie nadjeżdżających TeeLeK. No, dla jednej, gdyż druga jechała idealnie pod słońce. Udaliśmy się więc na peron i tu niespodzanka! Do listy pociągów należy dopisać jeszcze jedną Turbotamarę ze składem węglarek, także oczekującą na odjazd w stronę Lublina. Kolega przemieścił się na drugą stronę torów, ja zaś stanąłem pod tablicą. Chciałem w kadrze mieć znany i lubiany motyw w postaci kościoła widocznego już na wcześniejszym zdjęciu oraz wspomnianego już przeze mnie składu z drzewem. Pociąg nadjechał opóźniony o jedynie kilka minut, okazało się jednak, że jedzie dalej, krzyżowania nie będzie. Przyznam, że zdjęcie Karola jest lepsze niż moje, choć moje też nie wyszło najgorzej.

Na pociąg czekało dużo osób, nie tylko gapiów. Do widocznego powyżej składu wsiadło 5 osób, reszta czekała na pociąg w drugą stronę. Na peron wysiedli także panowie z SOK, który ruszyli w naszą stronę. Nie mieliśmy jednak czasu na rozmowy, gdyż wspomniany towarowy miał ruszyć zaraz po przyjeździe pociągu w stronę Warszawy. Panom pozostało więc tylko spisać nasze numery rejestracyjne, my zaś ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem pojechaliśmy inną trasą, dzięki czemu zobaczyłem jak wygląda przystanek Parczew Kolejowa (ciekawostka, peron z obu stron osłonięty jest semaforami i nie ma toru odstawczego, zapewne z powodu braku miejsca – obok przepływa jakaś rzeczka). TLKę do Warszawy, z racji oświetlenia sobie odpuściliśmy, intensywnie szukając miejsca na towara. Nasze poszukiwania zaprowadziły nas do Brzeźnicy Bychawskiej. Nie znaleźliśmy tam jednak czegokolwiek ciekawego pod kątem zdjęciowym. Moją uwagę przykuł jedynie budynek dróżnika przekształcony prawdopodobnie w dom. Po prawej zaś rysował się widok nowo otwartej mijanki, sterowanej zapewne jak wszystko z Lubartowa. Zdecydowaliśmy, że wracamy w okolice Pałecznicy. Po drodze zajechaliśmy jeszcze do Tarła, nadal jednak nie dało się tam znaleźć żadnego sensownego miejsca. Skończyło się na tym, że kolejną TLKę złapaliśmy stojąc na skraju peronu przystanku Pałecznica. Jak na złość słońce postanowiło schować się za chmurą i nie oświetlić części składu.

 

Nie złożyliśmy jednak broni, nadal czekając na Turbotamarę. Albo Kiosk. Na cokolwiek towarowego od strony Parczewa. Tymczasem zbliżała się pora przyjazdu szynobusa do Parczewa. Miałem nadzieję, że gdy tylko szynobus zamelduje się w Parczewie i pojedzie dalej, w stronę przystanku Parczew Kolejowa, dla Turbotamary (albo Kiosku) zaświeci się “zielone”… Moje marzenia na jawie przerwane zostały przez ekipę, która przybyła zamontować ławkę na peronie przystanku. I to nie byle jaką! Wykonanie antybezdomne, ławka przedzielona na 4 równe części. Nijak się nie położysz. Może i faktycznie “Polska w ruinie”, skoro bezdomni są nawet na wsiach?

Minęła nas TLKa, ale pod słońce, nie otworzyłem więc nawet drzwi w samochodzie.

Wspominałem coś o szynobusie? Owszem, jechał. Ostatnimi czasy zrobiłem się wybredny i mam dosyć 1542 zdjęcia SA103 lub SA134 w malowaniu lubelskim. SA107 nigdy nie odpuszczę, lubię te pojazdy. Tym razem jechał jednak SA137, który to choć kursuje na Lubelszczyźnie od ponad 2 lat, jeszcze mi się nie trafił. Spójrzmy prawdzie w oczy, nie chciało mi się nigdy jechać na 30-tkę tylko po to by go złapać (mam na myśli czas przed objazdami). Zdjęcie znów zrobiłem z końca peronu, tym razem wybrałem jednak szerszy kąt. Chciałem, by w kadr oprócz pojazdu złapały się słupy teletechniki, znów na zasadzie ciekawego kontrastu. Sam pojazd oceniam pozytywnie, podoba mi się jego wygląd.

Naszym zmaganiom przyglądała się grupka rowerzystów, którzy brali udział w miejscowym Rajdzie Rowerowym. O dziwo, nie pojawiły się żadne komentarze określające nas jako zboczeńców i tym podobnych degeneratów – co w sumie odebrałem bez żadnych emocji. Szynobus dojechał do Parczewa, nie wydarzyło się jednak nic ponad to. Oczekiwanie na szynobus w relacji odwrotnej przebiegło pod znakiem jałowej dyskusji o niczym, dodatkowo czas umilałem sobie głupimi filmami z internetu. Zdjęcie powrotne pojazdu zaplanowałem zrobić na długiej prostej, opadającej przed łukiem w stronę przystanku. Doszedłem do wniosku, że zdjęcie poprzedniej TLKi też wyszło by tam całkiem dobrze.

Słońce zaczęło schodzić coraz niżej, postanowiliśmy więc, że poszukamy miejsca na ostatni pospieszny i wrócimy do domu. Wybór padł na Tarło. Dobrze pamiętałem, że można tam zrobić całkiem przyzwoite zdjęcie pociągu z domkiem znajdującym się obok jednego z przejazdów.

Znów nie wziąłem pod uwagę tego, że “trochę” się tam zmieniło. No i słońce świeciło z kontry, co samo w sobie nie jest jeszcze jakimś wielkim problemem. Kolega postanowił zostać w okolicach przejazdu, ja zaś rozpocząłem wędrówkę w kierunku zaplanowanej miejscówki. Widok który zastałem był zgoła odmienny od tego z powyższego zdjęcia, ale nie było już czasu na kombinatorykę. Nie mam tu na myśli tego, że domek jest opuszczony. Zasadnicza różnica wynikała z ilości zastanej zieleni. Dodatkowo sprawę utrudniał podejrzany zapach, prawdopodobnie padliny. Mógł to też być Sromotnik Bezwstydny zwany też Smrodliwym. Nie chciałem szukać, wybacz mi Czytelniku. Pociąg kazał na siebie czekać 20 minut ponad plan, co jednak mnie nie zdziwiło. Ot, pierwszy dzień, cuda się zdarzają. Dla mnie to nawet lepiej, słońce przemieściło się o stopień – dwa – pięć, dzięki czemu promienie nieśmiało zaczęły patrzeć w czoło pojazdu.

Wróciłem do samochodu i dopiero tam zorientowałem się, że za Gamą jedzie jeszcze jedna lokomotywa… Karol był niepocieszony, nie wyszło mu ciekawe zdjęcie. Moje jest bez dwóch zdań lepsze, przynajmniej ja tak uważam 😛 Tymczasem odezwał się Kondziolot z pytaniem czy czekamy TeeLkę do Chełma, gdyż w składzie powinny jechać ukraińskie wagony a nie chce mu się z domu bez powodu fatygować. Nasza trasa i tak prowadziła przez Lubartów, dlatego też postanowiliśmy właśnie tym pociągiem zakończyć ten wypad. Zajechaliśmy na Orlen znajdujący się zaraz obok wiaduktu znanego z wcześniejszego zdjęcia, kolega zatankował pędodajną ciecz i mogliśmy już w spokoju czekać na ostatni akcent wyjazdu. Jak to tego dnia bywało, pociąg znów kazał na siebie czekać. Na szczęście słońce nie zarzuciło współpracy.

Tym razem przejazdowi nie towarzyszyły tłumy ludzi, jednakże kilka osób się zatrzymało by zobaczyć o co nam chodzi. Mogliśmy rozpocząć powrót do domu. W okolicach Kocka odezwał się Kondziolot, iż towarowy na pewno nie pojechał, gdyż Bystrzyca miała wolne moce dopiero od 20:00.

Wypad uznać można za udany. Co prawda nie zrealizowaliśmy wszystkich celów (takich jak złapanie towarowego), ale objazdy potrwają co najmniej 2 lata, jeszcze będzie okazja. Na pewno wrócimy w gościnne rejony “30-tki”, gdyż nie wszystkie “miejscówki” wykorzystaliśmy a w kilku trzeba się poprawić.

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Drugie polowanie na Vectrona

czerwiec 20th, 2017 by Kręzel Michał

… tym razem z nędznym rezultatem.

Ale może zacznijmy od początku.

Kolega caroos po raz drugi został szczęśliwym ojcem, dzięki czemu realizuje się w ojcostwie a nie w robieniu zdjęć, co moim zdaniem jest z korzyścią dla wszystkich. Dzieci mają ojca a oczy widzów nie są “gwałcone” gniotami przez niego popełnionymi*.

W związku z tym musiałem znaleźć innego współtowarzysza wypraw. Zgłosił się do mnie kolega Kondziolot, którego marzeniem było złapanie Vectrona Cargo, który od czasu do czasu pojawiał się w obsłudze pociągów kontenerowych jeżdżących po S-Łce. Z sobie tylko znanych źródeł dowiedziałem się, że a) pociąg jeździ o tej i o tej godzinie, a przynajmniej powinien; b) czasem jedzie ET22, czyli taki trochę starszy brat Vectrona.

Uzbrojeni w tą wiedzę wybraliśmy się w niedzielę, 28 maja, do Jaźwin. Kolega przybył po mnie swoim samochodem, dzięki czemu moja “lodówa” mogła trochę odpocząć. Celem naszym był znany i lubiany wiadukt, opisywany przeze mnie już w jednej z wcześniejszych opowieści (dziwnej treści).

Średnie ilości naraz byków

W drodze do Jaźwin przejechaliśmy przez stację w Pilawie, która uraczyła nas widokiem “turbokibla” KM, podejrzanego składu wagonów do przewozu biomasy oraz węglarek – oba bez lokomotyw. Za nastawnią w stronę Zabieżek stał jeszcze skład ChOT (Chemicznego Odchwaszczania Torów) z ładnie wyglądającą stonką. Niestety, zdecydowałem, że zdjęcie tego niecodziennego gościa zrobię już w czasie powrotu, gdy słońce będzie ten skład oświetlać łaskawiej (a nie centralnie).

Dojechaliśmy do wiaduktu, rozłożyliśmy majdan – i w tym momencie na horyzoncie pojawił się samochód SOK. Odbyliśmy przyjemną rozmowę, wyjaśniliśmy cel naszego pobytu w tym zapomnianym przez Boga i ludzi (no dobra, nie do końca) miejscu, zostaliśmy spisani, Kondziowi przegrzebano bagażnik i w końcu pozostawieni samym sobie. Panowie byli wielce zdziwieni, że ktoś może robić tyle kilometrów dla zdjęć pociągów. W końcu w Dęblinie też jest dużo torów… Zapewne uznali nas za wariatów, ale co poradzić, takie hobby. Lepsze to niż fotografowanie autobusów komunikacji miejskiej 😛

Swoją drogą, wiadukt strasznie zarósł, mnóstwo zielska dookoła. Dobrze, że nie zająłem się karczowaniem, bo pewnie na spisaniu by się nie skończyło.

Ale wróćmy do tych pociągów… Na początku panowała złowieszcza cisza, ale po chwili tarcza wjazdowa do Jaźwin zmieniła kolor na jakże przyjazną, zieloną barwę. Niezdrowym było by od razu myśleć, że to nasz gość specjalny. I słusznie! Niebieski ET22! Ale tym razem nie ciągnął węglarek! Pierwszym bohaterem okazał się skład Taddsów, zapewne do puławskich Azotów. Słońce ostro świeciło w przednią szybę, ale zdjęcie wyszło.

Kondziolot to filmowiec pierwszej klasy, dlatego też miałem wyłączność na gnioty fotograficzne. Na dzień spisywania tej relacji filmy z tego wypadu nie są jeszcze dostępne. Zainteresowanych odsyłam na stronę Konrada na YouTube.

http://www.youtube.com/channel/UCkLA-7on2mlleX5fwP3L5wQ

[EDIT 24.06.2017] Kompilacja filmów dostępna jest tu -> klik! <- [/EDIT]

Pierwszy pociąg (i mieliśmy nadzieję, że nie ostatni) tego dnia sobie pojechał, my zaś skupiliśmy się na dalszym oczekiwaniu. W dodatku Kondzio poczęstował mnie kawą, która ożywiła mój umysł. Utyskiwałem na postępujące zarastanie obiektu, ale cóż mogłem zrobić? Piła i maczeta zostały w moim samochodzie. Moje akademickie rozważania przerwało pojawienie się świateł od strony Pilawy. Miałem nadzieję, że nie jest to nasz mityczny i upragniony “Vectron”. I nie był. Okazało się, że pięknie, centralnie pod słońce zmierza ku nam EU07. Okazało się, że to “zmodernizowana” siódemka ze składem nawozów z puławskich “Azotów”. Spróbowałem szczęścia i zrobiłem zdjęcie. Teraz tak myślę, że mogłem je sobie odpuścić, ale skoro już powstało to pozwól drogi Czytelniku, że je tu zaprezentuję.

Jak widać, szału ni ma.

Wróciliśmy do oczekiwania, dodatkowo zdecydowałem się na wypicie piwa by odwrócić zły urok. Właściwie to w czasie “fot” nie pijam piwa (zwłaszcza gdy to ja prowadzę!), w innym zaś wypadku zazwyczaj zapominam sobie kupić, no i nie chcę drażnić kolegi Karola. On za to nie ma tego problemu – i jak może, to zawsze trochę złocistego płynu wychyli.

Można powiedzieć, że częściowo odczarowałem miejscówkę, gdyż po kilkunastu minutach Jaźwiny znów dały “zielone światło”. Na horyzoncie pojawił się Vectron… Czerwono-szare czoło, a przynajmniej tak to wyglądało. Czyli jedzie! Jedzie! Je… DB. Vectron DB.

No, miał być Cargo, ale nie można być wybrednym, prawda? Może gdybym wypił dwa piwa? Albo setkę czegoś mocniejszego? Na przykład kompotu ze śliwek?** W sumie taki Vectron lepszy niż żaden. Nastał czas bezruchu, słonko nieznacznie przesunęło się na nieboskłonie, ja zaś pogrążyłem się w rozmyślaniach. Z rozmyślania wyrwała mnie myśl, że słońce coś zbyt intensywnie oświetla moją prawą rękę. Nie było to jeszcze przypiekanie, ale pomyślałem, że trzeba się pilnować. Tymczasem od strony Pilawy znów pojawiły się światła. Warunki pozwalały na zrobienie zdjęcia lepszego niż poprzednio (co nie znaczy, że dobrego), dlatego też wysiadłem z samochodu i wycelowałem, planując w sumie standardowy jak na tą “miejscówkę” kadr.

Naszą zdobyczą okazał się widziany już w Pilawie skład kontenerów do przewozu biomasy. Tyle, że wcześniej nie miał lokomotywy z przodu. W dodatku ładnej, choć niebieskiej – ale w starym schemacie, już wypłowiałej… Słowem, mającej swój urok. Nie powiem, ucieszyło mnie, że coś się na torach dzieje. Zazwyczaj pojadą jeden – dwa pociągi a my siedzimy i czekamy na zbawienie. Nie przeszkadzało mi nawet, że przeważały ET22. Miałem nadzieję, że się to zmieni. Moją radość przerwało odległe Rp1, a następnie pojawienie się “zielonego” na tarczy wjazdowej Jaźwin. Tym razem wymyśliłem inny niż zazwyczaj kadr i rozpocząłem szaleńczy bieg przez nieużytki w stronę wyimaginowanego miejsca, z którego miało być pięknie. Nie przewidziałem jednak, że nawet po jednym piwie wypitym na słońcu, moja koordynacja ruchowa może być zachwiana. Na szczęście upadek nie był bolesny a i aparat nie ucierpiał. Moja duma też nie, nie było na to czasu. Dobiegłem na miejsce, pociąg już się zbliżał. I stwierdzam z całkowitą pewnością w głosie – każde miejsce jest dobre, by pokazać niebieskiego byka z niebieskimi węglarkami…

Wróciłem do samochodu, tym razem bardziej uważając na to jak idę.

W stronę Osiecka pojechał pociąg sieciowy, ale jakoś nie wykazałem chęci do zrobienia mu zdjęcia.

Zastanawiasz się pewnie drogi Czytelniku – “Panie zdjęciopstryk, jak miejscówka jest marna to czemu nie ruszyliście 4 liter?!”. I to jest dobre, zasadne pytanie. Pytanie zrozumiałem, odpowiadam: “W tym miejscu można siedzieć w samochodzie i obserwować, a gdzie indziej trzeba stać i nogi bolą”. Drugi powód jest równie prozaiczny – można tu fotografować (i filmować!) w obie strony. A gdzie indziej różnie z tym bywa. Słoneczko przyświecało mocno ale też coraz bardziej przesuwało się na Zachód, dzięki czemu czoła lokomotyw z obu stron (co widać na poprzednim zdjęciu), nie były oświetlane. Drugim przykładem jest poniższe zdjęcie. Zdjęcie, z którego jestem zadowolony, gdyż przedstawia ET22 ze starymi obudowami świateł – chyba tylko ET22-233 takie zachował.

Czarny byk CTL a ile radości… Dzień bez byka na S-Łce dniem straconym! Dobra, żartuję, lepsze to niż nic. No i lepsze niż kolejny niebieski byk z niebieskimi węglarkami. Tymczasem naszego Vectrona nie było ni widać, ni słychać. Słychać było Rp1 dobiegające od strony Osiecka, ale na pewno nie należało ono do lokomotywy wyprodukowanej przez firmę Siemens. Naszym kolejnym gościem okazał się być… tak, niebieski byk. Z kontenerami. Czyli pociąg na którym powinien jechać nasz bohater. Musieliśmy obejść się smakiem. Niemniej zdjęcie zrobiłem i uważam, że wyszło całkiem ładnie.

 

Jak widać na załączonym obrazku, słońce już nie do końca chciało oświetlać czoło. Mimo to chciałbym tu widzieć Vectrona. Vectrona Cargo ma się rozumieć. Pseudovectron sobie pojechał, po raz kolejny zaczęliśmy więc beztroski okres oczekiwania. Słońce już zupełnie przesunęło się w stronę zachodu, coraz bardziej opalając moją rękę – na co nadal nie zwracałem większej uwagi. Wyżerałem zapasy jedzenia, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, w tym o zbliżających się objazdach D29-7 (z wypadu na które też coś naskrobię!) i prawie umknęło nam “zielone” do Jaźwin.

Czyżby nasze modły zostały wysłuchane? Znów połowicznie, choć można by nawet rzec, że w ćwierci. Jedzie Vectron? No jedzie. DB. Pod słońce. “Majkel, nie narzekaj, mógł nie jechać” – myślę sobie. Ale dlaczego dopiero teraz, w niekorzystnym oświetleniu? Popełniłem kolejnego gniota.

Jak to zwykłem mawiać – jechało, to “pstrykłem”. Szału ni ma, wiem. Obok nas przeszły dwie pary “tubylców”, nie wykazali jednak większego zainteresowania naszymi dzielnymi bohaterami – bo kto inny siedział by i czekał na cud?

Cudu nie było, następnym pociągiem jadącym od strony Pilawy znów okazał się Vectron DB. Z kontenerami. “A ten z Cargo gdzie?!”. Ciśnienie dodatkowo podniósł autochton w mocno przechodzonym Volvo, który przyjechał na wiadukt, zawrócił, zakurzył tylko spod opon i odjechał. A Vectron był coraz bliżej… Dla mnie to nie problem, przeczekałem kurzawę, ale Kondzio sentencję “kamera, akcja, cicho!” rzucił kilka chwil wcześniej. Nie wyszło mi nic ponad standardowy kadr.

Uznaliśmy, że dosyć tego dobrego! To nie my byliśmy problemem, a miejscówka. No i już nam się opatrzyła. Poza tym słońce zaczęło przechodzić na drugą stronę torów a zakrzaczenie uniemożliwiało zrobienie dobrego zdjęcia od tamtej strony. Nie była to podróż życia, gdyż udaliśmy się na peron przystanku Jaźwiny. Konrad udał się na peron w stronę Pilawy, ja zaś poszedłem “w krzaki”, za to z dobrej strony jeśli chodzi o oświetlenie. Wymyśliłem, że powtórzę kadr sprzed paru lat.

 

Okazja trafiła się dosyć szybko. W kadr wjechał… niebieski ET22. Ze składem kontenerów. W tym momencie nabrałem już pewności, że nie będzie nam dane uchwycić Vectrona Cargo.

Kondziolot zaczął narzekać, że atakują go komary i inne paskudztwa, co było dużym zaskoczeniem, gdyż to ja okupowałem krzaki, a nie on. Co prawda obawiałem się, czy nie wrócę z pasażerem na gapę tj. kleszczem (i to nie tym komiksowym), niemniej dalej twardo trwałem na stanowisku, wśród wysokich traw. No, powiedzmy, że wysokich. Mimo wszystko miałem nadzieję, że trafi nam się jakiś bonus, ale zamiast tego pojechał kolejny niebieski ET22 ze składem węglarek… Ot tak, jako zapewnienie, że z bonusa nici.

Tak, dobrze widzisz drogi Czytelniku. Kadr niczym się nie różni od poprzedniego zdjęcia. W tym miejscu nie da się jednak zrobić czegokolwiek innego. Albo to ja nie potrafię wykorzystać potencjału miejscówki, bo i tak może być! W stronę Pilawy pojechał pociąg sieciowy, ale nie wiem dlaczego nie obrobiłem zdjęcia. Być może dlatego, iż kadr jest taki sam jak przy dwóch ostatnich zdjęciach.

Po znaczących sukcesach tego dnia zaczęliśmy rozważać powrót do domu. Rozważania przerwało pojawienie się sygnału S5 na semaforze wjazdowym do Jaźwin. Od Osiecka ewidentnie coś jechało, gdyż trąbiło jak oszalałe. Kondziolot, wyposażony w dużo lepszy zoom niż ja zobaczył, że to coś dymi. Czyli albo się pali, albo lokomotywa spalinowa. No pięknie! Pewnie niebieska stonka, ha ha. Słońce nie pomagało, ba, przeszkadzało! Okazało się, że zmierza ku nam stonka ze składem roboczym. Niebieska, ale nie Cargo. Jak to dobrze, że miałem szeroki kąt. Ogniskowa 17 mm i słońce przestało być problemem.

Wiem, nie jest to mistrzostwo świata, ale zdjęcia na pewno nie wrzucę do katalogu “Gniotów beznadziejnych”. Niestety, kolega Konrad musiał obejść się smakiem, gdyż stał idealnie pod słońce… Z tego miejsca pozdrawiam załogę pociągu.

Stonka odjechała w stronę Pilawy, my zaś zebraliśmy cały majdan i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Z racji natłoku wrażeń zrezygnowałem ze zdjęcia ChOTa. W sumie trochę żałuję tej decyzji.

*taki żart, robi lepsze foty niż ja.

**mogą to czytać dzieci.

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

« Poprzednie wpisy Następne wpisy »