.::Kolejowy Lublin::.
Aktualności: infrastruktura, wypadki, imprezy, rozkład jazdy, tabor

Objazdy, objazdy!

czerwiec 25th, 2017 by Kręzel Michał

Objazdy po “30-tce” już od dawna rozpalały wyobraźnię sporej części Kolejowej Braci. Pytania o serie lokomotyw jakie będą się na tej linii pojawiać przy obsłudze ruchu pasażerskiego oraz towarowego, dyskusje o dobrych miejscówkach oraz rozważania dotyczące przepustowości linii pojawiały się w rozmowach regularnie od co najmniej dwóch lat. Nie będę ukrywał, że i ja niecierpliwie czekałem na 11 czerwca 2017 roku. Jeszcze dwa lata temu liczyłem na to, że zobaczymy na objazdach SU46, ST44 i inne klasyczne pojazdy. Jak wiadomo, czas brutalnie zweryfikował te nadzieje. Zamiast SU46 mamy SU160, ST44 i SM48 musiały ustąpić miejsca ST48 i zmodernizowanym SM42.

Pomimo “zmiany pokoleń” jaka nastąpiła, oczywistym było, że trzeba udokumentować początki objazdów. Głównie dlatego, że pewna część “30-tki”, tj. od Parczewa do Łukowa już od dawna nie widziała pociągu, co skutkować mogło dużą ilością wypadków na przejazdach i w konsekwencji wielogodzinnymi przerwami w ruchu. Liczyłem, że pierwszego dnia nie będzie jeszcze tak źle.

Kolega Karol, będąc szczęśliwym ojcem dwójki dzieci, postanowił jednak na chwilę odpocząć od tego szczęścia (bo jak wiadomo, co za dużo to niezdrowo) i zaproponował wypad na objazdy. Plan był prosty, zaczynamy od okolic Lublina i zaliczamy wszystkie znane i lubiane miejscówki, które rozpoznaliśmy w (bagatela!) 2009 roku. Nie wiem skąd w nas przeświadczenie, że przez ten czas nic a nic się nie zmieniło… Ale nie uprzedzajmy faktów.

11 czerwca rano ruszyliśmy z Ryk ku miastu wojewódzkiemu. Wieźliśmy się komfortowo samochodem kolegi, gdyż mój nie jeździ chwilowo na “podtlenku azotu”, jak to potocznie mówi się o LPG. Pewnie, moim było by wygodniej i po wertepach by się pojeździło, ale za to za jaką cenę? Do rzeczy jednak! Po drodze zatrzymaliśmy się w McDonaldzie, gdyż kolega musiał zjeść śniadanie. Zacząłem podżerać mu frytki, ale tylko gdy nie patrzył, gdyż wcześniej powiedziałem, że nie jestem głodny. Nie byłem, ale gdybym mu tych frytek skrycie nie podżerał to jeszcze był gotów uznać, że ze mną coś nie tak. Po tej krótkiej i w sumie niewiele wnoszącej dygresji ruszyliśmy dalej.

Nie mając bladego pojęcia od którego miejsca zacząć ten jakże piękny (choć pochmurny) dzień, ruszyliśmy w okolice przystanku w Ciecierzynie. Dotarliśmy na miejsce i uznaliśmy, że jednak to nie to. Trzymając się linii kolejowej ruszyliśmy w stronę Lublina. Kolejne miejsca i przejazdy nie prezentowały jednak kadrowo-motywowego szału. W końcu dotarliśmy do górki przed przystankiem Ponikwoda. Niegdyś widok stamtąd był naprawdę niezły,

teraz, z racji wybudowanego przystanku trzeba było szukać czegoś nowego. Nowe miejsce pojawiło się samo, dojeżdżaliśmy do przystanku i naszym oczom ukazał się piękny widok. No, może przesadzam, ale w sam raz na debiut objazdów. Co prawda tu i ówdzie wystawał krzak, ale nie mieliśmy ani czasu ani większych możliwości temu zaradzić. Nawiązałem kontakt z kolegą Kondziolotem, który od rana trwał na posterunku. Poinformował nas, że pośpiechy w stronę Warszawy jeżdżą z doprzęgniętymi z tyłu lokomotywami elektrycznymi. Karol uznał na początku, że to pewnie po to, by nie tracić czasu w Łukowie na zmianę trakcji, ale szybko wyprowadziłem go z błędu, że w takim razie “elektryk” powinien jechać zaraz za Gamą, a nie na końcu.

Zbliżała się godzina odjazdu pociągu z Lublina, przyjęliśmy więc postawę oczekującą. Pociąg nie kazał na siebie długo czekać i już po chwili mieliśmy pierwszy skład zapisany na kartach pamięci.

Objazdy 2017 można było uznać za rozpoczęte! Co prawda samo zdjęcie nie jest idealne, przeszkadzają mi zwłaszcza krzaki na części składu pociągu, ale nie można mieć wszystkiego! Tymczasem Kondzio dał znać, że teraz pojedzie “Pomarańczarka” od Lubartowa. Zdziwiliśmy się, nie było jej w rozkładzie PLK. Cóż, pociąg był już tak opóźniony, że zniknął z rozkładu… Przenieśliśmy się w okolice Rudnika, w miejsce gdzie w 2009 roku łapaliśmy pociąg specjalny.

Celem naszym była górka po przeciwnej stronie przejazdu, na której miejsce zajął już kolega Kondziolot. Ku naszemu zaskoczeniu, przez chmury nieśmiało zaczęło przebijać się słońce. Nie był to dobry prognostyk. Oznaczało to, że zdjęcia będzie można robić tylko w jedną stronę. Przeszedłem górkę wzdłuż i wszerz, ale w końcu i tak wróciłem w miejsce, w którym przebywali koledzy. Wkrótce usłyszeliśmy narastający huk, dało się też słyszeć kilkukrotne Rp1. Znak, że zbliża się nasz cel. Do końca wahałem się czy wykorzystać obiektyw szerokokątny czy też tele, zwyciężyła jednak opcja nr 1.

Pociąg minął nas, Kondziolot uznał, że wraca do domu, my zaś ruszyliśmy dalej, w stronę Lubartowa. Zmierzając w stronę tego miasta szukaliśmy potencjalnych dobrych miejsc, z których jednak niewiele zostało. No i słońce, chwilowo znów schowało się za chmurami, ale nie wyglądało na to, żeby był to stan permanentny. Zwiedziliśmy miejscówki z pościgu za pociągiem ITK z 2010 roku:

Pociąg Promocyjno-Turystyczny ITK Lubartów 2010

Niestety, duże zakrzaczenie skutecznie nas zniechęciło. Caroos zaproponował, żebyśmy spróbowali zrobić zdjęcie z wiaduktu w Lubartowie. Przystałem na tą propozycję. W międzyczasie okazało się, że jedzie szynobus, jednak pozostały po nim tylko wspomnienia na wyświetlaczach peronowych stacji Lubartów. Kolega chciał się czegoś dowiedzieć od dyżurnego, niestety, pomieszczenie dyżurnego zawierało dużą ilość monitorów oraz ludzi, tak więc szansa na info spadła do zera. Zwiększona obsługa spowodowana była zapewne albo szkoleniem dyżurnych, albo pierwszym dniem objazdów. Porzuciwszy pomysł o pójściu na łatwiznę w temacie informacji ruszyliśmy na wiadukt. W międzyczasie, pomimo głośnych protestów Kolegi, dojadłem resztę frytek. Zahaczyliśmy jeszcze przy okazji o Biedronkę, w której to Caroos zrobił zakupy, ja zaś puściłem “totka” (nie, nadal nie jestem milionerem).

Widok z wiaduktu w stronę stacji w Lubartowie prezentował się marnie, głównie za sprawą przystanku Lubartów Słowackiego, znajdującego się w zasadzie zaraz obok wiaduktu. Nie będzie więc nawet zdjęcia poglądowego, gdyż szkoda mi było kliszy w aparacie. W drugą zaś stronę, w kierunku Parczewa, widok był niezły. Naszą uwagę przykuł semafor, który, jak się okazało, ochraniał posterunek bocznicowy, a przynajmniej tak mi z nomenklatury wychodzi. Bocznica była krótka i w zasadzie jest to tor wyciągowy dla szynobusów kończących podróż w Lubartowie przy przystanku Słowackiego. Zapewne po to, żeby nie blokować torów. Pojawienie się dwóch podejrzanych typów z aparatami wzbudziło zainteresowanie miejscowej społeczności, która tłumnie zaczęła się gromadzić na wiadukcie. Tym razem nie pokusiliśmy się o dowcipy o nadjeżdżającym parowozie, jak to nam się już zdarzało. Pociąg nadjechał spóźniony o całe 15 minut, nie mógł jednak uciec przed naszymi obiektywami.

Następny pociąg nadjechać miał od strony Lublina, co wymusiło na nas konieczność przeniesienia się dalej. Naszym celem zostało Tarło. Po dotarciu na miejsce zorientowaliśmy się ze zgrozą, że w niczym nie przypomina ono samego siebie sprzed 8 lat. No kto by pomyślał? Wróciliśmy więc do Pałecznicy i postanowiliśmy, że poszukamy tam. Co prawda z okna samochodu widać było kilka potencjalnie dobrych miejsc, jednakże okno samochodu sobie, a stan zastany sobie. Wróciliśmy więc w okolice przystanku w Pałecznicy, zostawiliśmy samochód i rozpoczęliśmy marsz w stronę Lubartowa znajdującą się obok torów polną drogą. Okazało się, że tor cały czas idzie po nasypie i w zasadzie nie ma szans na dobrą fotkę. Karol został na nasypie, ja zaś ruszyłem w stronę widocznego w oddali przejazdu. Do godziny odjazdu pociągu z Lubartowa pozostało 5 minut, ja jednak wierzyłem, że mi się uda. No i udało się, głównie dzięki temu, że pociąg był opóźniony o 10 minut… W międzyczasie odezwał się Kondziolot, który dał znać, że coś nietowarowego jedzie w naszą stronę od Lublina. Pewnie luzak… Dotarłem do przejazdu z którego widać było nawet most na Wieprzu. Nie minęła minuta od momentu mojego dotarcia na miejsce, gdy z okolic mostu dało się słyszeć trąbienie a następnie pojawił się stalowy wąż. Albo jak kto woli, TLK 38108 “Gombrowicz”.

Swoją drogą, bardzo podoba mi się widoczny na zdjęciu kontrast. Nowoczesna lokomotywa i linia teletechniczna… Szkoda, że nie na drewnianych słupach, ale to już chyba podchodzi pod zboczenie 😉 Byłem gotowy na to, że na końcu składu znajdować się będzie lokomotywa elektryczna, niestety, zawiodłem się. Nie miałem jednak na to zbyt dużo czasu, gdyż zadzwonił do mnie Caroos, który wracając ujrzał SOKistów i postanowił, że się ze mną podzieli tą informacją. Ostro kombinując wrócił on do samochodu i wtedy okazało się, że to nie SOKiści a zabezpieczający przejazd kolumny rowerzystów strażak. Poinformowałem go o moim położeniu na co stwierdził, że on nie wie gdzie to i że mam wracać do głównej drogi. Cóż było poradzić, plecak na plecy i maszeruję! Kolega nie okazał się jednak takim lebiegą z nawigacji i odnalazł właściwą drogę. Sfotografowany niedawno pociąg miał się krzyżować z inną TLKą, dlatego też nie było czasu na kombinowanie. Przenieśliśmy się w rejon, z którego fotografowaliśmy przeszło 8 lat temu zdawkę z Parczewa.

Miejsce nie zmieniło się nic a nic, nie licząc znacznego zwiększenia ilości drzew i krzewów wszelkiego rodzaju. Dodatkowo wszędzie gdzie okiem nie spojrzeć (nie licząc nieużytków) rosło zboże, co też nie ułatwiało nam “roboty”. Co jak co, ale nie lubię biegać po czyimś polu, zwłaszcza w okolicach południa. Nie wiadomo, czy przypadkiem nie trafi się na jakąś Południcę (na przykład pod postacią wkurzonego chłopa z widłami). Można też, nieostrożnie stąpając i łamiąc kłosy, zrobić coś na kształt kręgów – i łowcy UFO będą mieli używanie. Już widzę te tytuły w gazetach: “Tajemnicze znaki w zbożu pod Lubartowem!”, “Co ONI chcą nam przekazać?”, “Tajemnicze litery, układające się w napis “J*** Rumuny”, czyżby OBCY też byli ksenofobami?” i inne takie. Wracając jednak do sedna – miejsce nijak nie prezentowało się tak, jakbyśmy chcieli. Nie było jednak czasu szukać czegoś innego, musieliśmy działać w warunkach zastanych. Wyszło, jak na moje standardy, całkiem przyzwoicie,

choć kilka dni później Krzysiek Jesionek udowodnił nam, że można lepiej. No nic, jeszcze tam wrócimy!

Ruszyliśmy dalej, szukając miejsca na kolejny pociąg TLK. Mieliśmy dużo czasu, gdyż kolejny planowy pociąg pojawić miał się dopiero za dwie godziny. Ze sobie tylko znanych przyczyn nie potrafiliśmy dodać dwa do dwóch, skleroza też nie boli. Dzięki temu pociąg, o którym wspomniał nam Kondziolot, zaskoczył nas obok przejazdu w Tarle. Pod słońce, na łuku – miejscówka idealna! Okazało się też, że nie jest to luzak jak byśmy chcieli, a pełnoprawny pociąg towarowy… To co, że niebieskie węglarki? Towar na 30-tce! W takim miejscu… Zdjęcie może nie do szuflady, ale na pewno nie to czego oczekiwałem.

Podjęliśmy decyzję po pogoni za tym pociągiem. Bez przesadnego szaleństwa dotarliśmy dosyć szybko na stację w Parczewie, wcześniej jednak objeżdżając ładny kawałek miasta. Nasz uciekinier już tam manewrował… Aha, czyli przynajmniej nie jedzie dalej. Na stacji “działo się”. Oprócz Turbotamary stał jeszcze luźny Kiosk. Skoczyliśmy czym prędzej w okolice przejazdu za głowicą wyjazdową w stronę Lublina i udało nam się uchwycić manewry.

Lokomotywa radośnie manewrowała, my zaś zaczęliśmy planować miejscówkę dla nieuchronnie nadjeżdżających TeeLeK. No, dla jednej, gdyż druga jechała idealnie pod słońce. Udaliśmy się więc na peron i tu niespodzanka! Do listy pociągów należy dopisać jeszcze jedną Turbotamarę ze składem węglarek, także oczekującą na odjazd w stronę Lublina. Kolega przemieścił się na drugą stronę torów, ja zaś stanąłem pod tablicą. Chciałem w kadrze mieć znany i lubiany motyw w postaci kościoła widocznego już na wcześniejszym zdjęciu oraz wspomnianego już przeze mnie składu z drzewem. Pociąg nadjechał opóźniony o jedynie kilka minut, okazało się jednak, że jedzie dalej, krzyżowania nie będzie. Przyznam, że zdjęcie Karola jest lepsze niż moje, choć moje też nie wyszło najgorzej.

Na pociąg czekało dużo osób, nie tylko gapiów. Do widocznego powyżej składu wsiadło 5 osób, reszta czekała na pociąg w drugą stronę. Na peron wysiedli także panowie z SOK, który ruszyli w naszą stronę. Nie mieliśmy jednak czasu na rozmowy, gdyż wspomniany towarowy miał ruszyć zaraz po przyjeździe pociągu w stronę Warszawy. Panom pozostało więc tylko spisać nasze numery rejestracyjne, my zaś ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem pojechaliśmy inną trasą, dzięki czemu zobaczyłem jak wygląda przystanek Parczew Kolejowa (ciekawostka, peron z obu stron osłonięty jest semaforami i nie ma toru odstawczego, zapewne z powodu braku miejsca – obok przepływa jakaś rzeczka). TLKę do Warszawy, z racji oświetlenia sobie odpuściliśmy, intensywnie szukając miejsca na towara. Nasze poszukiwania zaprowadziły nas do Brzeźnicy Bychawskiej. Nie znaleźliśmy tam jednak czegokolwiek ciekawego pod kątem zdjęciowym. Moją uwagę przykuł jedynie budynek dróżnika przekształcony prawdopodobnie w dom. Po prawej zaś rysował się widok nowo otwartej mijanki, sterowanej zapewne jak wszystko z Lubartowa. Zdecydowaliśmy, że wracamy w okolice Pałecznicy. Po drodze zajechaliśmy jeszcze do Tarła, nadal jednak nie dało się tam znaleźć żadnego sensownego miejsca. Skończyło się na tym, że kolejną TLKę złapaliśmy stojąc na skraju peronu przystanku Pałecznica. Jak na złość słońce postanowiło schować się za chmurą i nie oświetlić części składu.

 

Nie złożyliśmy jednak broni, nadal czekając na Turbotamarę. Albo Kiosk. Na cokolwiek towarowego od strony Parczewa. Tymczasem zbliżała się pora przyjazdu szynobusa do Parczewa. Miałem nadzieję, że gdy tylko szynobus zamelduje się w Parczewie i pojedzie dalej, w stronę przystanku Parczew Kolejowa, dla Turbotamary (albo Kiosku) zaświeci się “zielone”… Moje marzenia na jawie przerwane zostały przez ekipę, która przybyła zamontować ławkę na peronie przystanku. I to nie byle jaką! Wykonanie antybezdomne, ławka przedzielona na 4 równe części. Nijak się nie położysz. Może i faktycznie “Polska w ruinie”, skoro bezdomni są nawet na wsiach?

Minęła nas TLKa, ale pod słońce, nie otworzyłem więc nawet drzwi w samochodzie.

Wspominałem coś o szynobusie? Owszem, jechał. Ostatnimi czasy zrobiłem się wybredny i mam dosyć 1542 zdjęcia SA103 lub SA134 w malowaniu lubelskim. SA107 nigdy nie odpuszczę, lubię te pojazdy. Tym razem jechał jednak SA137, który to choć kursuje na Lubelszczyźnie od ponad 2 lat, jeszcze mi się nie trafił. Spójrzmy prawdzie w oczy, nie chciało mi się nigdy jechać na 30-tkę tylko po to by go złapać (mam na myśli czas przed objazdami). Zdjęcie znów zrobiłem z końca peronu, tym razem wybrałem jednak szerszy kąt. Chciałem, by w kadr oprócz pojazdu złapały się słupy teletechniki, znów na zasadzie ciekawego kontrastu. Sam pojazd oceniam pozytywnie, podoba mi się jego wygląd.

Naszym zmaganiom przyglądała się grupka rowerzystów, którzy brali udział w miejscowym Rajdzie Rowerowym. O dziwo, nie pojawiły się żadne komentarze określające nas jako zboczeńców i tym podobnych degeneratów – co w sumie odebrałem bez żadnych emocji. Szynobus dojechał do Parczewa, nie wydarzyło się jednak nic ponad to. Oczekiwanie na szynobus w relacji odwrotnej przebiegło pod znakiem jałowej dyskusji o niczym, dodatkowo czas umilałem sobie głupimi filmami z internetu. Zdjęcie powrotne pojazdu zaplanowałem zrobić na długiej prostej, opadającej przed łukiem w stronę przystanku. Doszedłem do wniosku, że zdjęcie poprzedniej TLKi też wyszło by tam całkiem dobrze.

Słońce zaczęło schodzić coraz niżej, postanowiliśmy więc, że poszukamy miejsca na ostatni pospieszny i wrócimy do domu. Wybór padł na Tarło. Dobrze pamiętałem, że można tam zrobić całkiem przyzwoite zdjęcie pociągu z domkiem znajdującym się obok jednego z przejazdów.

Znów nie wziąłem pod uwagę tego, że “trochę” się tam zmieniło. No i słońce świeciło z kontry, co samo w sobie nie jest jeszcze jakimś wielkim problemem. Kolega postanowił zostać w okolicach przejazdu, ja zaś rozpocząłem wędrówkę w kierunku zaplanowanej miejscówki. Widok który zastałem był zgoła odmienny od tego z powyższego zdjęcia, ale nie było już czasu na kombinatorykę. Nie mam tu na myśli tego, że domek jest opuszczony. Zasadnicza różnica wynikała z ilości zastanej zieleni. Dodatkowo sprawę utrudniał podejrzany zapach, prawdopodobnie padliny. Mógł to też być Sromotnik Bezwstydny zwany też Smrodliwym. Nie chciałem szukać, wybacz mi Czytelniku. Pociąg kazał na siebie czekać 20 minut ponad plan, co jednak mnie nie zdziwiło. Ot, pierwszy dzień, cuda się zdarzają. Dla mnie to nawet lepiej, słońce przemieściło się o stopień – dwa – pięć, dzięki czemu promienie nieśmiało zaczęły patrzeć w czoło pojazdu.

Wróciłem do samochodu i dopiero tam zorientowałem się, że za Gamą jedzie jeszcze jedna lokomotywa… Karol był niepocieszony, nie wyszło mu ciekawe zdjęcie. Moje jest bez dwóch zdań lepsze, przynajmniej ja tak uważam 😛 Tymczasem odezwał się Kondziolot z pytaniem czy czekamy TeeLkę do Chełma, gdyż w składzie powinny jechać ukraińskie wagony a nie chce mu się z domu bez powodu fatygować. Nasza trasa i tak prowadziła przez Lubartów, dlatego też postanowiliśmy właśnie tym pociągiem zakończyć ten wypad. Zajechaliśmy na Orlen znajdujący się zaraz obok wiaduktu znanego z wcześniejszego zdjęcia, kolega zatankował pędodajną ciecz i mogliśmy już w spokoju czekać na ostatni akcent wyjazdu. Jak to tego dnia bywało, pociąg znów kazał na siebie czekać. Na szczęście słońce nie zarzuciło współpracy.

Tym razem przejazdowi nie towarzyszyły tłumy ludzi, jednakże kilka osób się zatrzymało by zobaczyć o co nam chodzi. Mogliśmy rozpocząć powrót do domu. W okolicach Kocka odezwał się Kondziolot, iż towarowy na pewno nie pojechał, gdyż Bystrzyca miała wolne moce dopiero od 20:00.

Wypad uznać można za udany. Co prawda nie zrealizowaliśmy wszystkich celów (takich jak złapanie towarowego), ale objazdy potrwają co najmniej 2 lata, jeszcze będzie okazja. Na pewno wrócimy w gościnne rejony “30-tki”, gdyż nie wszystkie “miejscówki” wykorzystaliśmy a w kilku trzeba się poprawić.

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Drugie polowanie na Vectrona

czerwiec 20th, 2017 by Kręzel Michał

… tym razem z nędznym rezultatem.

Ale może zacznijmy od początku.

Kolega caroos po raz drugi został szczęśliwym ojcem, dzięki czemu realizuje się w ojcostwie a nie w robieniu zdjęć, co moim zdaniem jest z korzyścią dla wszystkich. Dzieci mają ojca a oczy widzów nie są “gwałcone” gniotami przez niego popełnionymi*.

W związku z tym musiałem znaleźć innego współtowarzysza wypraw. Zgłosił się do mnie kolega Kondziolot, którego marzeniem było złapanie Vectrona Cargo, który od czasu do czasu pojawiał się w obsłudze pociągów kontenerowych jeżdżących po S-Łce. Z sobie tylko znanych źródeł dowiedziałem się, że a) pociąg jeździ o tej i o tej godzinie, a przynajmniej powinien; b) czasem jedzie ET22, czyli taki trochę starszy brat Vectrona.

Uzbrojeni w tą wiedzę wybraliśmy się w niedzielę, 28 maja, do Jaźwin. Kolega przybył po mnie swoim samochodem, dzięki czemu moja “lodówa” mogła trochę odpocząć. Celem naszym był znany i lubiany wiadukt, opisywany przeze mnie już w jednej z wcześniejszych opowieści (dziwnej treści).

Średnie ilości naraz byków

W drodze do Jaźwin przejechaliśmy przez stację w Pilawie, która uraczyła nas widokiem “turbokibla” KM, podejrzanego składu wagonów do przewozu biomasy oraz węglarek – oba bez lokomotyw. Za nastawnią w stronę Zabieżek stał jeszcze skład ChOT (Chemicznego Odchwaszczania Torów) z ładnie wyglądającą stonką. Niestety, zdecydowałem, że zdjęcie tego niecodziennego gościa zrobię już w czasie powrotu, gdy słońce będzie ten skład oświetlać łaskawiej (a nie centralnie).

Dojechaliśmy do wiaduktu, rozłożyliśmy majdan – i w tym momencie na horyzoncie pojawił się samochód SOK. Odbyliśmy przyjemną rozmowę, wyjaśniliśmy cel naszego pobytu w tym zapomnianym przez Boga i ludzi (no dobra, nie do końca) miejscu, zostaliśmy spisani, Kondziowi przegrzebano bagażnik i w końcu pozostawieni samym sobie. Panowie byli wielce zdziwieni, że ktoś może robić tyle kilometrów dla zdjęć pociągów. W końcu w Dęblinie też jest dużo torów… Zapewne uznali nas za wariatów, ale co poradzić, takie hobby. Lepsze to niż fotografowanie autobusów komunikacji miejskiej 😛

Swoją drogą, wiadukt strasznie zarósł, mnóstwo zielska dookoła. Dobrze, że nie zająłem się karczowaniem, bo pewnie na spisaniu by się nie skończyło.

Ale wróćmy do tych pociągów… Na początku panowała złowieszcza cisza, ale po chwili tarcza wjazdowa do Jaźwin zmieniła kolor na jakże przyjazną, zieloną barwę. Niezdrowym było by od razu myśleć, że to nasz gość specjalny. I słusznie! Niebieski ET22! Ale tym razem nie ciągnął węglarek! Pierwszym bohaterem okazał się skład Taddsów, zapewne do puławskich Azotów. Słońce ostro świeciło w przednią szybę, ale zdjęcie wyszło.

Kondziolot to filmowiec pierwszej klasy, dlatego też miałem wyłączność na gnioty fotograficzne. Na dzień spisywania tej relacji filmy z tego wypadu nie są jeszcze dostępne. Zainteresowanych odsyłam na stronę Konrada na YouTube.

http://www.youtube.com/channel/UCkLA-7on2mlleX5fwP3L5wQ

[EDIT 24.06.2017] Kompilacja filmów dostępna jest tu -> klik! <- [/EDIT]

Pierwszy pociąg (i mieliśmy nadzieję, że nie ostatni) tego dnia sobie pojechał, my zaś skupiliśmy się na dalszym oczekiwaniu. W dodatku Kondzio poczęstował mnie kawą, która ożywiła mój umysł. Utyskiwałem na postępujące zarastanie obiektu, ale cóż mogłem zrobić? Piła i maczeta zostały w moim samochodzie. Moje akademickie rozważania przerwało pojawienie się świateł od strony Pilawy. Miałem nadzieję, że nie jest to nasz mityczny i upragniony “Vectron”. I nie był. Okazało się, że pięknie, centralnie pod słońce zmierza ku nam EU07. Okazało się, że to “zmodernizowana” siódemka ze składem nawozów z puławskich “Azotów”. Spróbowałem szczęścia i zrobiłem zdjęcie. Teraz tak myślę, że mogłem je sobie odpuścić, ale skoro już powstało to pozwól drogi Czytelniku, że je tu zaprezentuję.

Jak widać, szału ni ma.

Wróciliśmy do oczekiwania, dodatkowo zdecydowałem się na wypicie piwa by odwrócić zły urok. Właściwie to w czasie “fot” nie pijam piwa (zwłaszcza gdy to ja prowadzę!), w innym zaś wypadku zazwyczaj zapominam sobie kupić, no i nie chcę drażnić kolegi Karola. On za to nie ma tego problemu – i jak może, to zawsze trochę złocistego płynu wychyli.

Można powiedzieć, że częściowo odczarowałem miejscówkę, gdyż po kilkunastu minutach Jaźwiny znów dały “zielone światło”. Na horyzoncie pojawił się Vectron… Czerwono-szare czoło, a przynajmniej tak to wyglądało. Czyli jedzie! Jedzie! Je… DB. Vectron DB.

No, miał być Cargo, ale nie można być wybrednym, prawda? Może gdybym wypił dwa piwa? Albo setkę czegoś mocniejszego? Na przykład kompotu ze śliwek?** W sumie taki Vectron lepszy niż żaden. Nastał czas bezruchu, słonko nieznacznie przesunęło się na nieboskłonie, ja zaś pogrążyłem się w rozmyślaniach. Z rozmyślania wyrwała mnie myśl, że słońce coś zbyt intensywnie oświetla moją prawą rękę. Nie było to jeszcze przypiekanie, ale pomyślałem, że trzeba się pilnować. Tymczasem od strony Pilawy znów pojawiły się światła. Warunki pozwalały na zrobienie zdjęcia lepszego niż poprzednio (co nie znaczy, że dobrego), dlatego też wysiadłem z samochodu i wycelowałem, planując w sumie standardowy jak na tą “miejscówkę” kadr.

Naszą zdobyczą okazał się widziany już w Pilawie skład kontenerów do przewozu biomasy. Tyle, że wcześniej nie miał lokomotywy z przodu. W dodatku ładnej, choć niebieskiej – ale w starym schemacie, już wypłowiałej… Słowem, mającej swój urok. Nie powiem, ucieszyło mnie, że coś się na torach dzieje. Zazwyczaj pojadą jeden – dwa pociągi a my siedzimy i czekamy na zbawienie. Nie przeszkadzało mi nawet, że przeważały ET22. Miałem nadzieję, że się to zmieni. Moją radość przerwało odległe Rp1, a następnie pojawienie się “zielonego” na tarczy wjazdowej Jaźwin. Tym razem wymyśliłem inny niż zazwyczaj kadr i rozpocząłem szaleńczy bieg przez nieużytki w stronę wyimaginowanego miejsca, z którego miało być pięknie. Nie przewidziałem jednak, że nawet po jednym piwie wypitym na słońcu, moja koordynacja ruchowa może być zachwiana. Na szczęście upadek nie był bolesny a i aparat nie ucierpiał. Moja duma też nie, nie było na to czasu. Dobiegłem na miejsce, pociąg już się zbliżał. I stwierdzam z całkowitą pewnością w głosie – każde miejsce jest dobre, by pokazać niebieskiego byka z niebieskimi węglarkami…

Wróciłem do samochodu, tym razem bardziej uważając na to jak idę.

W stronę Osiecka pojechał pociąg sieciowy, ale jakoś nie wykazałem chęci do zrobienia mu zdjęcia.

Zastanawiasz się pewnie drogi Czytelniku – “Panie zdjęciopstryk, jak miejscówka jest marna to czemu nie ruszyliście 4 liter?!”. I to jest dobre, zasadne pytanie. Pytanie zrozumiałem, odpowiadam: “W tym miejscu można siedzieć w samochodzie i obserwować, a gdzie indziej trzeba stać i nogi bolą”. Drugi powód jest równie prozaiczny – można tu fotografować (i filmować!) w obie strony. A gdzie indziej różnie z tym bywa. Słoneczko przyświecało mocno ale też coraz bardziej przesuwało się na Zachód, dzięki czemu czoła lokomotyw z obu stron (co widać na poprzednim zdjęciu), nie były oświetlane. Drugim przykładem jest poniższe zdjęcie. Zdjęcie, z którego jestem zadowolony, gdyż przedstawia ET22 ze starymi obudowami świateł – chyba tylko ET22-233 takie zachował.

Czarny byk CTL a ile radości… Dzień bez byka na S-Łce dniem straconym! Dobra, żartuję, lepsze to niż nic. No i lepsze niż kolejny niebieski byk z niebieskimi węglarkami. Tymczasem naszego Vectrona nie było ni widać, ni słychać. Słychać było Rp1 dobiegające od strony Osiecka, ale na pewno nie należało ono do lokomotywy wyprodukowanej przez firmę Siemens. Naszym kolejnym gościem okazał się być… tak, niebieski byk. Z kontenerami. Czyli pociąg na którym powinien jechać nasz bohater. Musieliśmy obejść się smakiem. Niemniej zdjęcie zrobiłem i uważam, że wyszło całkiem ładnie.

 

Jak widać na załączonym obrazku, słońce już nie do końca chciało oświetlać czoło. Mimo to chciałbym tu widzieć Vectrona. Vectrona Cargo ma się rozumieć. Pseudovectron sobie pojechał, po raz kolejny zaczęliśmy więc beztroski okres oczekiwania. Słońce już zupełnie przesunęło się w stronę zachodu, coraz bardziej opalając moją rękę – na co nadal nie zwracałem większej uwagi. Wyżerałem zapasy jedzenia, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, w tym o zbliżających się objazdach D29-7 (z wypadu na które też coś naskrobię!) i prawie umknęło nam “zielone” do Jaźwin.

Czyżby nasze modły zostały wysłuchane? Znów połowicznie, choć można by nawet rzec, że w ćwierci. Jedzie Vectron? No jedzie. DB. Pod słońce. “Majkel, nie narzekaj, mógł nie jechać” – myślę sobie. Ale dlaczego dopiero teraz, w niekorzystnym oświetleniu? Popełniłem kolejnego gniota.

Jak to zwykłem mawiać – jechało, to “pstrykłem”. Szału ni ma, wiem. Obok nas przeszły dwie pary “tubylców”, nie wykazali jednak większego zainteresowania naszymi dzielnymi bohaterami – bo kto inny siedział by i czekał na cud?

Cudu nie było, następnym pociągiem jadącym od strony Pilawy znów okazał się Vectron DB. Z kontenerami. “A ten z Cargo gdzie?!”. Ciśnienie dodatkowo podniósł autochton w mocno przechodzonym Volvo, który przyjechał na wiadukt, zawrócił, zakurzył tylko spod opon i odjechał. A Vectron był coraz bliżej… Dla mnie to nie problem, przeczekałem kurzawę, ale Kondzio sentencję “kamera, akcja, cicho!” rzucił kilka chwil wcześniej. Nie wyszło mi nic ponad standardowy kadr.

Uznaliśmy, że dosyć tego dobrego! To nie my byliśmy problemem, a miejscówka. No i już nam się opatrzyła. Poza tym słońce zaczęło przechodzić na drugą stronę torów a zakrzaczenie uniemożliwiało zrobienie dobrego zdjęcia od tamtej strony. Nie była to podróż życia, gdyż udaliśmy się na peron przystanku Jaźwiny. Konrad udał się na peron w stronę Pilawy, ja zaś poszedłem “w krzaki”, za to z dobrej strony jeśli chodzi o oświetlenie. Wymyśliłem, że powtórzę kadr sprzed paru lat.

 

Okazja trafiła się dosyć szybko. W kadr wjechał… niebieski ET22. Ze składem kontenerów. W tym momencie nabrałem już pewności, że nie będzie nam dane uchwycić Vectrona Cargo.

Kondziolot zaczął narzekać, że atakują go komary i inne paskudztwa, co było dużym zaskoczeniem, gdyż to ja okupowałem krzaki, a nie on. Co prawda obawiałem się, czy nie wrócę z pasażerem na gapę tj. kleszczem (i to nie tym komiksowym), niemniej dalej twardo trwałem na stanowisku, wśród wysokich traw. No, powiedzmy, że wysokich. Mimo wszystko miałem nadzieję, że trafi nam się jakiś bonus, ale zamiast tego pojechał kolejny niebieski ET22 ze składem węglarek… Ot tak, jako zapewnienie, że z bonusa nici.

Tak, dobrze widzisz drogi Czytelniku. Kadr niczym się nie różni od poprzedniego zdjęcia. W tym miejscu nie da się jednak zrobić czegokolwiek innego. Albo to ja nie potrafię wykorzystać potencjału miejscówki, bo i tak może być! W stronę Pilawy pojechał pociąg sieciowy, ale nie wiem dlaczego nie obrobiłem zdjęcia. Być może dlatego, iż kadr jest taki sam jak przy dwóch ostatnich zdjęciach.

Po znaczących sukcesach tego dnia zaczęliśmy rozważać powrót do domu. Rozważania przerwało pojawienie się sygnału S5 na semaforze wjazdowym do Jaźwin. Od Osiecka ewidentnie coś jechało, gdyż trąbiło jak oszalałe. Kondziolot, wyposażony w dużo lepszy zoom niż ja zobaczył, że to coś dymi. Czyli albo się pali, albo lokomotywa spalinowa. No pięknie! Pewnie niebieska stonka, ha ha. Słońce nie pomagało, ba, przeszkadzało! Okazało się, że zmierza ku nam stonka ze składem roboczym. Niebieska, ale nie Cargo. Jak to dobrze, że miałem szeroki kąt. Ogniskowa 17 mm i słońce przestało być problemem.

Wiem, nie jest to mistrzostwo świata, ale zdjęcia na pewno nie wrzucę do katalogu “Gniotów beznadziejnych”. Niestety, kolega Konrad musiał obejść się smakiem, gdyż stał idealnie pod słońce… Z tego miejsca pozdrawiam załogę pociągu.

Stonka odjechała w stronę Pilawy, my zaś zebraliśmy cały majdan i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Z racji natłoku wrażeń zrezygnowałem ze zdjęcia ChOTa. W sumie trochę żałuję tej decyzji.

*taki żart, robi lepsze foty niż ja.

**mogą to czytać dzieci.

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Wąskim torem przez Ponidzie

czerwiec 6th, 2017 by Kręzel Michał

Konsekwentnie realizuję założenie, by w miarę możliwości być na każdej wąskotorowej imprezie. Zwłaszcza takiej, która nie odbywa się na drugim krańcu naszego kraju. Do tej pory odczuwam żal, że nie dane mi było być w Krośniewicach w 2006 roku (ale wtedy jeszcze myślałem, że to wszystko będzie jeździć wiecznie – o ja naiwny!).

Gdy na pewnym popularnym portalu społecznościowym pokazało się ogłoszenie o imprezie w Jędrzejowie wiedziałem, że tam pojadę. Imprezę organizowało SMK z Krakowa, znane mi już z poprzednich imprez na wąskich i normalnych torach.

Zgłosiłem więc swój udział i zaczęło się odliczanie. Miasto znałem już z wielu poprzednich podróży na Śląsk oraz w Beskid Śląski, mój plan jednak nigdy nie obejmował choćby krótkiej wizyty na stacji Jędrzejów Wąski. Kiedyś miałem ambicje wybrać się by sfotografować planowy pociąg z Umianowic do Pińczowa (albo podsył z Jędrzejowa), ale wiadomo jak to u mnie z tymi sprawami (tzw. słomiany zapał i lenistwo). Impreza miała odwrócić ten niekorzystny trend.

6 maja 2017 roku pogoda nie wydawała się sprzyjać. Dominowała mgła, która skutecznie spowolniła moją podróż do celu. Sprawy nie ułatwiały także wszechobecne remonty drogi krajowej nr 7. Byłem jednak nieustępliwy w drodze do celu, w czym na pewno pomogła mi kawa oraz hot-dog z pewnej sieci stacji. Nie zapłacili za reklamę, to nie napiszę z jakiej. Ale do rzeczy. Nawigacja prowadziła mnie na ulicę Dojazd, oznaczoną jako adres kolejki. Po dotarciu do celu okazało się, że jest to wąska dróżka, z ciągnącym się w nieskończoność z jednej strony płotem a z drugiej rzędem jednorodzinnych domów. Wjechałem przez pierwszą lepszą bramę i voila! To znaczy musiałem jeszcze trochę lawirować między garażami, ale w końcu ujrzałem tory i odstawione wagony. Okazało się, że owszem, dojechałem dobrze, ale od zakrystii. Niemniej napotkany przeze mnie pracownik kolejki stwierdził, że mogę zostawić samochód tam gdzie stoi.

Wyciągnąłem więc cały majdan (znaczy aparat + szeroki kąt, gdyż tele nie wziąłem – za dużo waży i byłem przekonany, że na imprezie tego typu się nie przyda) z bagażnika i udałem się w stronę wiaty peronowej. Pociąg już czekał. To znaczy tylko wagony (pasażerski 3 Aw, brankard, węglarka, platforma, cysterna, brankard), lokomotywy jeszcze nie było. Naszym środkiem trakcyjnym miała być Lxd2-333, czerwona. Co prawda naniesione na nią były reklamy, ale na czas imprezy zostały one zaklejone, co będzie widać na zdjęciach. Wsiadłem do środka wagonu pasażerskiego, zostawiłem swój plecak na jednym z siedzeń (niejako rezerwując sobie miejsce) po czym udałem się na zewnątrz by wykonać kilka zdjęć. Moim pierwszym celem okazała się być brama wjazdowa na parking dla pasażerów, przez którą to powinienem wjechać, ale udało mi się tego nie zrobić.

Pogoda nadal nie chciała zacząć sprzyjać. Godzina odjazdu zbliżała się dużymi krokami, skierowałem się więc do wagonu, w którym zająłem miejsce i rozmyślając o niczym doczekałem odjazdu. Wykonałem oczywiście kilka zdjęć lokomotywy razem ze składem na stacji początkowej, ale nie przypadły mi one do gustu i nie znalazły się ani w niniejszej relacji, ani w galerii w ogóle. Część osób zdecydowała się na jazdę w węglarce a część na platformie, ale ja nie jestem aż takim “hardkorem”. A może po prostu jestem już stary?

Ruszyliśmy. Nie ujechaliśmy daleko, gdyż pierwszy fotostop odbył się jeszcze w parku na terenie miasta. Wysiadłem więc i udałem się za organizatorem – przewodnikiem, najlepiej zorientowanym w kwestii tzw. “miejscówek”. Najpierw wykonałem kilka zdjęć z poziomu gruntu, ale potem, wzorem części osób, wspiąłem się na podejrzaną górkę. Podejrzaną, gdyż nie składała się z ziemi a… chyba jakiegoś rodzaju odpadów. W każdym razie zdjęcie z niej nie wyszło lepiej niż z dołu.

Słońce nadal nie chciało się pojawić, choć coraz intensywniej zaczęło podświetlać chmury. “Wsiadać!”.

Następny fotostop odbył się przy budowanej obwodnicy Jędrzejowa (a właściwie poszerzanej do standardu drogi “S”). Wspięliśmy się grupowo po niepewnym gruncie, pociąg cofnął i od razu do głosu doszła grupa filmująca – “bo niech dalej cofnie”, żeby było, że jedzie z daleka. I na nas nie czeka, czy jak to leciało. Wykonałem kilka zdjęć, zarówno w trakcie cofania jak i najazdu i wybrałem moim zdaniem najlepsze. Pociąg faktycznie na nas nie zaczekał, przejechał pod drogą i zatrzymał się kawałek dalej. Musieliśmy więc grupowo przejść przez jezdnię, wzbudzając zapewne nie małe zdziwienie. W końcu na co dzień nie widzi się tylu zboczeńców fotografujących pociąg (na szczęście nie było podgrupy miłośników “zderzaków” – jeśli rozumiesz drogi Czytelniku o co mi chodzi 😉 ).

Pomknęliśmy dalej (dobre określenie na średnią prędkość na kolejach wąskotorowych) i wkrótce wzdłuż toru pojawiła się ścieżka rowerowa. Ścieżka ta prowadzi w stronę rozlewisk Nidy, ale podoba mi się z jednego ważnego powodu – urywa się nagle przed ścianą lasu. Na razie jednak miała nam towarzyszyć. Kolejny raz zatrzymaliśmy się już w terenie mało zurbanizowanym, niemniej nadal na terenie miasta. Oczywiście o ile jakieś zabudowania przemysłowe nadal można uznać za miasto (czepialskim przypominam instytucję PGR-u). Pociąg znów cofnął i znów do głosu doszła frakcja kamerzystów – “niech ruszy z przytupem i jedzie jak prawdziwy rozkładowy pociąg”. Odpowiedź zaskoczyła jednak wszystkich – “Lokomotywa jest w takim stanie, że teraz da czadu a za chwilę nie dojedziemy do Umianowic”. Zdjęciopstrykowi takiemu jak ja nie przeszkadza wolne tempo nadjeżdżającego pociągu – a kamerujący musieli się z tym pogodzić i już. Zrobiłem więc pamiątkową klatkę i mogłem wsiadać.

Opuściliśmy tereny miejskie i naszym oczom ukazała się bezkresna równina, pełna pól, pojedynczych drzewek i odznaczającej się obok toru ścieżki rowerowej. Pogoda nadal była pod psem, na szczęście pies ten nie musiał załatwiać żadnych potrzeb. Ale i tak było szaro, buro i ponuro. Tym razem fotostop trwał trochę dłużej, gdyż pociąg można było sfotografować z dwóch różnych stron. Do relacji wybrałem jednak dosyć sztampowe zdjęcie. Przyczynę podałem powyżej – marne warunki pogodowe. Zacząłem też żałować, że na imprezę nie wziąłem tzw. “kaloszy”, gdyż moje buty zaczęły powoli zmieniać barwę na mocno ziemistą.

I tu, nim przejdę do dalszej części naszej wycieczki po Ponidziu, mała dygresja. Zapewne zgodzisz się ze mną drogi Czytelniku, że nie ma nic lepszego niż powolna jazda wagonem wąskotorowym, jazda okraszona leniwym bujaniem to w lewo, to w prawo; miarowym stukotem kół na łączeniach szyn. Do tego miarowe buczenie silnika Rumuna czy też dźwięk pracującego parowozu*. Tak właśnie wygląda jazda na większości wąskotorówek w Polsce. I tak wygląda jazda na jędrzejowskiej kolejce.

Następny fotostop dedykowany był osobom z kamerami, gdyż pociąg cofnął dosyć konkretnie, niemniej nadal nie osiągnął on prędkości zbliżonej do rozkładowej (a właściwie szlakowej). I mówimy tu o prędkościach rzędu 20 km/h – ale taki już urok “kolejek”, jadą powoli, dzięki czemu można się rozkoszować jazdą, a nie jak w Pendolino, że “ziuuuu” i już na miejscu. Krajobraz w stosunku do poprzedniego fotostopu zmienił się niewiele, nadal dominowały pola, pojedyncze drzewa (choć akurat w tym miejscu jakby mniej pojedyncze) oraz odcinająca się od gruntu ścieżka rowerowa.

Pojechało, pstrykłem. I tu anegdota. Pociąg nas minął więc jeden ze współimprezowiczów ruszył w jego stronę. I w tym momencie nasłuchał się od jednego z filmujących, który nie był pocieszony faktem, że ktoś mu wlazł w kadr. W sumie miał rację, ujęcie zepsute! Ale taki już urok imprez.

Organizator zaczął nawoływać do pociągu i ruszyliśmy dalej. Kolejny fotohalt miał miejsce w jakiejś wsi, prawdopodobnie Jasionnej. Nie jestem pewny, tak mi wynika z porównania czas wykonania zdjęć z mapą. Fotostop o tyle ciekawy, że znów pod kamery oraz na łuku. Miła odmiana od ciągłej prostej. Ścieżka rowerowa chwilowo gdzieś zniknęła. Stanąłem w szpalerze razem z innymi fotografującymi i wykonałem kilka ujęć, zarówno w czasie cofania jak i jazdy do przodu. I tu kolejna ciekawostka. By pociąg cofnął, pomocnik maszynisty musiał udać się do przedziału maszynowego, gdyż wajcha w kabinie nie działała. Tak więc każdy fotostop z cofaniem składu okupiony był chwilą dłuższego oczekiwania.

Zmierzaliśmy powoli w stronę skrzyżowania z LHSem, dałbym sobie paznokieć u małego palca u nogi uciąć, że słyszałem raz czy drugi trąbę “gagarina”. A może to był “batman”? Nieważne, na razie kolejny fotostop, tym razem miejsce polecone przez maszynistę pociągu. Miejsce nie wyglądało źle – był widok, był łuk, była ścieżka rowerowa – szkoda tylko, że skład chował się za wzniesieniem. Ale czy można mieć wszystko? Mnie za to fascynowało co innego – ilość “skrzyżowań” ścieżki rowerowej z torowiskiem. Zapewne kwestia wykupu gruntów, niemniej wyglądało to ciekawie – a może to sposób na urozmaicenie trasy, w końcu jak rowerzysta będzie cały czas jechał prosto to uśnie?

Zdjęcie zrobione, możemy jechać dalej. Widoki urzekają, pola, pola, LHS, żółty i niebieski “gagar” ciągnące skład węglarek z rudą w stronę huty, pola, pola… Słońca nadal nie widać. Dojeżdżamy do wiaduktu. Stopień zakrzaczenia wyklucza zrobienie zdjęcia z dołu, a przynajmniej tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Wspinamy się więc gromadą na wiadukt, pociąg zaś cofa o parę metrów. Fotostop statyczny. Dobrze, że wziąłem szeroki kąt! Dodatkowo trzeba zastosować kadr pionowy, w poziomym nie ma szans zmieścić całego składu oraz okolicy. Na szczęście nagle pojawia się słońce, co znacząco poprawia nastroje. Próbuję jednak z kadrem poziomym. Szkoda tylko tego krzaka na wagonie. Organizator usiłuje dowiedzieć się o ruchu po “szerokim”, niestety, widziany przez nas pociąg zajął szlak na następne 40 minut…

Widzę ruch na dole a organizator zapowiada, że pociąg cofnie i zrobi najazd. Czym prędzej staczam się z wiaduktu, nie psuję sobie kończyn dolnych, górnych ani aparatu (innych części ciała też nie) i ustawiam się tak, by mieć pociąg wraz z wiaduktem. Na ten sam pomysł wpada garstka osób, tak więc mimo małej ilości miejsca nie ma przepychanek ani włażenia sobie w kadr.

Pociąg mija nas i staje “w krzakach”, dzięki czemu trzeba przeciskać się przez mocno roślinne tereny. 53 kleszcze lubią to, 17 weźmie udział w wydarzeniu. Ja jednak nie zostaję “nosicielem”. Następny przystanek, Motkowice!

Motkowice to dawna stacja, posiadająca bardzo uroczy, zamieszkały budynek stacyjny wraz z oprawą oświetleniową z epoki. Słowem, klimat wąskich torów aż się sączy niczym olej kreozotowy z drewnianych podkładów… Też czujecie ten zapach? Wracając do tematu, decyduję się na kadr taki jak większość – budynek i pociąg w jednym. Wychodzi bardzo sympatycznie, choć estetykę psuje trochę betonowy płot z prawej strony. Przemieszczam się jeszcze w jedno miejsce, gdyż dla kamerzystów przewidziano odjazd pociągu ze stacji. Niestety, jedna z osób wchodzi mi w kadr i z drugiego zdjęcia nici.

Kolejny fotostop przewidziany został na moście nad rzeką Nidą. Jako bardzo bystry człowiek nie potrafiłem dodać dwa do dwóch dzięki czemu zamiast kaloszy miałem zwykłe buty trekkingowe. Niby nieprzemakalne, ale o tym za chwilę. Pociąg dowiózł nas za most, wysiedliśmy a skład zaczął cofać. W tym samym czasie, na horyzoncie przetaczał się niespiesznie pociąg towarowy po LHS… W tym miejscu przydały by się kalosze lub inne nieprzemakalne obuwie. Stąpając nieostrożnie po rozlewiskach wpadłem po kolana w wodę/bagno/rozlewisko/trzęsawisko/sam nie wiem. Skutkiem tego, po raz pierwszy w ciągu tego dnia zrobiło mi się mokro w bucie. Nie muszę chyba dodawać, że parę kroków dalej znów wpadłem po kolano, tym razem drugą nogą? Organizatorzy przewidzieli tę okoliczność i wyposażeni byli w odpowiednie “ogumienie”, mnie pozostało zaakceptować stan zastany i forsować teren, raz po raz nalewając sobie wody do butów. No, ale zdjęcia wymagają ofiary, czyż nie? Zdjęcie wyszło fajnie, zwłaszcza, że słoneczko nadal świeciło.

Pociąg zrobił najazd a jeden z uczestników podpowiedział, że jeśli przejdziemy kawałek to będziemy mieć niezły widok na most z pobliskiego pagórka. Skierowaliśmy więc tam nasze kroki. Przyjąłem to z zadowoleniem, gdyż wyszliśmy na bardziej stabilny grunt i zapadałem się już nie w bagnie, a w błocie, i tylko po kostki. Był to jakiś postęp. Weszliśmy na górę i faktycznie, widok prezentował się nieźle. Pociąg już zawczasu cofnął na most. Trochę szkoda, że nie można było wyeksponować całego składu… No, ale nie było co marudzić, trzeba było robić zdjęcie i odejść by zrobić miejsce dla innych.

Organizator od razu zapowiedział, że nie wracamy do pociągu, tylko idziemy na inną polanę, by stamtąd zrobić zdjęcie pociągu w otoczeniu rozlewisk. Udałem się więc w rzeczony rejon. Szkoda, że po “szerokim” nic nie chciało w tym czasie pojechać… Choć z drugiej strony może i dobrze, słońce zaczęło płatać figle. Pociąg po raz kolejny zrobił najazd na most nad Nidą i dotoczył się do miejsca w którym miał być sfotografowany. Słońce nadal nie chciało wyjść, zrobiłem więc zdjęcie bez niego. Wyszło moim zdaniem całkiem przyzwoicie.

Zeszliśmy z pagórka, pociąg podciągnął kawałek i mogliśmy zrobić zdjęcie pociągu z odbiciem w wodzie. Niestety, jeden z imprezowiczów zmącił wodę, co nie spodobało się innym (ale komentarzy nie przytoczę, gdyż moje wypociny mogą czytać nieletni), swoje dołożył także lekko wiejący wietrzyk. Na szczęście słońce wróciło, dzięki czemu kolejne zdjęcie wyszło całkiem przyzwoicie.

Przeszliśmy jeszcze kawałek do tyłu, by i filmujący mogli nagrać jakieś ujęcie. Co prawda bez odbicia w wodzie, ale chyba też byli zadowoleni. Kontynuowaliśmy jazdę w stronę Umianowic. Przed nami estakada – najdłuższa tego typu konstrukcja w Polsce. Znajduje się zaraz przed stacją w Umianowicach i jest problemem, ale o tym za chwilę. Przejechaliśmy przez estakadę, wysiedliśmy a pociąg cofnął. I znów miałem wodę w butach (który to już raz z rzędu?). Ale nie mogłem narzekać, gdyż plener prezentował się wspaniale! No i tym razem nikt nie zmącił wody, dzięki czemu seria zdjęć wyszła naprawdę udana. Trochę żałowałem, że nie mam innych butów, zdjęcie było by jeszcze lepsze, ale i tak jest bardzo dobrze.

Pociąg zaczął cofać by zrobić najazd dla kamer, ja zaś pobiegłem, by “trochę inaczej objąć temat”. Nie tylko ja wpadłem na ten pomysł, ale znów, pomimo małej ilości miejsca nikt sobie w kadr nie wszedł. Słońce znów odmówiło współpracy, kamerzyści mieli tego dnia pecha. Przyznam, że i ja swego czasu myślałem, żeby na tego typu imprezy brać też kamerę. Dzięki czemu nie dość że zdjęcia kiepskie, to i film do niczego! Pociąg przejechał po estakadzie, a my udaliśmy się pieszo w stronę stacji Umianowice.

Nie zabawiliśmy tam jednak długo, gdyż udaliśmy się w stronę Pińczowa. Zaraz za stacją wypadł następny fotostop, w trakcie którego usłyszałem “co chwilę zatrzymujemy się w krzakach, bez sensu”. Patrząc na dotychczasowe zdjęcia to bez sensu był ten komentarz… Staw obiecywał wiele i to w obie strony. Niestety, by sfotografować pociąg jadący od strony Pińczowa musielibyśmy chyba mieć łódkę – a to znacząco wydłużyło by fotostop. Organizator zdecydował więc, że fotostop odbędzie się tylko w drodze do Pińczowa. I znów żałowałem, że nie mam odpowiednich butów. Co więcej, słońce dalej nie chciało z nami współpracować. Popełniłem więc zdjęcie i udałem się spokojnie w stronę zatrzymującego się pociągu. Desperaci filmowali, choć w moim mniemaniu miejsce średnio nadawało się “pod kamerę”.

Do Pińczowa dotarliśmy już bez postojów. Trochę żałowałem, gdyż widział bym fotostop także na “miejskim” odcinku, ale i tak jechaliśmy już “po planie”. Zaraz po zatrzymaniu pociągu część uczestników pobiegła uzupełnić zapasy “napojów chłodzących”, inni zaś zajęli się fotografowaniem oblotu składu. Ja skorzystałem jednak z okazji i w miłym towarzystwie dyskutowałem na tematy okołokolejowe. Oczywiście zdjęcie pociągu z budynkiem stacyjnym w tle zrobiłem, ale samego oblotu już nie.

Lokomotywa obleciała skład, zainteresowani wrócili z zaopatrzeniem, mogliśmy więc wracać do Umianowic. Na stacji pojawiło się kilku zaciekawionych tubylców, wszakże pociągi rozkładowe przyjeżdżają w niedzielę i są zgoła odmiennego składu… Jak już wspomniałem, odcinek miejski Pińczowa przejechaliśmy bez fotostopu. Okazja nadarzyła się dalej, wśród pól. Otoczenie pozwalało na wyeksponowanie składu choć szkoda, że miejscowy chłop nie zasadził w pobliżu rzepaku 🙁 Zdjęcie, dzięki świecącemu słońcu wyszło przyzwoicie.

Ruszyliśmy dalej, by po kilku a może kilkunastu minutach znaleźć się na stacji “trójkącie” w Umianowicach. Jest to główny punkt coniedzielnej sezonowej wycieczki z Pińczowa. My zaś zaliczyliśmy tu postój z innego ważnego powodu. Do Hajdaszka musieliśmy jechać jak najkrótszym składem, dlatego też nakazano nam opuścić jeden z brankardów oraz wagon pasażerski i przenieść się na inne wagony. W tym czasie załoga pociągu cofnęła pociąg w stronę Pińczowa i odpięła dwa opuszczone już wagony. Wagony zostały “zgubione”, mogliśmy ruszać dalej.

Część imprezowiczów, no dobra, 3 osoby, zdecydowały się zostać. My zaś ruszyliśmy w stronę Hajdaszka. W tę stronę nie planowano fotostopów, zwłaszcza, że słońce, które świeciło, w nieodpowiedni sposób oświetlało scenerię. Dodatkowo ilość krzaków, wykoszonych w zasadzie tylko do granicy skrajni, uniemożliwiała jakiekolwiek kadrowanie. Dojechaliśmy do celu. Od razu okazało się, że rozjazd jest niesprawny, ale kilkadziesiąt uderzeń kilofem czy też łopatą spowodowało, że znów zaczął działać. Pojawił się jednak inny problem. Sprawny był tylko jeden rozjazd, druga głowica już nie, konieczne więc było przepchnięcie wagonów siłą mięśni tak, by lokomotywa zjechała na “ogryzek” i po przepchnięciu wagonów znalazła się na drugim końcu pociągu. Wagony zostały rozpięte, ludzie zwerbowani i zaczęła się operacja. Ja wykpiłem się kontuzją nogi i dzięki temu mogłem robić zdjęcia.

Operacja się udała, pociąg został ponownie zestawiony i skład cofnął pod budynek dworca w Hajdaszku. Każdy dostał chwilę, by zrobić zdjęcie pociągu razem z budynkiem, niestety rosnące obok torów zielsko uniemożliwiło wykonanie lepszego ujęcia składu z budynkiem w tle.

Następnie wszyscy uczestnicy zrobili sobie pamiątkowe zdjęcie.

Mogliśmy wracać do Umianowic. Aby frakcja kamerująca nie czuła się pokrzywdzona, zarządzono pozorowany odjazd pociągu ze stacji. Co prawda zrobiłem zdjęcie, ale nie różni się ono wielce od wersji statycznej z budynkiem. Słońce schowało się za chmurami. Z jednej strony dobrze, zwiększa się możliwość “kombinowania” zdjęcia, a z drugiej – kolory nie te. Kolejny fotostop odbył się zaraz za stacją w Hajdaszku. Patrząc na zdjęcie ten przejazd ma pewien urok. Zapewne niedługo zostanie zaasfaltowany na “amen”.

Jedziemy dalej, kolejnym celem mostek nad lokalnym potokiem. Z mostkiem łączy się ciekawa historia. Parę dni wcześniej w okolicy mocno padało i było zagrożenie, że nie wjedziemy do Hajdaszka właśnie przez ten mostek – miał być podmyty. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Szkoda, że po słońcu pozostało wspomnienie a i ja ustawiłem się trochę bez sensu. Zdjęcie wyszło by dużo lepiej gdybym stał bliżej wody, ale ja zawsze coś zepsuję…

Bez problemów wróciliśmy do Umianowic, do pociągu znów doprzęgnięto brankard i wagon osobowy. Przeszliśmy w stronę wyjazdu ze stacji. Dochodziła godzina 17-ta, czyli godzina przyjazdu do Jędrzejowa, a my nadal byliśmy daleko. Dlatego też okazało się, że ten fotostop będzie ostatnim. Pogoda też nie sprzyjała, zrobiło się pochmurno i nawet od czasu do czasu jakby spadła na mnie kropla… Za “cel” a właściwie motyw obrana została wieża ciśnień, a prawdę mówiąc to co z niej zostało. Pociąg pozorować miał zatrzymanie na przystanku i odjazd. Jak zwykle na przeszkodzie stanęły krzaki. Zdjęcie uważam za udane, zważywszy coraz to bardziej pogarszające się warunki atmosferyczne.

Po wykonaniu zdjęć pojawił się postulat jeszcze jednego najazdu, ale zaczęło mocniej padać i rozpoczęliśmy powrót do Jędrzejowa. I znów trafił nam się pociąg “po szerokim”. Niektórzy robili zdjęcia z okien w przedziale, inni w toalecie, a ja przez otwarte drzwi. Prędkość taka, że krzywdy bym sobie nie zrobił, a może i rozumu by przybyło? Na końcowej stacji pożegnałem się ze znajomymi współimprezowiczami i rozpocząłem powolny, bo w deszczu, powrót do domu.

Imprezę uważam za bardzo udaną. Zdjęcia wyszły ładne, atmosfera pierwsza klasa, buty udało się doprać no i nie wiadomo jak to z estakadą będzie. Wymaga ona remontu, a koszt znacząco przekracza możliwości okolicznych i zainteresowanych gmin i powiatów. Szkoda też, że w czasie zdjęć nie trafił się bonus w postaci czegoś po “szerokim” – tak, wiem, ja to mam wymagania. Z chęcią wrócę do Jędrzejowa, oczywiście o ile będzie jeszcze na to szansa. Tym razem jednak w innym obuwiu.

* Zdecydowanie zbyt mało takich miejsc na kolejowej mapie 🙁

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Podradomska masakra kiblem mazowieckim

styczeń 11th, 2017 by Kręzel Michał

Zima to bardzo fotogeniczny okres w przyrodzie. Pod warunkiem jednak, że jest dużo śniegu oraz, w naszym przypadku, duży ruch na torach (lub jak kto woli “w interesie”). Niedzielny wyjazd obfitował jedynie w mróz. Duży mróz. Ale może od początku.

Samochodu nadal nie mam (i chyba już zdążyłem się do tego przyzwyczaić), skazany więc jestem na zaszczytne stanowisko współpasażera. Ma to swoje plusy – nie jestem organizatorem wycieczki, więc nie muszę się przejmować na przykład mandatami czy też amortyzacją samochodu. Urwany zderzak? Nie mój problem. Potrącenie człowieka na przejściu dla pieszych? Dobra, nieważne. Caroos odezwał się w czwartek z zapytaniem odnośnie wyprawy w pierwszy dzień weekendu. Odpowiedziałem, że z chęcią, ale nasze plany pokrzyżowane zostały przez pogodę. W sobotę wskazania termometru zatrzymały się na -20 °C. Albo i niżej. Temperatura taka nie sprzyja fotografom takim jak my (ręka do góry komu sprzyja), gdyż trudno wysiedzieć na dworze a i w samochodzie szybko robi się zimno. Postanowiliśmy więc przełożyć nasz wyjazd na niedzielę. Ósmy stycznia 2017 roku zaczął się mroźno. Termometry wskazywały około -20 stopni Celsjusza (no, -18, ale to szczegół)(rozważałem, czy termometr nie zamarzł, ale po organoleptycznym skontrolowaniu zawartości tj. alkoholu stwierdziłem, że nie – choć w oczach jakby pociemniało…), kolega dał jednak znać, że już po mnie jedzie – nie było więc wyboru. Ubrałem kalesony, dwie pary skarpetek, grube spodnie, bluzę, kurtkę a na dokładkę jeszcze kominiarkę – można więc powiedzieć, że mróz był mi niestraszny. Caroos zajechał swoim bolidem i mogliśmy ruszać w nieznane. No, plan był żeby pojechać gdzieś w okolice Radomia, ale w ostatniej chwili o mały włos nie skręciliśmy do Gołębia. Ten pomysł jednak wyleciał nam z głowy i pojechaliśmy w stronę Kozienic.

Pierwszym zgrzytem była zamknięta stacja Orlenu (ale tu brak zdziwienia, zamknięta jest od miesiąca), przez co wyjazd nie zaczął się od hot doga i kawy. To źle wróżyło. Drugim zgrzytem było to, że nie kupiliśmy kawy i hot doga w Kozienicach, no dobra, Aleksandrówce. Bo się Caroos zaraz przyczepi, że coś zmyślam. W każdym razie podążaliśmy niespiesznie do Wrzosowa, przed Antoniówką k/Radomia. W okolicach Jedlni, NaSzlakuFM podało że coś jedzie na Radom. Osobowego o tej porze nie było, TLK też nie. Dojechaliśmy do Wrzosowa.

Maszynista DB Schenker, prowadzący ekspres kontenerowy po szlaku Jedlnia Letnisko – Radom Wschodni, widział już w życiu wiele, ale nie spodziewał się, że ujrzy w Antoniówce dwóch jegomościów z aparatami… My też po prawdzie nie spodziewaliśmy się pociągu tak szybko, dlatego też na dwudziestostopniowy mróz wyskoczyłem bez czapki i rękawiczek. W dodatku do aparatu podpięty był nie ten obiektyw. No i słońce było nisko, nie oświetlało okolicy. Wiadomo, każdy powód jest dobry by uznać, że chciałem zrobić dobre zdjęcie, ale nie wyszło…

1

Pantograf pięknie iskrzył, ale na zdjęciu tego efektu nie dało się pokazać. Może gdybym robił zdjęcia seryjne? To nie jest głupi pomysł, spadła by mi średnia gniotów! Ale do rzeczy. Pociąg sobie pojechał, my zaś uznaliśmy, że tu nie mamy czego szukać. Ciemno, zimno… Pojechaliśmy więc dalej, do Antoniówki.

Antoniówka przywitała nas słońcem w pełnej krasie. “Hurra!” pomyślałem, w końcu jakieś zdjęcia ze słońcem! Zbliżał się czas przejazdu TLK “Bolko”, przemieściliśmy się więc na piechotę o kilkaset metrów w stronę Dęblina. Wiatr nie wiał a i temperatura była jakby bardziej znośna. No, -16 °C ciężko nazwać znośną temperaturą, ale lepsze to niż -20 °C. W oddali jakby dał się słyszeć stukot kół. I coś jakby trąbiło. Jeszcze przy samochodzie zmieniłem obiektyw na bardziej mi w tej chwili odpowiadający “szeroki kąt”, gdyż chciałem pokazać jak najwięcej zimowego krajobrazu. Niestety, kolega usilnie nie chciał usunąć mi się z kadru, musiałem więc pójść tam gdzie on. Dzięki temu w kadrze znalazło się jakieś zdechłe drzewko czy dwa, przysypana śniegiem dróżka oraz pociąg. Liczyłem, że może jakiś zielony trapez albo chociaż budyń, ale nie – do bólu ICkowa EU07.

2

Wiedzeni instynktem typowego mikola ruszyliśmy dalej, w stronę Radomia. Dotarliśmy do przystanku w Rajcu Poduchownym, ale szybko okazało się, że nic ciekawego nie da się tu popełnić. Nieciekawego też nie. Przemieściliśmy się kawałek w stronę Radomia i oczom naszym ukazała się piękna prosta, a w tle majaczący, jak się potem okazało w smogu, wiadukt DK12. Ustawiliśmy się na polnej dróżce obok uli i rozpoczęliśmy oczekiwanie. Radio ostrzegało przed smogiem w całej Polsce, generalnie kazali zostać w domu i nie zaciągać się. Niemal od razu poczułem smród tego “morowego powietrza”, ale szybko okazało się, że to tylko kolega otworzył paczkę kabanosów. Nie chcąc się udusić, ubrałem kominiarkę i ruszyłem na zewnątrz, gdzie uznałem, że pociąg od strony Radomia to może i fajnie wyjdzie, ale od strony Dęblina była tzw. “bryndza”. W rozkładzie w oddali majaczył pociąg osobowy z Dęblina do Radomia, ale czasu było aż nadto, by pojechał jakiś bonus. Tym bonusem miał być ET22-233, gdyż dzień wcześniej udał się z Warszawy do Chotyłowa po skład. Gdzieś mi świtało, że z Chotyłowa jeździ w kontenerach biomasa do elektrowni w Połańcu – skąd ja to wziąłem? Nie wiem. Jak można łatwo się domyśleć – nic do czasu osobowego nie pojawiło się. Najpierw próbowałem jednak coś od strony Dęblina wymyślić – ale słabo mi szło.

Piękny, wyborny wręcz kadr, przygotowany dla jakiegoś “rodzynka” (gdyż pomyślałem, że jak nie ET22-233 od Dęblina to może ET22-003, EU07-195, ET41-001 albo ET42-001 nadjedzie od Radomia. EP09-046 też bym przeżył) wykorzystać więc musiałem by sportretować zwykłe mazowieckie telepiszcze. No, może nie zwykłe, bo po modernizacji, ale spojler i szpachla na Tico też nie czynią z niego samochodu sportowego. W miejsce jednostki proszę wstawić sobie dowolny, powyżej wymieniony tabor. Prawda, że piękne? No właśnie, a tu jakoś tak… pospolicie.

3

W tle załapał się też maszt wiatraka, który kiedyś służył gospodarzowi do wytwarzania prądu – a przynajmniej sprawiał takie wrażenie. 6 lat temu miał nawet łopaty!

IMGP6132

Czas powoli mijał, a kolega zaczął nawet filozofować, że początek roku zawsze wygląda tak samo i zawsze tak samo dajemy się zrobić w balona. Coś w tym niewątpliwie jest, rok temu też nam poskąpiło. Kazałem mu przestać siać defetyzm, gdyż wiadomo, że łatwo można wykrakać i wracać do domu z pustą kliszą. Jak na złość jednak, proroctwo bezruchu zdawało się wypełniać. Minęła godzina i na horyzoncie pojawił się osobowy od Radomia. Nie muszę dodawać że, czy to z lenistwa, czy też z braku perspektyw i zniechęcenia, “popełniłem” dokładnie taki sam kadr jak wcześniej. Nawet numer jednostki ten sam. Jedynym “novum” było dorzucenie przeze mnie drugiego wiatraka, tym razem niższego ale za to kompletnego. “Winny się tłumaczy!” – gdyż patrząc na to zdjęcie, czuję się winny niepotrzebnego kłapnięcia lustra aparatu.

4

Zdjęcie z cyklu – “jechało to pstrykłem”. Słoneczko przesunęło się, trzeba więc było ruszyć dalej. Powolutku, wzdłuż torów, udaliśmy się pod wiadukt DK12. Próba dotarcia na górę niezbicie udowodniła, że w razie pojawienia się pociągu od Dęblina kolega nie zdąży wejść na wiadukt. Ja upierałem się, że zdążę, ale sam w to powątpiewałem. Wystawanie na górze i czekanie na cud, a właściwie jakiś pociąg towarowy, poważnie utrudniało zimnie powietrze, gdyż temperatura niby wynosiła już “tylko” -10 °C – ale nadal było to zbyt zimno. Jako, że nie wziąłem ze sobą nowego numeru “Kolei Małych i Dużych”, który to z pewnością umilił by oczekiwanie, zmuszony byłem do oglądania śmiesznych kotów w internecie oraz przeglądania pewnego znanego portalu społecznościowego i poszukiwaniu na nim informacji o naszym rodzynku, czyli ET22-233. Niestety okazało się, że może i jechał tam gdzie czekaliśmy, ale parę godzin wcześniej – a właściwie w nocy. Dumanie nad naszym pechem przerwał kolega Caroos, który “coś usłyszał”. Omamy słuchowe są częste w naszej “grupie zawodowej”, gdyż słyszymy pociąg na wiele minut przed jego przejazdem (a czasem i dni), dostrzegamy także więcej:

“- Ty patrz, światła!”

“- Gdzie?”

“- No tam, coś jedzie!”

I po 20 minutach:

“- A nie, zdawało mi się”.

Tym razem uznaliśmy, że to jakaś ciężarówka trąbiła. A to echo grało. Nagle kolega powiedział: “- W….isz się”. I faktycznie, w tym momencie minął nas luzak w postaci EU07-18x w malowaniu PKP Cargo. Byłem kompletnie nieprzygotowany na taki rozwój sytuacji, lokomotywa pojechała więc dalej, a my jak te sieroty siedzieliśmy w samochodzie. Ucieczka luzaka, choć podniosła ciśnienie, nie spowodowała (jeszcze) pogorszenia humorów. Niestety, do czasu przyjazdu osobowego z Radomia do Dęblina nie trafiło się nic więcej. Sam osobowy sfotografowałem z wiaduktu, tym razem jednak nie miałem, wzorem kolegi, podpiętego teleobiektywu a “szeroki kąt”. Dzięki temu nie mam “stodwudziestegopiątego” zdjęcia z tym samym kadrem.

5

Widoczne na zdjęciu zamglenie to prawdopodobnie ten “teoretyczny” smog o którym co godzinę trąbiło radio. Wróciliśmy do samochodu i zaczęliśmy, tym razem już głośno, narzekać na nasz brak szczęścia. W odpowiedzi szczęście skierowało w naszą stronę… 2 x ET22. Ale znów od strony Radomia. I tym razem obeszliśmy się smakiem, tj. brakiem zdjęcia. Dlatego też, gdy na horyzoncie pojawił się skład osobowy złożony z EN57AL, nawet nie wyszedłem z samochodu. Wyszedłem za to by sfotografować kolejny pociąg pasażerski, tym razem “Sztygara”. Znów liczyłem na budyń, zieleń a może nawet żółte czoło? Wiadomo, umiesz liczyć…

6

TLKa pomknęła dalej, my zaś wróciliśmy do samochodu i zaczęliśmy myśleć o powrocie do domu. W tzw. międzyczasie koło torów pojawił się osobnik, którego od razu zakwalifikowałem jako mikola-terrorystę z aparatem. Ale to oznaczało jedno – wiedział o czymś, o czym my nie wiedzieliśmy. Zaczęliśmy go więc bacznie obserwować. Okazało się jednak, że nie był to mikol-terrorysta, a biegacz dalekodystansowy, który jedynie zrobił sobie krótką przerwę. Postał chwilę po czym pobiegł dalej. Generalnie w czasie naszego pobytu pod wiaduktem nie zainteresował się nami pies z kulawą nogą. Może to przez temperaturę? Zazwyczaj autochtoni, o ile nie uciekną na widok aparatu, podchodzą i pytają “Panie ludzie, a tu Tesko bedzie?”. W sumie, to jeden pies się nami zainteresował, ale obsikał tylko oponę i poszedł sobie dalej. Coś mnie tknęło i uznałem to za znak, ale nic z tym nie zrobiłem. I to był chyba błąd, gdyż wdrapawszy się na wiadukt ujrzał bym zmierzający od Radomia w naszą stronę skład towarowy prowadzony ET22-1060. W składzie same wagony kryte. I choć skład jednolicie niebieski, to w zachodzącym powoli słońcu prezentował by się nieźle. A może i byśmy go pogonili? Niepocieszeni udaliśmy się w stronę stacji w Jedlni Letnisko by zobaczyć, czy pociąg ten nie został zatrzymany z racji zbliżania się godziny przejazdu pociągu TLK do Lublina. W czasie przejazdu przez stację “NaSzlakuFM” znów podało komunikat pogodowy, ale nie zwróciliśmy na niego uwagi. Kolejny błąd, gdyż gdy dojechaliśmy do polnego przejazdu za stacją, naszym oczom ukazał się… pociąg towarowy zmierzający w stronę Radomia. Co z tego, że niebieski byk… Co z tego, że kilkanaście wagonów z nawozami… Nie było nas w tym momencie na wiadukcie. Odechciało nam się czekać na TLKę do Lublina. Do domu wracaliśmy w kiepskich nastrojach. Ale żeby historia nie kończyła się źle, to relację tą zapiszę sobie w pamięci. Jeśli za rok, na początku stycznia, znów będzie zimno i ktoś będzie mnie na “foty” wyciągał, to podeślę mu link. “Śmiechom nie będzie końca”.

 

Wpisane w Naszymi oczami | Brak komentarzy »

Przewozy Regionalne na Lubelszczyźnie obsłużą połączenia kolejowe do 2020 roku

grudzień 29th, 2016 by Kręzel Michał

9 grudnia Zarząd Województwa Lubelskiego podpisał umowę z Przewozami Regionalnymi, zgodnie z którą Operator będzie obsługiwał regionalne połączenia kolejowe do 2020 roku. Już niebawem pojawią się nowe, komfortowe pojazdy szynowe.

Województwo Lubelskie było jednym z pierwszych, które przed kilku laty zadeklarowało udział w restrukturyzacji Spółki. W opinii Marszałka Województwa Lubelskiego Sławomira Sosnowskiego, zawarcie umowy na lata 2017-2020 jest zwieńczeniem tego procesu.

– Priorytetem moim i całego Zarządu Województwa Lubelskiego jest zapewnienie mieszkańcom naszego regionu możliwości swobodnego i odbywającego się w coraz lepszych warunkach podróżowania – komentuje marszałek Sosnowski. I dodaje: – Chcę również zapewnić wszystkich, którzy korzystają z usług kolejowych, iż w obecnej perspektywie finansowej RPO 2014-2020 będziemy kupowali kolejne nowe, komfortowe pojazdy szynowe. Zachęcam wszystkich do korzystania z naszej oferty przewozowej, która z roku na rok staje się bardziej atrakcyjna, a co za tym idzie konkurencyjna względem indywidualnego transportu drogowego.

Zawarte porozumienie obejmuje cztery rozkłady jazdy: 2016/2017, 2017/2018, 2018/2019 i 2019/2020. To kolejna umowa public service contract podpisana przez Przewozy Regionalne. W ostatnim czasie na długoletnią współpracę ze Spółką zdecydowały się również województwa zachodniopomorskie i małopolskie.

– Długoletnie umowy przekładają się na stabilność rozkładu jazdy. Wieloletnia perspektywa pozwala nam na kształtowanie siatki połączeń zgodnie z oczekiwaniami klientów. Gwarantujemy punktualność kursów, komfort podróży i atrakcyjną cenę, czyli rzeczy najważniejsze dla pasażerów – zaznacza Krzysztof Mamiński, Prezes Zarządu Przewozów Regionalnych.

Umowy PSC podpisane przez Spółkę w większości polskich województw pozwalają na kontynuację strategii rozwoju podjętej na początku tego roku. Działania te pozwoliły na rozpoczęcie szerokiego programu inwestycji i modernizacji taboru.

Przewozy Regionalne, właściciel marki POLREGIO, powstały w 2001 r. Są największym pasażerskim przewoźnikiem kolejowym w Polsce. Każdego dnia na tory w całej Polsce wyjeżdża około 1800 naszych pociągów. W ciągu roku z naszych usług korzysta ponad 77 mln pasażerów. Udział firmy w rynku kolejowych przewozów pasażerskich wynosi ponad 27%.

Źródło: Lublin112

Wpisane w Kolej na Lubelszczyźnie | Brak komentarzy »

« Poprzednie wpisy Następne wpisy »